WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Wolf From The Door w Royal Court Jerwood Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
The Wolf From The Door Royal Court - Jerwood Theatre Upstairs 18 września 2014 4 Gwiazdki Czy Royal Court wystawił kiedykolwiek sztukę tak doskonale oddającą „oko cyklonu” jak ta?
Pamięć o zamieszkach w Londynie jest wciąż żywa, a ich przyczyny stają się jeszcze bardziej palące i intensywne. W teatrze Almeida „Little Revolution” przypomina nam o tamtym czasie i emocjach, dobitnie pokazując, że lekcje nie zostały odrobione. W zeszłym tygodniu na przedmieściach Londynu doszło do brutalnego morderstwa. Szkocja głosuje dziś nad niepodległością; czy wynik na „Tak” przyniósłby tam niepokoje społeczne? Przepaść między bogatymi a biednymi pogłębia się, staje się bardziej wyrazista, podczas gdy rząd i sektor bankowy coraz mocniej uderzają w najuboższych. Religia blaknie, gubiąc się w oparach niekończących się skandali. Inna religia naszych czasów – kult celebrytów – dzieli podobny los. Terroryści i mordercy niszczą życia, miasta, narody i samą ideę pokoju. Jak w tym wszystkim utrzymać wilki z dala od drzwi?
Nagrodzona sztuka Rory'ego Mullarkeya, „The Wolf From The Door”, mająca właśnie swój premierowy sezon w Royal Court (we wspaniale klaustrofobicznej przestrzeni Jerwood Upstairs Theatre), podejmuje te tematy w niezwykłym widowisku. To po części satyra, baśń, alegoria, horror, dramat obyczajowy, historia miłosna i komedia – a przy tym dzieło całkowicie oryginalne, niewygodne, a momentami wręcz irytujące.
To sztuka typu „Marmite”: można ją tylko kochać albo nienawidzić; obojętność wydaje się tu niemożliwa.
Wynika to po części z faktu, że pisarstwo Mullarkeya operuje na wielu poziomach, a kluczem do zrozumienia jest zaakceptowanie przyjętej konwencji. Piętnowanie tej sztuki jako „głupkowatej” to całkowite niezrozumienie intencji autora.
Historia pełna jest opowieści o uciśnionych buntujących się przeciwko uprzywilejowanym, o fanatykach, którzy nie cofną się przed niczym, by zrealizować swoją wizję przyszłości, o upadających imperiach i rodzących się nowych religiach. Geniusz Mullarkeya polega na utkaniu gobelinu z wątków tych wszystkich historii, doprawionego szczyptą szaleństwa, co wywołuje u widza natychmiastową, elektryzującą reakcję.
Lady Catherine. Aristokratka dysponująca nieograniczonymi funduszami, bajecznymi posiadłościami, posłuszną służbą i zimnym, wypalonym duchem, zmiażdżonym przez współczesne społeczeństwo, jego wartości i normy:
Czuję się całkowicie bezsilna i mam wrażenie, że wasz supermarket jest jedną z głównych przyczyn tego stanu. Istota ludzka nie powinna czuć się bezsilna, Derek, ale za każdym razem, gdy spaceruję waszymi dobrze zaopatrzonymi alejkami, czuję się właśnie tak: bezsilna i samotna. Mam wrażenie, że organizacja, dla której pracujesz, nie tylko pomaga budzić to uczucie we mnie i w innych, ale wręcz na nim rozkwita. Jestem więc tutaj, żądając zadośćuczynienia… Nie chcę żadnych kuponów, Derek. Chcę twojego życia.
A potem Derek traci głowę.
Przypadkowe morderstwo w imię ideologicznych zasad. Jest to jednocześnie makabryczne i dziwnie komiczne. Ale ten mroczny i przerażający moment tętni surową siłą i jasno nakreśla przewodni temat: a co, gdyby uprzywilejowani, bogaci, elity, filary społeczeństwa powstali, by zniszczyć instytucje, które ich karmią i wychowują? Co, gdyby dobrowolnie poświęcili siebie, swoje majątki i styl życia dla szansy na nowy początek, możliwość innej kultury, radykalnie odmiennego społeczeństwa opartego na równym podziale dóbr?
Kluczem do ich planu jest młody, bardzo przystojny (wszyscy mu to powtarzają) mężczyzna o niekaukaskich rysach – niewykształcony, ale bystry chłopak, czujący się swobodnie w każdej sytuacji, niezwykle czarujący, obojętny na ubrania, jedzenie, gadżety i typowe atrybuty współczesnej młodości. Staje się ich Mesjaszem, figurą Chrystusa, nową nadzieją. Ich katem i inspiracją. Ich naiwnym, niemal dziecięcym decydentem. Amoralnym i uwodzicielskim. Monarchą w stylu gwiazd z „Top-of-the-Pops”, który dekretuje „Środy Syren”.
Mullarkey uderza w bezmyślny szał uwielbienia, który ogarnia świat, gdy postacie takie jak Justin Bieber czy One Direction pławią się w adoracji, i ze skalpelną precyzją pokazuje, jak ten szał można wykorzystać. Udowadnia, że terroryści mogą mieć różne twarze i pochodzić z najróżniejszych środowisk. Jego główna teza jest bardzo na czasie: współczesne społeczeństwo nie przetrwa niekończącego się samozadowolenia oraz izolacji i nędzy jednych przy jednoczesnym rozkwicie uprzywilejowanych.
Sztuka składa się z 16 scen i trwa 85 minut. Została bezbłędnie wyreżyserowana przez Jamesa Macdonalda – jest precyzyjna, surowa i wciągająca. W bardzo przemyślany sposób w całą produkcję wpleciono esencję angielskiego życia: sceny z różnych rodzajów codziennych dojazdów do pracy; fragmenty muzyki klasycznej przywołujące brytyjską dumę; oraz scenografię Toma Pye, która sprytnie symbolizuje dwie rzeczy: Anglię i religię poprzez motyw klasycznego kościelnego festynu (zielone trawniki, solidne krzesła, ławki i pawilony).
Główne role są zagrane bezbłędnie.
Nikt nie potrafi tak jak Anna Chancellor oddać absurdu uprzywilejowania, zjadliwości socjety oraz zmysłowości władzy i ideałów. Jest tu genialna jako swoista anty-Maria Antonina: rozdająca ciastka ludowi, zachęcająca do egzekucji i dążąca do upadku własnej sfery. Zachwyca zwłaszcza w scenie z nieszczęsnym Derekiem w Tesco, w spotkaniu z „Roundheads” (osobliwą parą lubiącą przebierać się w stroje z czasów wojny domowej, lecz lękającą się nadchodzącej rewolucji) oraz w pysznej scenie Ostatniej Wieczerzy z Biskupem Bath i Wells.
Jak każda wielka aktorka, Chancellor potrafi wyrazić wiele poprzez ciszę i pauzę, wykorzystując tu swoje mistrzowskie umiejętności z niezwykłym efektem. Jej twarz podczas długiej jazdy taksówką do Bath była studium rozpaczy, szału i stoickiej determinacji. Jest po prostu genialna.
Zapewnia ona również solidne wsparcie dla Calvina Demby w roli Leo. Demba jest objawieniem jako Adonis wyciągnięty z dresowej anonimowości dzięki swojej urodzie i niewinności, szkolony przez postać Chancellor na maszynę do zabijania i symbol wściekłości oraz buntu, a ostatecznie – Boga na ziemi. Wszystko, co robi Demba, jest idealnie wyważone: jego naturalna nagość, błędne odczytanie zainteresowania Lady Catherine, uleganie jej wizji świata, akceptacja roli nowego Jezusa, jego gniew, intuicja i prostota.
Trudno nie zachwycić się kreacją Demby – zwłaszcza że, patrząc chłodno, gra on amoralnego psychopatę, który zostaje dyktatorem Anglii. To facet-chłopiec, który będąc u szczytu władzy, marzy tylko o tym, by ktoś go kochał, mówił mu, żeby nie płakał (co Lady Catherine czyni wielokrotnie) i czule dotknął go w geście błogiej, milczącej akceptacji.
Finałowy obraz Joe (Demba) na tronie, w czarnym kilcie, czarnej bluzie dresowej i z papiesko-królewskim gronostajem niedorzecznie zarzuconym na młode ramiona, jest tyleż absurdalny, co przerażający.
Ale na tym polega piękno i siła tekstu Mullarkeya oraz wspaniałej inscenizacji MacDonalda: rzuca on światło na mroczne zakamarki współczesnej Wielkiej Brytanii, kwestionując status quo i tych, którzy na nim korzystają. To sugestywne, niepokojące i skłaniające do myślenia kino polityczne na scenie.
Szalona, dziwaczna, absurdalna i zachwycająca – zdecydowanie warto zobaczyć.
4 gwiazdki
W czw., 18 września 2014 o 12:55, Stephen Collins <collinss9c@gmail.com> napisał:
Kolejna recenzja:
The Wolf From The Door
Royal Court - Jerwood Theatre Upstairs
18 września 2014
Czy Royal Court wystawił kiedykolwiek sztukę tak doskonale oddającą „oko cyklonu” jak ta?
Pamięć o zamieszkach w Londynie jest wciąż żywa, a ich przyczyny stają się jeszcze bardziej palące i intensywne. W teatrze Almeida „Little Revolution” przypomina nam o tamtym czasie i emocjach, dobitnie pokazując, że lekcje nie zostały odrobione. W zeszłym tygodniu na przedmieściach Londynu doszło do brutalnego morderstwa. Szkocja głosuje dziś nad niepodległością; czy wynik na „Tak” przyniósłby tam niepokoje społeczne? Przepaść między bogatymi a biednymi pogłębia się, staje się bardziej wyrazista, podczas gdy rząd i sektor bankowy coraz mocniej uderzają w najuboższych. Religia blaknie, gubiąc się w oparach niekończących się skandali. Inna religia naszych czasów – kult celebrytów – dzieli podobny los. Terroryści i mordercy niszczą życia, miasta, narody i samą ideę pokoju. Jak w tym wszystkim utrzymać wilki z dala od drzwi?
Nagrodzona sztuka Rory'ego Mullarkeya, „The Wolf From The Door”, mająca właśnie swój premierowy sezon w Royal Court (we wspaniale klaustrofobicznej przestrzeni Jerwood Upstairs Theatre), podejmuje te tematy w niezwykłym widowisku. To po części satyra, baśń, alegoria, horror, dramat obyczajowy, historia miłosna i komedia – a przy tym dzieło całkowicie oryginalne, niewygodne, a momentami wręcz irytujące.
To sztuka typu „Marmite”: można ją tylko kochać albo nienawidzić; obojętność wydaje się tu niemożliwa.
Wynika to po części z faktu, że pisarstwo Mullarkeya operuje na wielu poziomach, a kluczem do zrozumienia jest zaakceptowanie przyjętej konwencji. Piętnowanie tej sztuki jako „głupkowatej” to całkowite niezrozumienie intencji autora.
Historia pełna jest opowieści o uciśnionych buntujących się przeciwko uprzywilejowanym, o fanatykach, którzy nie cofną się przed niczym, by zrealizować swoją wizję przyszłości, o upadających imperiach i rodzących się nowych religiach. Geniusz Mullarkeya polega na utkaniu gobelinu z wątków tych wszystkich historii, doprawionego szczyptą szaleństwa, co wywołuje u widza natychmiastową, elektryzującą reakcję.
Lady Catherine. Aristokratka dysponująca nieograniczonymi funduszami, bajecznymi posiadłościami, posłuszną służbą i zimnym, wypalonym duchem, zmiażdżonym przez współczesne społeczeństwo, jego wartości i normy:
Czuję się całkowicie bezsilna i mam wrażenie, że wasz supermarket jest jedną z głównych przyczyn tego stanu. Istota ludzka nie powinna czuć się bezsilna, Derek, ale za każdym razem, gdy spaceruję waszymi dobrze zaopatrzonymi alejkami, czuję się właśnie tak: bezsilna i samotna. Mam wrażenie, że organizacja, dla której pracujesz, nie tylko pomaga budzić to uczucie we mnie i w innych, ale wręcz na nim rozkwita. Jestem więc tutaj, żądając zadośćuczynienia… Nie chcę żadnych kuponów, Derek. Chcę twojego życia.
A potem Derek traci głowę. Przypadkowe morderstwo w imię ideologicznych zasad.
Jest to jednocześnie makabryczne i dziwnie komiczne. Ale ten mroczny i przerażający moment tętni surową siłą i jasno nakreśla przewodni temat: a co, gdyby uprzywilejowani, bogaci, elity, filary społeczeństwa powstali, by zniszczyć instytucje, które ich karmią i wychowują? Co, gdyby dobrowolnie poświęcili siebie, swoje majątki i styl życia dla szansy na nowy początek, możliwość innej kultury, radykalnie odmiennego społeczeństwa opartego na równym podziale dóbr?
Kluczem do ich planu jest młody, bardzo przystojny (wszyscy mu to powtarzają) mężczyzna o niekaukaskich rysach – niewykształcony, ale bystry chłopak, czujący się swobodnie w każdej sytuacji, niezwykle czarujący, obojętny na ubrania, jedzenie, gadżety i typowe atrybuty współczesnej młodości. Staje się ich Mesjaszem, figurą Chrystusa, nową nadzieją. Ich katem i inspiracją. Ich naiwnym, niemal dziecięcym decydentem. Amoralnym i uwodzicielskim. Monarchą w stylu gwiazd z „Top-of-the-Pops”, który dekretuje „Środy Syren”.
Mullarkey uderza w bezmyślny szał uwielbienia, który ogarnia świat, gdy postacie takie jak Justin Bieber czy One Direction pławią się w adoracji, i ze skalpelną precyzją pokazuje, jak ten szał można wykorzystać. Udowadnia, że terroryści mogą mieć różne twarze i pochodzić z najróżniejszych środowisk. Jego główna teza jest bardzo na czasie: współczesne społeczeństwo nie przetrwa niekończącego się samozadowolenia oraz izolacji i nędzy jednych przy jednoczesnym rozkwicie uprzywilejowanych.
Sztuka składa się z 16 scen i trwa 85 minut. Została bezbłędnie wyreżyserowana przez Jamesa Macdonalda – jest precyzyjna, surowa i wciągająca. W bardzo przemyślany sposób w całą produkcję wpleciono esencję angielskiego życia: sceny z różnych rodzajów codziennych dojazdów do pracy; fragmenty muzyki klasycznej przywołujące brytyjską dumę; oraz scenografię Toma Pye, która sprytnie symbolizuje dwie rzeczy: Anglię i religię poprzez motyw klasycznego kościelnego festynu (zielone trawniki, solidne krzesła, ławki i pawilony).
Główne role są zagrane bezbłędnie.
Nikt nie potrafi tak jak Anna Chancellor oddać absurdu uprzywilejowania, zjadliwości socjety oraz zmysłowości władzy i ideałów. Jest tu genialna jako swoista anty-Maria Antonina: rozdająca ciastka ludowi, zachęcająca do egzekucji i dążąca do upadku własnej sfery. Zachwyca zwłaszcza w scenie z nieszczęsnym Derekiem w Tesco, w spotkaniu z „Roundheads” (osobliwą parą lubiącą przebierać się w stroje z czasów wojny domowej, lecz lękającą się nadchodzącej rewolucji) oraz w pysznej scenie Ostatniej Wieczerzy z Biskupem Bath i Wells.
Jak każda wielka aktorka, Chancellor potrafi wyrazić wiele poprzez ciszę i pauzę, wykorzystując tu swoje mistrzowskie umiejętności z niezwykłym efektem. Jej twarz podczas długiej jazdy taksówką do Bath była studium rozpaczy, szału i stoickiej determinacji. Jest po prostu genialna.
Zapewnia ona również solidne wsparcie dla Calvina Demby w roli Leo. Demba jest objawieniem jako Adonis wyciągnięty z dresowej anonimowości dzięki swojej urodzie i niewinności, szkolony przez postać Chancellor na maszynę do zabijania i symbol wściekłości oraz buntu, a ostatecznie – Boga na ziemi. Wszystko, co robi Demba, jest idealnie wyważone: jego naturalna nagość, błędne odczytanie zainteresowania Lady Catherine, uleganie jej wizji świata, akceptacja roli nowego Jezusa, jego gniew, intuicja i prostota.
Trudno nie zachwycić się kreacją Demby – zwłaszcza że, patrząc chłodno, gra on amoralnego psychopatę, który zostaje dyktatorem Anglii. To facet-chłopiec, który będąc u szczytu władzy, marzy tylko o tym, by ktoś go kochał, mówił mu, żeby nie płakał (co Lady Catherine czyni wielokrotnie) i czule dotknął go w geście błogiej, milczącej akceptacji.
Finałowy obraz Joe (Demba) na tronie, w czarnym kilcie, czarnej bluzie dresowej i z papiesko-królewskim gronostajem niedorzecznie zarzuconym na młode ramiona, jest tyleż absurdalny, co przerażający.
Ale na tym polega piękno i siła tekstu Mullarkeya oraz wspaniałej inscenizacji MacDonalda: rzuca on światło na mroczne zakamarki współczesnej Wielkiej Brytanii, kwestionując status quo i tych, którzy na nim korzystają. To sugestywne, niepokojące i skłaniające do myślenia kino polityczne na scenie.
Szalona, dziwaczna, absurdalna i zachwycająca – zdecydowanie warto zobaczyć.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności