WIADOMOŚCI
Wicked powraca – jak utrzymać świeżość musicalowego fenomenu?
Opublikowano
Autor:
rayrackham
Share
Ray Rackham powraca do londyńskiej inscenizacji musicalu Wicked w Apollo Victoria Theatre trzynaście lat po premierze na West Endzie i odkrywa, że za sukcesem tego spektaklu stoi coś więcej niż tylko magia!
Helen Woolf (Glinda) i Nikki Bentley (Elphaba) w Wicked. Fot.: Matt Crockett „No one mourns the wicked”, śpiewa zespół na deskach Victoria Apollo osiem razy w tygodniu, pięćdziesiąt dwa tygodnie w roku. Ale czy bylibyśmy w stanie za nim zatęsknić? Ten gigantyczny, wręcz monumentarny spektakl zachwyca londyńską publiczność od ponad trzynastu lat; odwiedziłem go ponownie zeszłego wieczoru z moim dziesięcioletnim synem Barnabym. Minęło nieco ponad trzynaście lat od premiery 27 września 2006 roku, w której miałem okazję uczestniczyć, oraz imponujące szesnaście lat od momentu, gdy widziałem otwarcie produkcji w Gershwin Theatre na Broadwayu. To skłoniło mnie do refleksji: dlaczego Wicked (i inne musicale tego pokroju) utrzymują się na afiszu tak długo? I co ważniejsze, dlaczego wciąż przyciągają tłumy? Warto w tym miejscu przyznać, że nie byłem fanem tego spektaklu, gdy widziałem go lata temu. W okresie, który lubię nazywać „fazą na Sondheima”, byłem dość lekceważąco nastawiony do tego, co uważałem za populistyczną reinterpretację Czarnoksiężnika z krainy Oz; skierowaną prosto do nastolatek zachwycających się kostiumami, które o włos nie wyciągały wysokich nut razem z aktorami. Ekscytującym faktem było to, że Idina Menzel przyjechała z Nowego Jorku, by powtórzyć rolę Elphaby – niezrozumianej bohaterki, która stanie się jeszcze bardziej niezrozumiana, gdy Judy Garland postanowi zrzucić dom na jej siostrę. Jeszcze ciekawszy był fakt, że produkcja na West Endzie miała zawierać zmiany w libretcie i narracji, by odróżnić ją od broadwayowskiego kuzyna (zbiegiem okoliczności zmiany te zostały później wprowadzone do wersji na Broadwayu i każdej kolejnej produkcji na świecie). Jednak dla mnie Wicked po prostu „nie urywało głowy”; wracając do domu z Victoria Apollo, doskonale pamiętałem, że mój ulubiony album z Discmana nie zawierał utworów Elphie i Glindy ani latających małp. To prowadzi mnie do pierwszej konkluzji: w gruncie rzeczy nie jestem fanem żadnych długogrających musicali. Od Upiora w operze przez Koty, Nędzników aż po We Will Rock You – ich fenomen pozostawia mnie niemal zupełnie obojętnym. Ale jako odpowiedzialny teatralnie rodzic dziecka, które coraz bardziej kocha blask West Endu, było tylko kwestią czasu, kiedy znów wyląduję w Operze Paryskiej, na barykadzie czy – jak wczoraj – w krainie Oz sprzed czasów Dorotki.
Rebecca Gilliland
Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, gdy po ponad 6000 spektakli zerwałem się z miejsca przy ukłonach i brałem udział w owacjach na stojąco, niemal równo z ostatnim uderzeniem nuty. W obsadzie nie było głośnych nazwisk z popu, telewizji czy social mediów, obsadzonych ze względu na zasięgi a nie talent, więc nie klaskałem z ulgą, że w ogóle przez to przebrnęli (a wierzcie mi, zdarzało mi się). Oklaskiwałem sam spektakl i szczególny triumf jednej z wybitnych wykonawczyń – dublerki Elphaby, Rebekki Gilliland, która po raz pierwszy weszła w rolę za główną obsadę i po prostu rozniosła salę swoją energią.
Kiedy przed laty zbywałem ten spektakl jako czysto populistyczny, nie dostrzegłem niezwykle poruszającej historii politycznej, która kryje się pod tą bajkową opowieścią. Może ma to związek ze współczesnym światem, w którym otacza nas mentalność tłumu, gdzie chwytliwe hasła, fake newsy i fact-checking są albo przekleństwem, albo koniecznością; ale libretto Winnie Holzman jest tak naszpikowane odniesieniami do 2019 roku, że nawet najbardziej wybredny fan Sondheima czy stały bywalec National Theatre uznałby je za intrygujące. Trwałość Wicked z pewnością zyskała na zmianach społeczno-politycznych; dziś spektakl brzmi jak ostrzegawcza syrena przed przyszłością, w której niemal już żyjemy. Można by to samo powiedzieć o Nędznikach. Ale czy Upiór jest dziś aktualny politycznie? Albo Koty? Czy dystopijny świat We Will Rock You niesie jakieś ostrzeżenie? Niespecjalnie.
Przejdźmy do obsady. Gdy Wicked debiutowało w Londynie, obok sprowadzonej z USA Menzel pojawiła się śmietanka brytyjskich nazwisk, od znanego z telewizji Nigela Planera po idola matinek Adama Garcię. W późniejszych latach rotowano znane nazwiska, by podtrzymać zainteresowanie tytułem. Wicked stało się też trampoliną dla karier własnych gwiazd, jak Kerry Ellis czy Rachel Tucker, które – choć wcześniej znane na West Endzie – lwią część sukcesu zawdzięczają czasom, gdy wsiadały do latającej bańki lub nakładały zieloną farbę. To samo można powiedzieć o większości długo wystawianych tytułów; pod kątem obsadowym niemal zawsze zaczynają z wielkim hukiem. Mam przed oczami te szokujące fryzury Lorda Lloyda Webbera z lat 80., ogłaszającego w foyer teatru gwiazdy swojego kolejnego hitu. Ostatnio, być może by odciągnąć uwagę od braku słynnej obrotowej sceny, ogłoszono obsadę koncertowej wersji Nędzników w Gielgud Theatre, celując w podobne, wielkie nazwiska, podczas gdy ich właściwy dom – nowo nazwany Sondheim Theatre – przechodzi remont.
https://www.youtube.com/watch?v=jR6sJO12FOQ
Wczorajsza obsada Wicked składała się jednak z rasowych aktorów rzemieślników. Nie było oklasków przy wejściu gwiazdy, wiercenia się w fotelach, by lepiej widzieć celebrytę, ani dyskretnych selfie. Publiczność była po prostu urzeczona przez zespół aktorów opowiadających historię; i robili to znakomicie. Rebecca Gilliland, grająca tego wieczoru Elphabę, była rewelacyjna; tchnęła nowe życie w rolę i znalazła nowe akcenty w odświeżająco szczerym i pomysłowym występie. Być może to właśnie rotacja obsady odpowiada za długowieczność spektakli – odejście od „gwiazdorstwa” na rzecz stałych, zgranych zespołów. Pod koniec lat 70., gdy show grane przez dwa lub trzy lata uznawano za fenomen, reżyser musicalu Annie, Martin Charnin, wywołał skandal, gdy odmówił przedłużenia kontraktów dwudziestu aktorom, twierdząc, że przestali żyć spektaklem, a zaczęli go tylko „odgrywać”. To dało Annie kolejne cztery lata życia i otworzyło drzwi do koncepcji odświeżania obsad. Oczywiście, gdy spektakl już idzie, zadaniem inspicjentów i reżyserów rezydentów jest pokazanie nowym, gdzie mają stanąć, ale to aktor wnosi tę kluczową krew – własną perspektywę. I to właśnie w krainie Oz Gilliland pokazała klasę na każdym poziomie.
Wygląda więc na to, że bardzo opłakiwalibyśmy Wicked, gdyby bramy Szmaragdowego Miasta zostały na zawsze zamknięte. Tak samo jak brakowałoby nam Upiora w Operze Paryskiej czy barykady z Nędzników. Powodem, jak się zdaje, nie jest ich magiczna popularność, lecz fakt, że to uniwersalne historie, świetnie opowiedziane, w luksusowej oprawie i mające zdolność do odradzania się za każdym razem, gdy aktor kalibru Rebekki Gilliland zostaje pomalowany na zielono, zakłada maskę lub chwyta czerwoną flagę. Mój powrót do Wicked i widok syna, który rwie się z miejsca do owacji, udowadniają mi, że to nie eksponaty muzealne, ale żywe organizmy, które nowe pokolenia mają szczęście poznawać, a zgorzkniali teatromani mogą odkryć na nowo. Bilety na Wicked w londyńskim Apollo Victoria Theatre są obecnie dostępne w sprzedaży do listopada 2020 roku.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności