WIADOMOŚCI
WIELKI WYWIAD: Maury Yeston, kompozytor musicalu Titanic
Opublikowano
Autor:
douglasmayo
Share
Maury Yeston to kompozytor nagradzanych musicali, takich jak „Nine”, „Grand Hotel”, „Titanic” czy „Death Takes A Holiday”. Douglas Mayo spotkał się z nim, aby porozmawiać o tym, jak przenieść wielką katastrofę morską na deski teatru i co jest dla niego inspiracją przy tworzeniu wybitnych spektakli muzycznych. Rozmowa z kompozytorem takim jak Maury Yeston to czysta przyjemność. Jest niezwykle szczery i otwarty, gdy opowiada o swojej pracy. Rozpoczynając nasz wywiad, postanowiliśmy wrócić do samych korzeni procesu twórczego i zapytaliśmy go, jak decyduje o tym, które historie warto opowiedzieć?
„Zawsze wierzyłem, że rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się świetnym pomysłem na musical, wcale nie muszą nimi być, a z kolei te brzmiące nietypowo mogą okazać się strzałem w dziesiątkę” – mówi. „Myślę, że sprowadza się to do faktu, iż publiczność kocha być zaskakiwana. W momencie, gdy zaczynasz pokazywać widzom coś, czego dokładnie się spodziewali, tracą zainteresowanie. Jeśli rzucisz im wyzwanie i powiesz: mamy musical oparty na surrealistycznym filmie Felliniego albo na największej katastrofie morskiej w historii, to rozbudza ich ciekawość. A gdy uda ci się to zrealizować, satysfakcja widowni jest ogromna”.
Jak zatem narodził się pomysł na wystawienie „Titanica”?
„Pomysł na spektakl przyszedł mi do głowy jesienią 1985 roku, kiedy Robert Ballard odkrył wrak statku. Wtedy, w obliczu nadchodzącego nowego milenium, zacząłem myśleć o tym, że historia Titanica jest jedną z kluczowych opowieści XX wieku – to moment, w którym stary, dziewiętnastowieczny porządek upadł, a narodził się świat nowoczesny. Uznałem, że to ważna lekcja o zawodności pokładania ślepej wiary w technologię. Pomyślałem, że to gotowy materiał na niezwykłą historię. Niedługo potem doszło do katastrofy promu Challenger i uświadomiłem sobie, że to lekcja, którą musimy wciąż odrabiać”.
„Dopiero na początku lat 90. zrozumiałem, że to nie tylko opowieść o katastrofie, ale też o wielkich marzeniach ludzkości, o naszej idei postępu – o tym samym ludzkim dążeniu, które każe nam tworzyć np. szczepionkę na polio. Twórcy statku chcieli po prostu zbudować bezpieczną jednostkę – statek marzeń. Miał on zabrać ludzi do Nowego Świata i dać początek nowemu społeczeństwu; byliśmy gotowi na podbój przyszłości”.
Z pewnością jednak decyzja o wystawieniu historii Titanica na Broadwayu spotkała się z niedowierzaniem. Jakie były reakcje, gdy zaczął pan opowiadać innym o tym pomyśle?
„Pierwszą osobą, której o tym powiedziałem, był autor Peter Stone, twórca musicalu „1776”. Odparł: „To zabawne, zawsze uważałem to za świetny materiał. Chcę to napisać z tobą”. Mowa o człowieku, który wziął na warsztat dylemat, czy Kongres podpisze Deklarację Niepodległości, i zmienił to w genialny musical. Dla nas obu ten pomysł wydawał się więc całkowicie sensowny.
Powiedziałem Peterowi: choć wszyscy znają zakończenie, musimy sprawić, by widzowie siedzieli na krawędzi foteli, zastanawiając się, co się wydarzy. I myślę, że mu się to udało”.
„Od pomysłu do premiery minęło około siedmiu i pół roku. Takie rzeczy często trwają bardzo długo, biorąc pod uwagę wszystkie elementy, które muszą się zgrać. Dlatego uważam, że w przypadku musicali warto sięgać po historie ponadczasowe, jak „Pigmalion” czy właśnie „Titanic” – coś, co nie jest tylko sezonową ciekawostką, ale będzie interesować ludzi przez dekady”.
Trudności z doprowadzeniem spektaklu do premiery były szeroko opisywane w prasie. Czy rzeczywiście było tak dramatycznie, jak donosili dziennikarze?
„Przy „Titanicu” przydarzyło nam się absolutnie wszystko, co mogło pójść nie tak. Problemy techniczne były niewyobrażalne – wciąż mamy żal do Julie Taymor i jej „Spider-Mana”, że odebrali nam rekord najgorszego okresu pokazów przedpremierowych w historii Broadwayu. Byliśmy z tego rekordu bardzo dumni! Prasa od początku nas miażdżyła; jeden z nowojorskich krytyków rzucił hasło: „Zobacz, jak śpiewają, zobacz, jak tańczą, zobacz, jak toną”. Na scenografii nic nie działało. Mieliśmy mały model statku, który miał się poruszać – ani drgnął; winda, która miała unosić połowę sceny, hałasowała tak bardzo, że nie było słychać muzyki, a czasem po prostu stawała. Wtedy zapalaliśmy światła i mówiliśmy: „Szanowni Państwo, mamy problemy z zatopieniem Titanica”. Oczywiście pisały o tym wszystkie gazety, więc wygranie wszystkich pięciu nagród Tony, do których byliśmy nominowani, było niesamowitym uczuciem. Uratowała nas prasa brytyjska i spoza Nowego Jorku. Ponieważ ci dziennikarze nie żyli plotkami z Broadwayu, przyszli na spektakl z otwartymi głowami. Zobaczyli przedstawienie takim, jakie miało być – i wtedy ono naprawdę rozbłysło”.
Próba odtworzenia tak tragicznego momentu w historii musiała być wyzwaniem. Jak w musicalu oddać chwile grozy?
„Mieliśmy w spektaklu scenę, w której mężczyźni wsadzają kobiety i dzieci do łodzi ratunkowych – to niewiarygodnie trudny moment. Jak to zaśpiewać? Przypomniałem sobie, że w jednym z moich wcześniejszych musicali napisałem scenę, w której ojciec tłumaczy coś dziecku; to było rozwiązanie. Musieliśmy wyjaśnić ten horror tak, jak tłumaczy się dziecku istnienie Hitlera czy innego zła. Pani Thayer zapinała dziecku kamizelkę ratunkową, podczas gdy zespół śpiewał „We’ll meet tomorrow”. To była piosenka napisana w jedną noc i wystawiona następnego wieczoru bez orkiestracji – od tego momentu karta się odwróciła”.
„Wierzę, że musicale muszą bronić się jako słuchowiska – tak, aby dało się ich słuchać z zamkniętymi oczami. Kompozytor musi być kompletny; nie piszesz tylko melodii czy harmonii, tworzysz całą architekturę dźwięku. Jest taka scena z panem Fleetem w bocianim gnieździe, kiedy śpiewa „No Moon” – muzyka musi oddawać nienaturalny spokój oceanu. Wypracowanie tonu całości było trudne, ale ustaliliśmy go już w uwerturze, łącząc akordy durowe i mollowe. Naszym celem nie było przekonanie widzów, że Titanic nie zatonie, ale sprawienie, by uwierzyli, że ludzie na pokładzie nigdy nie brali tego pod uwagę i wypierali prawdę nawet w momencie katastrofy”.
„Zauważyłem też, że ze wszystkich moich spektakli to właśnie „Titanic” buduje największą więź wśród osób, które go wystawiają – niezależnie, czy to grupa szkolna, zawodowa obsada, czy amatorskie stowarzyszenia operowe w Belfaście czy Stevenage. Ten spektakl tworzy rodzinę pełnych pasji jednostek i dla wielu staje się przeżyciem formacyjnym. Pewien socjolog w USA napisał nawet doktorat o socjologii grupy amatorskiej wystawiającej „Titanica”. Każdy, kto brał udział w tym spektaklu, potwierdzi, że poczucie wspólnoty jest tam wyjątkowo silne. Człowiek zaczyna personalizować tę historię i zastanawiać się, co by zrobił na ich miejscu tamtego dnia. Jak by się zachował? Czy udałoby mu się przetrwać?”
Nowy musical Maury'ego, „Death Takes A Holiday”, zostanie zaprezentowany w Charing Cross Theatre jeszcze w tym roku. Więcej informacji o tej produkcji wkrótce. REZERWUJ BILETY NA „TITANICA” W CHARING CROSS THEATRE
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności