WIADOMOŚCI
RECENZJA: Side Show, St James Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Side Show
St James Theatre
1 listopada 2014
5 Gwiazdek
Zrośnięte bliźniaczki śpiewają. Obie są piękne i połączone biodrem. Jedna dysponuje drapieżnym, bogatym pasmem sopranowym, które mogłoby kruszyć szkło – tak skupiona i pewna jest jego moc. To Violet. Druga posiada czystszy sopran, niemal w stylu bel canto; jej dźwięk jest świetlisty i zachwycający, równie potężny i zdolny rozbić szkło, ale w zupełnie inny sposób. To Daisy.
Razem występują jako Siostry Hilton. Dwie indywidualności splecone przez los w jedno ciało. Gdy pieśń dobiega przejmującego finału, światło na horyzoncie za nimi zmienia się, ukazując kluczowych członków trupy osobliwości, którzy od lat żyją i pracują z bliźniaczkami. Ich rodzinę. Obserwują z niepokojem, jak siostry wkraczają w nowy rozdział swojego życia.
Gdy w sali wybrzmiewają ostatnie nuty porywającego utworu „Who Will Love Me As I Am”, popołudniowa widownia wpada w euforię. Owacja na stojąco na koniec pierwszego aktu to na Broadwayu zjawisko niezwykle rzadkie.
Ale w pełni zasłużone.
Genialna, pełna wigoru i czułości nowa wersja „Side Show” autorstwa Billa Condona to adaptacja musicalu z 1997 roku (libretto i teksty piosenek: Bill Russell, muzyka: Harry Krieger). Choć oryginał zszedł z afisza po zaledwie 90 spektaklach i został uznany za klapę, z czasem zyskał status dzieła kultowego. Obecnie spektakl przechodzi pokazy przedpremierowe w brodwayowskim St James Theatre. Prawdopodobnie zostanie zakwalifikowany jako wznowienie do nagród Tony, ale to, co stworzył Condon, ma niewiele wspólnego z oryginałem.
Dzieli z nim tematykę, postacie i sporą część materiału, ale podejście jest zupełnie inne – pojawili się nowi bohaterowie, sceny i piosenki. Wprowadzono (lub gruntownie przerobiono) co najmniej dziewięć nowych utworów, a dziewięć z oryginalnej produkcji usunięto. Nowe aranżacje i orchestracja autorstwa dyrektora muzycznego Sama Davisa oraz Harolda Wheelera wzbogacają i ulepszają pierwotne wizje Davida Chase'a. Orkiestra gra na najwyższym poziomie.
Z racjonalnego punktu widzenia nie jest to wznowienie, lecz całkowita reimaginacja pierwotnego dzieła. To nie próba odtworzenia magii pierwszej inscenizacji czy odcinania kuponów od sukcesu. To zupełnie nowy twór pod względem treści, stylu i tonu. W przeciwieństwie do poprzednika, jego cel jest jasny, precyzyjny i zrealizowany po mistrzowsku.
Zanurzony głęboko w świecie wodewilu, burleski i początków przemysłu filmowego, Condon pokazuje inną stronę teatralnego świata, którą widzowie mogą kojarzyć z „Gypsy”. Historia opowiedziana jest z perspektywy czasu; obraz otwierający nawiązuje do filmu „Dziwolągi” (Freaks), w którym wystąpiły siostry, więc od początku wiemy, jak skończy się ich droga. Kluczowa jest tu sama podróż.
Główne motywy spajające fabułę i muzykę to pytania o tożsamość, akceptację własnego „ja” jako jedyną drogę do szczęścia oraz umiejętność czerpania z życia tego, co najlepsze. Jednocześnie, bezkompromisowo, przez losy bliźniaczek przewijają się wątki rasizmu, seksizmu, homofobii oraz emocjonalnego wykorzystywania, które w tej wersji zostają obnażone jako niszczycielskie nowotwory społeczne.
Otrzymujemy więc fascynującą opowieść, w równej mierze pełną nadziei i rozpaczy, wnikliwą i niezwykle aktualną. Ma nas wiele do nauczenia nie tylko o siostrach Hilton, ale i o nas samych – o tym, jak traktujemy i oceniamy innych. Wibrująca, melodyjna i wręcz upajająca partytura sprawia, że te myśli zostają w głowie długo po powrocie z teatru, trzymając się nas jak radosne refreny.
Daisy i Violet to bliźniaczki syjamskie, a ich opiekun, Sir, zmusza je do pracy w swojej trupie osobliwości. Za dziesięciocentówkę widzowie mogą podejrzeć „egzotyczne dziwy”, które Sir eksploatuje, karmi i więzi: brodatą kobietę, ludzką poduszeczkę na igły (tak, widać jak igła wbija się w mięsień piersiowy, wywołując krew), psiego chłopca, wytatuowaną kobietę, „Geeka” z upodobaniem do picia ciepłej kurzej krwi, wróżbitkę, dzikiego kanibala, człowieka-jaszczurkę, pół-mężczyznę pół-kobietę, trzynogiego człowieka, żywą Wenus z Milo i kilku niskorosłych Kozaków.
Bliźniaczki są uwielbiane przez swoją „dziwną” rodzinę, więc gdy pewny siebie, elokwentny i przystojny agent Terry oferuje im kontrakt w Orpheum Circuit, rodzina jest podzielona. Kłócą się tak, jak każda prawdziwa, kochająca się rodzina. Konserwatywna definicja „rodziny” nie ma tu zastosowania.
Sir sprzeciwia się przeprowadzce, ale bliźniaczki postanawiają spróbować szczęścia z Terrym i jego kolegą, choreografem Buddym. Jake, grający w Side Show kanibala, rusza z nimi. Ta decyzja oznacza upadek dla trupy osobliwości – gdy siostry odnoszą sukcesy, ich dawni przyjaciele przymierają głodem.
Violet zakochuje się w Buddym; Daisy chciałaby kochać Terry'ego (lub kogokolwiek innego), ale Terry nie wydaje się zainteresowany. Ich występy odnoszą sukces mimo skomplikowanej sytuacji prywatnej. Gdy Buddy oświadcza się Violet, jest to szokiem dla niej, dla Terry'ego, dla Daisy oraz dla mężczyzny, z którym Buddy ma romans. Violet nie zna prawdy o orientacji Buddy'ego i przyjmuje oświadczyny, a Terry wykorzystuje to, dbając o maksymalny rozgłos w całym kraju – widzi w tym ślubie przepustkę do Hollywood.
Nadchodzące zaślubiny wyciągają na wierzch skrywane emocje. Terry uświadamia sobie, że kocha Daisy, ale chce jej tylko dla siebie. Jake wyznaje Violet, że kochał ją od zawsze – fakt znany wszystkim poza nią, budzący jednak niewypowiedzianą grozę ze względu na ówczesne tabu dotyczące związków międzyrasowych. Odtrącony Jake odchodzi, by szukać własnej drogi. Daisy rozumie, że nie chce być częścią „ménage à trois”, mimo że pragnie szczęścia siostry.
W obliczu sprzecznych opinii lekarskich bliźniaczki rozważają, czy pozostać zrośniętymi, czy zaryzykować operację, która może zabić jedną z nich lub obie. Stawka jest ogromna.
Jednak tuż przed ołtarzem Buddy odzyskuje rozsądek i odmawia ślubu, nie chcąc dłużej ukrywać swojej natury. Terry chce, by uroczystość się odbyła ze względów wizerunkowych, a Daisy – dla dobra kariery – zgadza się, ale Terry postawił warunek: poślubi Daisy tylko wtedy, gdy obie siostry poddadzą się operacji rozdzielenia.
W trakcie ich wahania pojawia się potentat filmowy z kontraktem. Warunek? Muszą pozostać zrośnięte. Terry, widząc, że jedyną drogą do celu jest zmuszenie Buddy'ego do uległości, w przypływie szału demaskuje jego orientację, żądając ślubu z Violet dla rozgłosu. Pokazuje siostrom dobitnie, że zależy mu tylko na własnym interesie.
Z pomocą starych przyjaciół z Side Show bliźniaczki uciekają spod wpływu Terry'ego i wyruszają do Hollywood, przysięgając, że nigdy się nie opuszczą. Zaakceptowały swoją naturę – są osobne, ale razem, i tak pozostanie. Film powstaje, a musical kończy się tak, jak się zaczął – wezwaniem, by przyjść i popatrzeć na dziwolągi.
Z tą różnicą, że teraz pytanie o to, kto jest prawdziwym „dziwolągiem”, nie jest już tak proste. To Terry okazuje się potworem, choć nikt na niego nie patrzy. Bliźniaczki i ich trupa to ludzie, których chcemy poznać i pokochać. W naszych oczach przestają być dziwadłami.
Wizja Condona i jego drobiazgowa dbałość o detale narracji oraz postaci są niezwykłe i natchnione. To prawdziwy wizjoner teatru. Jeśli ta produkcja nie wprowadzi „Side Show” do ścisłego kanonu amerykańskiego musicalu, to na świecie po prostu nie ma sprawiedliwości.
Obsada jest bezbłędna. Każdy członek zespołu jest zdumiewająco utalentowany. Śpiew i taniec zespołu to najwyższa liga.
Choreografia Anthony'ego Van Laasta jest angażująca i pełna emocji. W kluczowym numerze „I Will Never Leave You” następuje moment, w którym bliźniaczki rozdzielają się w tańcu, co dobitniej niż jakiekolwiek słowa dowodzi, że odnalazły swoją indywidualność w tej wspólnej jedności. To czysta magia.
Niektóre role epizodyczne zasługują na szczególne wyróżnienie. Jako Geek, Matthew Patrick Davis jest nadzwyczajny; to doskonały portret prostej, łagodnej duszy zmuszonej przez swój wygląd do robienia strasznych rzeczy. Jego postawa, sposób chodzenia i lękliwość są oddane perfekcyjnie. Charity Angel Dawson jako pełna nadziei Wróżbitka wnosi na scenę kipięcą, wręcz przerysowaną energię.
Javier Ignacio jest świetny jako Houdini, a jego numer „All In The Mind” pokazuje siostrom, jak uciec w głąb własnych myśli, by odnaleźć spokój. Barrett Martin gra Raya, potajemnego kochanka Buddy'ego; scena oświadczyn pokazuje Martina w najlepszym wydaniu – to przejmujący, pełen bólu portret upokorzenia i rozpaczy. Rewelacja.
Robert Joy jako Sir to postać na miarę Thenardiera, uosobienie oportunizmu. W pełni oddaje mrok swojej postaci, tak że gdy wraca w drugim akcie – złamany i zdesperowany – zdolność bliźniaczek do wybaczenia mu i znalezienia mu pracy na planie filmowym staje się prawdziwą miarą ich wielkości.
Choć jego rola kanibala bywa momentami celowo przerysowana, David St Louis udowadnia, że jest pełnoprawnym brodwayowskim amantem jako Jake. Wyraża bardzo wiele milczeniem i samą obecnością, bez wysiłku pokazując głębokie uwielbienie dla Violet. Ukazuje skutki rasizmu bez niepotrzebnego dydaktyzmu. Jego wielki numer „You Should Be Loved” zasłużenie zbiera największe brawa. To fantastyczna kreacja.
Matthew Hydzik jest cudowny jako Buddy, przystojny tancerz ukrywający swoją tożsamość, który szczerze kocha bliźniaczki. Ból wynikający z niemożności bycia sobą jest tu namacalny, ale bez zbędnej egzaltacji. Hydzik gra czysto i z ogromnym wyczuciem. Radosny numer „Stuck With You” na otwarcie drugiego aktu oraz czarująco kiczowate „One Plus One Equals Three” pokazują jego kunszt wokalno-taneczny. Jest doskonały pod każdym względem.
Ryan Silverman, wysoki i postawny amant o rewelacyjnym głosie, jako Terry wykorzystuje każdą sekundę na scenie. Przez cały czas utrzymuje maskę uprzejmości i szczerości, aż do finałowego wybuchu szału, który demaskuje go jako prawdziwego antagonistę. To brutalny szok. Wcześniej jednak czaruje autentycznością – naprawdę wierzy się mu, że troszczy się o siostry. Mistrzowsko ukrywa naturę pijawki. Jego solowy numer „Private Conversation” to klasyczny, elegancki popis gwiazdora.
Spodziewam się, że wielu widzów będzie miało swoją „ulubioną” bliźniaczkę – taka już natura bliźniąt. Tutaj jednak obie kreacje są triumfem na każdym polu.
Daisy w wykonaniu Emily Padgett to perfekcja. Krucha, erotyczna, uparta i magnetyczna – Padgett stworzyła postać niezwykle szczegółową, którą od razu się lubi. Gra szczerością, ale zawsze czuć podskórne napięcie. Olśniewa zwłaszcza w „Marry Me Teddy”, gdzie każda nuta jest pełna tęsknoty.
W Violet granej przez Erin Davies jest znużona akceptacja losu połączona z pewną zuchwałością, co jest niezwykle uwodzicielskie. Wydaje się tą pewniejszą z sióstr, a jednocześnie tą o najniższym poczuciu własnej wartości. To piękna rola, pełna dąsów, rezygnacji i ostatecznego spokoju. Enigmatyczny, uroczy występ.
Zarówno Padgett, jak i Davies śpiewają z pasją, werwą i hipnotyzującą dynamiką. Ich głosy współbrzmią idealnie, przy zachowaniu indywidualności każdej z nich, tworząc razem coś unikalnego i oszałamiającego. Każdy z ich duetów, jak „Ready To Play”, „Who Will Love Me As I Am?” czy „I Will Never Leave You”, to prawdziwa sensacja. Dawno na Broadwayu nie słyszano duetów wykonanych z taką mocą i tak genialną, niekonkurencyjną brawurą.
Żadna z nich nie próbuje przyćmić drugiej. Obie dążą do perfekcyjnej synchronizacji. Są absolutnie nadzwyczajne. Dałbym im wspólną nagrodę Tony dla najlepszej aktorki już teraz.
Na szczęście w tej wersji zrezygnowano z numeru „Tunnel of Love”, choć echa tej muzyki odnajdziemy w „A Great Wedding Show”. To wielki dar Condona dla tej produkcji – zostawił to, co działało, i dodał to, czego brakowało, by spektakl wzbił się na wyżyny.
To nadzwyczajne osiągnięcie. Jeśli kochacie musical, spieszcie do teatru. Nie zobaczycie niczego podobnego nigdzie indziej – to rozrywka na światowym poziomie.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności