Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Jerry's Girls, St James Studio ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Jerry's Girls w St James Studio. Fotografia: Darren Bell Jerry's Girls

St James Studio

5 marca 2015

3 gwiazdki

Jerry Herman był bez wątpienia jednym z najwybitniejszych broadwayowskich kompozytorów XX wieku, a jego twórczość do dziś broni się z niezwykłą lekkością. Niektóre z jego spektakli stały się wielkimi hitami (Mame, Hello Dolly!, La Cage Aux Folles), inne – mimo statusu dzieł kultowych wśród koneserów – miały pod górkę (Mack and Mabel, Milk and Honey, Dear World), a jeszcze inne (Madame Aphrodite, The Grand Tour) okazały się finansowymi klapami, choć być może po prostu wyprzedzały swoją epokę. Wszystkie je łączą jednak bogate, melodyjne partytury Hermana oraz jego błyskotliwe, dowcipne teksty piosenek. I coś jeszcze.

Serce.

Wszystkie kompozycje Hermana przepełnione są tym kluczowym pierwiastkiem. To jego magiczny składnik.

Obecnie w St James Studio możemy oglądać wznowienie Jerry's Girls w reżyserii Kate Golledge. To rewia z 1981 roku, wymyślona przez samego Hermana i Larry'ego Alforda, która na Broadwayu zadebiutowała ostatecznie w 1985 roku, spotykając się z dość chłodnym przyjęciem ze strony New York Timesa. Program sugeruje, że w powstanie tej konkretnej wersji zaangażowany był Wayne Cilento, choć natura tego wkładu pozostaje niejasna.

Golledge pisze w programie: „Chcieliśmy powrócić do kabaretowych korzeni tego utworu, dać każdej piosence przestrzeń do zaistnienia zarówno w kontekście spektaklu, jak i poza nim, oraz połączyć talenty naszej niesamowitej obsady, by stworzyć wieczór celebrujący w głęboko osobisty sposób jednego z najbardziej wirtuozerskich kompozytorów i tekściarzy w historii Broadwayu.”

I słusznie.

Kameralne, przytulne wnętrza St James Studio to idealne miejsce na kabaretowe doznania. Sama sala nie emanuje ciepłem, co pozwala artystom samodzielnie je wykreować i przekazać widzom. Akustyka jest dobra, a publiczność może zanurzyć się w muzyce i interpretacjach w sposób wręcz odurzający – tak, jak pozwala na to tylko kabaret lub rewia (a nie są to pojęcia tożsame).

Zarówno program spektaklu, jak i oryginalne nagranie obsady określają Jerry's Girls mianem rewii, jednak podejście Golledge bardziej skłania się ku formie kabaretu. Wynika to częściowo z faktu, że obsada ogranicza się do trzech wokalistek i dwóch muzyków (którzy okazjonalnie również wcielają się w role wykonawców). To podejście zupełnie nie przeszkadza; wręcz przeciwnie, pozwala w pełni skupić się na muzyce i słowie.

Golledge dba o różnorodne wykorzystanie przestrzeni – piosenki zaczynają się poza zasięgiem wzroku, gdy artystka wchodzi na salę i przechadza się między widzami; inne startują na scenie, a jeszcze inne angażują wokalistki rozmieszczone w różnych punktach. Inscenizacja jest płynna i oszczędna, co podkreśla różnorodność materiału i pozwala wybrzmieć zarówno komediowej intensywności, jak i brawurowym emocjom.

Taki format nie udałby się bez znakomitego akompaniamentu, a w tej produkcji mamy do czynienia z prawdziwym nadmiarem doskonałości. Edward Court, wysoki, pełen zapału i młody, zapewnia pewne kierownictwo muzyczne przy fortepianie; gra z wyczuciem i klasą, wydobywając dźwięki, które stanowią idealne tło dla wokali. Court również śpiewa, a nawet zalicza gościnny występ stepowany. W jego wkładzie czuć zaraźliwy entuzjazm, który jest niezwykle ujmujący, a jednocześnie stanowi na scenie namacalny dowód na to, jaki urok rzucały „dziewczyny Hermana” (te stworzone przez niego lub te, dla których pisał) na zwykłych śmiertelników.

Na saksofonie, klarnecie i flecie zmysłowa i absolutnie genialna Sophie Byrne zapewnia pełne wdzięku wsparcie dla harmonii i melodii Hermana. Takie połączenie instrumentów z fortepianem może wydawać się nietypowe, ale sprawdza się świetnie i podkreśla fakt, że muzyka ta otrzymała tutaj świeżą, nową interpretację.

Spektakl to zestawienie najlepszych utworów Hermana przeplatane strzępkami informacji o jego życiu i karierze. Proporcje między faktami a materiałem muzycznym wydają się jednak nieco zachwiane w tej wersji: informacji jest za mało, by w pełni nasycić ciekawość lub stworzyć spójną opowieść biograficzną. A szkoda.

Niemniej jednak sekwencje biograficzne są zrealizowane sprawnie, szczególnie ta dotycząca spotkania Hermana z Frankiem Loesserem. Wyróżniają się też dwa inne momenty: nagrania Carol Channing wygłaszającej kwestię z Hello Dolly! oraz Angeli Lansbury ciepło wypowiadającej się o Hermanie. Oba te fragmenty błyszczą dzięki wspomnianemu „składnikowi zero” – sercu. Channing i Lansbury mają go pod dostatkiem, a ich wykonania utworów Hermana są nim przesiąknięte.

Ria Jones, jedna z trzech gwiazd tej odsłony Jerry's Girls, również ma ogromne serce do sceny i wykorzystuje je bez wysiłku, tworząc angażujące, czasem kapryśne, a czasem porywające interpretacje klasyków Hermana. To ona zapewniła trzy najwspanialsze solowe momenty wieczoru – sarkastyczny humor w Take It All Off, przyprawiające o dreszcze Before The Parade Passes By oraz krystalicznie czystą, poruszającą afirmację w I Am What I Am.

Jones to artystka z prawdziwego zdarzenia, niezwykle hojna dla widza, obdarzona wysoką kulturą wykonawczą i inteligencją. Posiada tę imponującą umiejętność kreowania nastroju samym ruchem głowy czy słodko-gorzkim uśmiechem. W górnych rejestrach jej głos wibruje siłą i energią. Gdy uderza w najwyższe nuty, wywołuje falę zachwytu, która trwa jeszcze długo po wybrzmieniu utworu.

Jej partnerki, Sarah-Louise Young i Anna-Jane Casey, nie do końca dotrzymują jej kroku. Young jest sympatyczną aktorką i performerką, szczególnie dobrze radzi sobie w momentach komediowych i nieco dziwacznych, ale jej warsztat wokalny nie zawsze wystarcza na muzykę Hermana. Casey z kolei dysponuje głosem o dzwonowatej precyzji, który bywa jednak zbyt chłodny; wewnętrzne ciepło utworów Hermana zanika w jej energicznych, opatrzonych stałym uśmiechem wykonaniach numerów bardziej intymnych czy emocjonalnych.

Razem, czy to w trio, czy w duetach, panie współpracują jednak bardzo dobrze. Łączy je swobodna więź, chętnie wchodzą ze sobą w interakcje, tworząc przytulną atmosferę zabawy – zwłaszcza gdy droczą się z nieszczęsnymi widzami (niczym sprytne koty z myszką: figlarnie, ale z pełną kontrolą) lub z muzykami. Udaje im się stworzyć dobre parodie słynnych kobiet kojarzonych z muzyką Hermana i w pełni oddają sprawiedliwość energicznej, iście broadwayowskiej choreografii Matthew Cole'a. Casey czuje się w tańcu jak ryba w wodzie i to właśnie w ruchu prezentuje się najlepiej.

Zastanawiają kostiumy autorstwa Rebeki Gunstone – żaden z nich nie wydaje się szczególnie schlebiać sylwetkom wokalistek. Trudno zrozumieć, dlaczego nie postawiono po prostu na prostotę i blask, uzupełnione o ewentualne dodatki dla podkreślenia konkretnych efektów.

Ostatecznie jednak główną gwiazdą pozostaje Jerry Herman oraz jego muzyka i teksty. Słuchanie (niemal) wyłącznie żeńskiej obsady, która daje życie tej skarbnicy melodii, to czysta przyjemność. Jeśli szukacie dobrej zabawy, chcecie nacieszyć ucho świetnym muzykowaniem i przypomnieć sobie czasy, gdy piosenki z Broadwayu stawały się częścią codzienności, nie możecie przegapić tej okazji.

Jerry's Girls grane jest do 15 marca w St James Theatre Studio

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS