Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: King Cowboy Rufus Rules The Universe, London Theatre Workshop ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

King Cowboy Rufus Rules The Universe

London Theatre Workshop,

15 sierpnia 2017

3 Gwiazdki

Zarezerwuj bilety

W uroczo wydanym programie do spektaklu Richarda Foremana Patrick Kennedy – wszechstronny reżyser, producent, scenograf i choreograf (odpowiadający tu również za światło i dźwięk) – zamieścił fascynujący artykuł. Lektura ta powinna być obowiązkowa dla każdego, kto zasiada na widowni tego 70-minutowego przedstawienia, tekst Kennedy’ego tłumaczy bowiem kluczowe aspekty scenariusza. Przede wszystkim: nie uświadczymy tu tradycyjnie pojętych postaci, fabuły czy jej rozwoju; próżno też szukać konkretnego miejsca akcji, czasu, relacji czy motywacji – czyli tego wszystkiego, czego zazwyczaj oczekujemy od teatru. Foreman świadomie wykluczył te elementy ze swojego zdyscyplinowanego, surowego i intelektualnie rygorystycznego widowiska. Uzbrojeni w tę wiedzę, spróbujmy przyjrzeć się temu, co faktycznie dzieje się na scenie.

Wszystko zaczyna się od brutalnego wyzwania wizualnego. Widzowie muszą pokonać swoisty tor przeszkód w biało-czarno-czerwonej scenografii małej sali nad pubem The Sun Inn przy Leadenhall Market. Droga usiana jest aktorkami wykrzykującymi (po rosyjsku) niesławne hasło „Grab ‘em by the pussy”, a przestrzeń przecinają sznury przypominające pajęczyny. Z głośników płyną cyfrowe przetworzenia siedmiu portretów Donalda Trumpa (którego wizerunek zdobi plakaty i program, choć w samym tekście ani razu nie pada jego nazwisko). Gdy publiczność zajmuje miejsca, drzwi się zamykają i zaczyna się właściwa akcja. Składa się ona z licznych, krótkich i statycznych obrazów, w których cztery kobiety i jeden mężczyzna, ubrani w ceremonialne stroje, wygłaszają sloganowe kwestie. Ich celem jest bombardowanie widzów egocentrycznymi deklaracjami potrzeb. Światło gaśnie i zapala się gwałtownie przy każdej salwie słów, czemu towarzyszy nieprzyjemny dźwięk. Całość sprawia wrażenie scenariusza napisanego w formie piekielnych tweetów.

Ciężar przedstawienia tej materii spoczywa na barkach pracowitego zespołu. W centrum wydarzeń znajduje się Stewart Briggs jako tytułowy Rufus, odziany w połyskliwe jedwabie przypominające kostium z pantomimy i kolekcję koron. Towarzyszy mu niezwykła Kate Baxter, która magnetyzuje widzów, zachowując kamienną twarz godną Bustera Keatona – etykieta na jej szyi identyfikuje ją jako Barona Hermana De Voto. Pozostałą część obsady stanowi kobiecy chór: Madelaine Nicole Jennings jako Suzie Sitwell (w stroju panny młodej a la Melania Trump), Jessica Foden jako Rhoda oraz Dev Joshi w roli Sophii. Głos z offu należy do samego Kennedy’ego, który dorzuca pewne wyjaśnienia, choć oszczędnie. Tożsamość postaci pozostaje mglista; być może wnikliwy widz, dysponujący wiedzą o świecie i gotowością do dopowiedzenia tego, czego autor nie chciał dopowiedzieć, spróbuje odpowiedzieć na nieskończoną liczbę pytań postawionych przez tę estetyczną napaść Foremana. Ale nie jest to wcale pewne.

Można argumentować, że idąc do teatru, mamy prawo do pewnych oczekiwań, tak jak dziecko kładące się spać oczekuje bajki od rodzica. Foreman jednak nie traktuje swojej widowni jak dzieci. Wręcz przeciwnie. Wyobraźcie sobie ojca, który zamiast kołysanki czyta dwulatkowi „Manifest Komunistyczny” albo fragmenty „Umowy społecznej”, by zaindukować mu krytyczne sny – to oddaje nastrój tej sztuki. Intencją autora jest tu raczej niepokój niż ukojenie. Taki rodzic w duchu Foremana wyrzuciłby z pokoju dziecięcego disneyowskie plakaty, wieszając w ich miejsce dzieła Rothki lub Lichtensteina. Całość przenika wisielczy humor, choć prawdziwego śmiechu tu nie uświadczymy.

Tej niezwykłej iteracji towarzyszy muzyka autorstwa kierownika muzycznego Kierana Stallarda (pianino) oraz Nathana Hardinga (instrumenty dęte). Stallard tchnął w te fragmenty tekstu sporo humanizmu, co daje chwilowe poczucie ciepła w tym chłodnym krajobrazie. Korzysta z popularnych, staroświeckich amerykańskich motywów i popowych naleciałości, tworząc partyturę, która przekuwa lakoniczność tekstu w atut. Obsada śpiewa jego muzykę z wielkim pięknem i rzadką w tym spektaklu intensywnością emocjonalną – finałowy koral przypomina nam o całym człowieczeństwie, z którym bohaterowie nie zdołali nawiązać kontaktu w swoich schematycznych żywotach.

Przyjmijcie to przedstawienie takim, jakim jest, bo inne nie będzie. Zabierzcie ze sobą zimne napoje i lekkie ubrania – w sali panuje spory upał (klimatyzacja zepsuła się przed premierą prasową, choć obiecano naprawę). To trudna, ale interesująca przeprawa, zrealizowana nienagannie. Foreman, który zazwyczaj nie znosi inscenizacji swoich dzieł, wydaje się znacznie łaskawszy dla interpretacji Kennedy’ego – to już trzecie podejście tego reżysera do jego twórczości. To kolejny powód, by docenić tegoroczną propozycję jednego z najbardziej fascynujących twórców teatralnych w kraju.

Gramy do 26 sierpnia 2017

BILETY NA KING COWBOY RUFUS

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS