Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Les Misérables, Queens Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Les Misérables - One Day More. Fot. Johan Perrson Les Misérables

Queens Theatre

16 grudnia 2014

4 Gwiazdki

ZAREZERWUJ BILETY | WIĘCEJ INFORMACJI

Mężczyzna siedzący dwa miejsca obok najwyraźniej źle się poczuł. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę przejścia, ale po kilku krokach osunął się na ziemię. Pomoc nadeszła natychmiast – widzowie ruszyli z odsieczą, zjawili się bileterzy. Mężczyzna wraz z partnerką zniknęli w foyer. Osoby, na które upadł – najwyraźniej turyści z krajów germańskich – wpadły w silną agitację. Stojąc i kucając naprzemiennie, włączyli latarki w telefonach, desperacko szukając czegoś tak ważnego, że musiało zostać odnalezione tu i teraz. Może to Rolex, a może złoty bilet?

Podczas gdy trwało to całe zamieszanie, Mała Kozeta śpiewała – i to przepięknie – Castle On A Cloud. Akcja gładko przeszła w Master of the House i scenę, w której Valjean konfrontuje się z potwornymi Thénardierami, by uratować dziewczynkę. Owszem, to zamieszanie było długie, irytujące i głośne, ale nie zdołało naruszyć teatralnej alchemii dziejącej się na deskach Queen’s Theatre. To tutaj słynny hit Alaina Boubila i Claude-Michela Schönberga z 1985 roku, Les Misérables, świętuje swój 29. rok na scenie i w obecnej obsadzie aż tętni wigorem, talentem i muzykalnością. Kiedy widziałem ten spektakl dwa lata temu, produkcja była w opłakanym stanie – ze źle dobraną obsadą, pozbawiona detali, głębi, wokalnego blasku i wyrazistych postaci.

Dziś to zupełnie inna bajka.

Oryginalna inscenizacja sir Trevora Nunna i Johna Cairda, z ikoniczną scenografią Johna Napiera, nieskazitelnym światłem Davida Herseya, kostiumami Andreane Neofitou i inscenizacją muzyczną Kate Flatt, zawsze opierała się na sile licznego zespołu. Na zdolności doświadczonych i młodych wykonawców do tworzenia niemal nieustannie zmieniającego się kalejdoskopu sytuacji i postaci. Praca z doskonale wyszkolonym zespołem RSC ułatwiała sprawę, ale to był klucz do sukcesu tej produkcji – najpierw w Londynie, potem na Broadwayu i w Sydney,

Australii. Les Misérables nie jest przedstawieniem, które „robi się samo”. To ciężka praca wymagająca wszechstronności i umiejętności od każdego członka obsady, determinacji, by każda chwila wybrzmiała perfekcyjnie, oraz idealnej równowagi między orkiestrą a aktorami. To, czego Les Misérables nie wybacza – co dobitnie pokazuje obecna produkcja na Broadwayu (nie ta inscenizacja, lecz jej nowa wersja) – to podejście do partytury w stylu uczestników talent show typu X-Factor. Kiedy musical debiutował, utwory takie jak I Dreamed A Dream, Stars, On My Own, Bring Him Home czy Empty Chairs And Empty Tables nie były jeszcze standardami; nikt ich nie śpiewał w kółko, od Barbry Streisand po Susan Boyle. Prawda jest taka, że w kontekście spektaklu żadna z nich nie jest niczym więcej niż chwilą wewnętrznego olśnienia konkretnego bohatera. Owszem, świetnie wykonane mogą wywołać owacje na stojąco, ale wstrzymywanie akcji dla popisów wokalnych nie jest ich celem.

Dlatego też odkrycie, że obsada z 2014 roku w dużej mierze podchodzi do spektaklu w tradycyjny sposób, jest odświeżające i szczerze ekscytujące. To pierwszorzędny, pracowity zespół ludzi w różnym wieku i o różnej aparycji, którzy płynnie tworzą galerię postaci spotykanych przez Valjeana: więźniów, strażników, rolników, robotników, prostytutki, zakonnice, gości tawerny, studentów, żebraków, złodziei i arystokratów. Nie ma tu mowy o powtarzalności – niemal każdy aktor kreuje całkowicie nową personę w każdej scenie, w której pojawia się w innej roli. Dzięki temu detale, skomplikowana fabuła i emocjonalny spacer po linie tętnią szczerością, inwencją i klarownością.

Jeśli nigdy nie widzieliście Nędzników na żywo, ten rok jest idealny, by to nadrobić. Jeśli już ich znacie, ta obsada wnosi świeżość i interesujące niuanse do scen, które wydają się znajome, i do postaci, które – mogłoby się zdawać – nie mogą już niczym zaskoczyć. Najlepiej widać to na przykładzie rodziny Thénardier i ich kompanii. Kluczowe jest, aby dorośli Thénardierowie byli jednocześnie komiczni i potworni. Nie mogą być karykaturami; to krwiopijcy z krwi i kości, wampiry potrafiące wyssać życie z marmurowej płyty. Humor w Master of the House musi być autentyczny – nie tylko po to, by przełamać litanię smutku i grozy pierwszych 40 minut, ale także by stworzyć fascynujący kontrast dla okrucieństwa i bezdusznego targu o Kozetę, który następuje chwilę później.

Tom Edden jest bez wątpienia najlepszym Thénardierem, jakiego widziałem od czasu wspaniałego występu Petera Carrolla sprzed lat. Wnosi do roli świeżą jowialność, ale nie boi się być bezlitośnie podły i brutalny, gdy wymaga tego scena. Jego oczy promieniują sprytem wiecznego kombinatora szukającego okazji, a jego tyczkowata sylwetka wygina się w komiczny sposób, gdy okrada nieświadomych gości. Sceny w kanałach w jego wykonaniu są skrajnie niepokojące.

Niczym wulkan wokalnej mocy, komediowego timingu i bezkompromisowej pewności siebie, Helen Walsh stworzyła poruszającą, prowokacyjną i niesamowicie przyjemną w odbiorze postać pani Thénardier (zastępując Wendy Ferguson). Sekwencje z Eddenem w obu odsłonach Master of the House zostały rozegrane po mistrzowsku; duet był tak zgrany, że wyglądało to na czystą improwizację tu i teraz. Oboje nie zmarnowali ani sekundy – wydobyli ze swoich ról wszystko, co możliwe, a nawet więcej. Fenomenalne. Dzięki tak solidnej podstawie Carolina Gregory (zastępująca Carrie Hope Fletcher) wypadła świetnie jako Éponine. Jej odraza do zachowania własnej rodziny jest całkowicie zrozumiała, podobnie jak zauroczenie przystojnym Mariusem w wykonaniu Roba Houchena. Gregory potrafi być wymowna w milczeniu i nie boi się śpiewać piano, co daje świetny efekt. Ponieważ jej postać jest tak dobrze nakreślona, utwór On My Own porusza do głębi i pozostaje w pełnej zgodzie z bohaterką. Na szczęście nie było tu miejsca na popisy diwy. Najlepsze zostawiła jednak na koniec: jej ostatnie chwile w ramionach Houchena były pięknie wyważone i pełne emocji. Tylko serce z kamienia pozostałoby obojętne. Houchen to jeden z najlepszych Mariusów, jakich widziałem – to postać, która w niewłaściwych rękach bywa mdła. Tutaj jest inaczej. Houchen przekonuje jako idealista, który nagle, niespodziewanie się zakochuje i którego życie zmienia się pod wpływem tego uczucia. Ma naturalną sceniczną charyzmę, doskonały baryton i autentyczny talent aktorski. Empty Chairs at Empty Tables to majstersztyk wyczucia, a finałowe sceny z Valjeanem i Kozetą działają, bo szczerze mu wierzymy. Więź i lojalność wobec Enjolrasa są wyraźne, ale Houchen znajduje też czas, by urealnić relacje z innymi studentami, zwłaszcza z Grantaire’em (Christian Edwards).

Jako Enjolras Michael Colbourne prezentuje się odpowiednio posągowo i trudno wątpić w jego rewolucyjny zapał. Wokalnie jednak miewał słabsze momenty w kilku sekcjach i musi popracować nad podparciem oddechu, by zapewnić sobie czyste i pewne prowadzenie głosu. Ma jednak mnóstwo charyzmy, a szczególnie podobała mi się jego relacja z Gavroche'em oraz szczerość, z jaką stawiał czoła prawdzie, którą niosła ze sobą śmierć Éponine.

Zespół pełen jest wybijających się wykonawców – utalentowanych aktorów o świetnych głosach. Szczególnie dobrzy byli: Tamsin Dowsett, Jordan Lee Davies, Jeremy Batt, Bradley Jaden, Joanna Loxton, Jonny Purchase i Jade Davies. Nieco odstawał Adam Pearce ze swoim zbyt przerysowanym Bamatabois oraz Adam Linstead jako mało wyrazisty Biskup Digne.

Trójka dzieci w obsadzie – Freya Griffiths, Phoebe Lyons i Aaron Gelkoff – była bardzo dobra, przy czym Gavroche w wykonaniu Gelkoffa był wyjątkowy, biorąc pod uwagę jego wiek (8 lat!). Każda z ról została zagrana z prostotą, a Mała Kozeta i Gavroche śpiewali jak stare wygi, ale bez sztuczności, która często psuje takie momenty.

Rola dorosłej Kozety jest niewdzięczna. W teorii wydaje się prosta, ale śpiew jest wymagający, a postać potrzebuje zręcznej techniki, by nie utonąć w bagnie sentymentalizmu i nudy. Emile Fleming radzi sobie nieźle, ale jej górne rejestry są zbyt ostre, a w jej ruchach scenicznych widać pewną niepokojącą niepewność. Powinna czerpać więcej siły z gry Houchena, płynąć z nim, a nie pod prąd. Kluczem do Kozety jest jej oddanie Mariusowi; jeśli to uczucie nie jest namacalne, drugi akt nie ma prawa się udać.

W Fantine granej przez Celinde Schoenmaker jest zbyt dużo gniewu i agresji, przez co trudno o prawdziwe współczucie wobec jej losu. Co więcej, wykrzykuje I Dreamed A Dream, jakby to był popisowy numer gwiazdy estrady; to błędne podejście do tej roli. Schoenmaker musi pozwolić postaci przemówić przez tekst i melodię, zamiast próbować zaimponować wyimaginowanemu jury talent show. Nie do końca przekonał mnie też Valjean Petera Lockyera, który w niektórych sekwencjach bywał wręcz naburmuszony. Valjean to postać napisana pięknie, choć będąca testem wytrzymałości. Wymaga starannego rozłożenia akcentów i tempa, a u jej podstaw powinna leżeć troska o innych: siostrzeńca, Fantine, Kozetę, Mariusa. Pędzi go potrzeba czynienia dobra, spłacenia długu wobec Boga. Bring Him Home nie jest piosenką o Valjeanie, lecz o Mariusie i tak powinna być śpiewana. Lockyer podszedł do niej jak do swojego „wielkiego numeru”, zamiast potraktować ją jako punkt zwrotny w drodze bohatera.

W końcowej części spektaklu Lockyer był w swojej najlepszej formie, choć za każdym razem, gdy dzielił scenę z Javertem (David Thaxton), poziom jego gry znacząco wzrastał. Głosowo nie zawsze był pewny; choć doły i góry miał solidne, to środek pasma bywał u niego zastanawiająco niespójny.

Zupełnie innych wrażeń dostarczył grzmiący i niesamowicie skuteczny Javert w wykonaniu Davida Thaxtona. Jeśli chcecie wymazać z pamięci niefortunny występ Russella Crowe'a w filmie, to jest lekarstwo idealne. Thaxton jest perfekcyjny w każdej scenie – to najlepszy Javert, jakiego widziałem od czasu Philipa Quasta w 1987 roku.

Jego głos jest piękny, spójny w barwie i pełny w każdym rejestrze. Każda fraza jest wyśpiewana precyzyjnie, w pełnej zgodzie z postacią. Thaxton buduje znaczenie poprzez moc dźwięków, które dobiera po mistrzowsku. Stars elektryzuje, a jego Soliloquy to kompletny pokaz mistrzostwa w sztuce dramatyczno-muzycznej. Jest w roli w każdej sekundzie – gdy wyłania się z cienia lub w nim znika, jego obecność go wyprzedza albo pozostaje w powietrzu. O tym Javercie się nie zapomina. To występ na światowym poziomie.

Adam Rowe prowadzi orkiestrę z ogromną pewnością, choć sporadycznie puls i sekcja perkusyjna mogłyby być mocniej zaakcentowane. Pozwala też Valjeanowi i Fantine na dość osobliwe frazowanie. Ogólnie jednak od strony muzycznej spektakl stoi na bardzo wysokim poziomie.

Dzięki spektakularnej formie Thaxtona, Houchena, Gregory, Eddena i Walsh, wspieranych przez tak utalentowany zespół, drobne zastrzeżenia co do pozostałych solistów nie są w stanie przyćmić tego widowiska.

ZAREZERWUJ BILETY NA LES MISÉRABLES W QUEENS THEATRE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS