WIADOMOŚCI
RECENZJA: Let The Right One In, Apollo Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Pozwól mi wejść (Let The Right One In)
Apollo Theatre
31 marca 2014
5 Gwiazdek
Zanim nastał wczorajszy wieczór, mogłem na palcach jednej ręki policzyć sytuacje, w których siedząc w teatrze na West Endzie poczułem autentyczny szok, grozę czy przerażenie (pomijając tragiczne aktorstwo, śpiew lub nieudane produkcje). Te rzadkie chwile, gdy serce gubi rytm lub zamiera, włosy na rękach stają dęba, a z gardła wydobywa się dźwięk czystego, niekontrolowanego zaskoczenia. Momenty prawdziwego, niespodziewanego strachu. Prawdziwe rarytasy.
Jednak po obejrzeniu pełnej gracji, brutalnej i magicznej inscenizacji Johna Tiffany’ego na podstawie adaptacji Jacka Thorne’a „Pozwól mi wejść” (powieści szwedzkiego autora Johna Ajvide Lindqvista), którą po sukcesach w Royal Court i National Theatre of Scotland można teraz oglądać w nowo otwartym Apollo Theatre, potrzebuję już obu rąk i co najmniej jednej stopy do tych wyliczeń.
Tiffany to jeden z najbardziej utalentowanych, wszechstronnych i wręcz zdumiewających reżyserów na światowej scenie. To on stoi za sukcesem „Once”, niedawnej nowojorskiej „Szklanej menażerii”, niezwykłego „Blackwatch”, a teraz tej oszczędnej, idealnie skrojonej opowieści o miłości i złu.
Ludzie powiedzą wam, że to historia miłosna o wampirach, ale moim zdaniem takie postawienie sprawy to fundamentalne niezrozumienie tego wielkiego osiągnięcia.
W swej istocie jest to sztuka o wielu obliczach miłości i o tym, co to znaczy naprawdę kochać drugą osobę. Jednocześnie obnaża ona realne zło we współczesnym społeczeństwie (presję rówieśniczą, bullying, egoizm, oszustwo) i przeciwstawia je tym, których przywykliśmy uważać za godnych pogardy: samotnikom, osobom niejednoznacznym, odmieńcom.
W swoim podejściu i scenerii spektakl przypomina niemalże baśń; jest delikatny, ale kryje pod spodem ostre rany i blizny. Jest tak niepokojący, jak tylko teatr potrafi być, a jednocześnie głęboko poruszający, gdy miłość i akceptacja ostatecznie triumfują – choć za straszliwą cenę.
Christine Jones stworzyła scenografię, która jest wszystkim: domem, sklepem ze słodyczami, salą gimnastyczną, boiskiem szkolnym, innym domem, basenem – a wszystko to wyczarowane za pomocą prostych rekwizytów. Jednak główną sceną, stale obecnym tłem, jest Las. Las, który może być skąpany w słońcu lub lśnić w blasku księżyca – ale zawsze pozostaje lasem pełnym cieni i miejsc do ukrycia. Lasem, który bywa świadkiem morderstwa lub miejscem ratunku.
I jest śnieg. Wszędzie. Biały puch sprawia, że wszystko wydaje się radosne i szczęśliwe; efekt ten potęguje użycie małych piórek imitujących płatki śniegu. Delikatny puch unosi się i nie topnieje, tworząc stabilną, ale plastyczną powierzchnię. Emanuje spokojem, przez co dokonywane na nim potworne czyny wydają się tym bardziej odrażające.
Chahine Yavoren magicznie oświetla scenę. Każdy snop światła, każdy kolor czy odcień dodaje tekstury i detalu, podkreślając rosnące napięcie i nadchodzącą grozę. To niesamowicie sugestywne. Kiedy dołożymy do tego sferę dźwiękową Garetha Fry’a, otrzymujemy niesłychanie upajającą mieszankę kunsztu i dbałości o najmniejszy szczegół.
Świat, w którym żyją bohaterowie, jest przedstawiony jasno, czysto i urzekająco znajomo. A jednak, w tym samym czasie, pozostaje on niepokojąco obcy.
Oskar to młody chłopak, nieco flegmatyczny, nieśmiały i bardzo samotny. Mieszka z matką alkoholiczką i jest dręczony przez rówieśników, którzy przezywają go „Świnią”. Pewnego dnia poznaje Eli, dziwną „dziewczynę”, która boso błąka się po lesie. Natychmiast przypadają sobie do gustu, a z czasem zwykła sympatia przestaje wystarczać by opisać ich więź. Oskar nie jest jednak głupi; zdaje sobie sprawę, że Eli jest nieumarła, że żywi się krwią i może nawet nie być dziewczyną. Ale nie dba o to; lgnie do niej i chce, by została jego dziewczyną.
Eli ma jednak swojego opiekuna, Hakana – starszego mężczyznę, który chroni ją i zabija innych, by dostarczyć jej krew, której tak łaknie. Hakan dokonuje zamachu na życie Oskara, zostaje jednak zdemaskowany i próbuje popełnić samobójstwo. Nie udaje mu się to, a policja zaczyna szukać miejsca, z którego przybył. Eli jest w niebezpieczeństwie i potrzebuje nowego opiekuna.
To, co dzieje się później, trzeba po prostu zobaczyć. Bo jak każda dobra baśń, ta również niesie ze sobą szereg ważnych przesłań. Znęcanie się jest złe; zemsta jest jeszcze gorsza. Jeśli kogoś kochasz, zrobisz wszystko, by go chronić i o niego dbać. Wszystko. Miłość przybiera różne kształty i rozmiary, potrafiąc dostosować się do konkretnych okoliczności – ojciec Oskara i jego nowy partner, dziwny człowiek w sklepie ze słodyczami, Hakan i Eli, brutalni bracia Jonny i Jimmy – i przede wszystkim Oskar i Eli, bez względu na to, czy są dziewczyną, chłopcem, czy kimś innym.
Mamy tu wiele mocnych obrazów i koncepcji: sugestię, że Eli mogła przybrać postać „dziewczyny”, by zadowolić Hakana; wizję Eli uwięzionej w stanie zawieszenia między dzieckiem a dorosłym; myśl o tym, że miłość Hakana była śmiertelna i po latach dobiegła końca, oraz że z Oskarem będzie tak samo – a mimo to obaj kochają dobrowolnie, wiedząc, że to nierówny układ.
Rebecca Benson jest wspaniała jako Eli. Dziką, nieludzką, łagodną, gwałtowną, szaloną, rozsądną, piękną – to wielowymiarowa rola pełna głębi i zrozumienia postaci. Fizyczność, którą wnosi do tej roli, jest zdumiewająca: sekwencje, w których atakuje ją słońce lub gdy wkracza tam, gdzie jej nie zaproszono, pozwalają Benson pokazać całkowite zanurzenie w „stworzeniu”, którym jest Eli. Wykrzywia dłonie, zniekształca twarz i plecy – to surowe i potężne. A jednak wszystko to przepełnione jest delikatnym zachwytem i cichym uczuciem. Akceptuje swój los, ale nie czerpie z niego radości. Jest więcej niż przerażająca: jest genialna.
Martin Quinn jest rewelacyjny jako Oskar pod każdym względem. W każdym jego geście kryje się szczery, nieco aspołeczny urok; on również w pełni wykorzystuje fizyczne aspekty roli. Scena, w której o mało nie tonie w basenie, jest wykonana po mistrzowsku; im dłużej siedzi pod wodą bez tchu, tym mocniej bije serce widza. Jest zwinny w momentach komediowych i doskonale odnajduje prawdę w świecie Oskara. To zwycięska kreacja.
Reszta obsady wykonuje świetną robotę, wcielając się w wiele postaci. Gary Mackay jest szczególnie dobry jako odrażający właściciel sklepu ze słodyczami oraz nieobecny, będący „po coming-oucie” ojciec Oskara. Trafia w samo sedno tych skrajnie różnych osobowości. Susan Vidler bez wysiłku portretuje zagubioną, złamaną matkę Oskara, a Cristian Ortega jest urzekający jako dwulicowy Micke.
Trudno wyobrazić sobie, jak ta produkcja mogłaby być lepsza. Przerażająca, pomysłowa i praktycznie doskonała pod każdym względem. Współczesna baśń, której nie można przegapić.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności