WIADOMOŚCI
RECENZJA: Loserville, Union Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
Daniel Coleman-Cooke
Share
Loserville
Union Theatre
5 grudnia
3 gwiazdki
Union Theatre ma ugruntowaną pozycję jako jedno z najbardziej ekscytujących i interesujących miejsc na londyńskiej mapie teatru alternatywnego (Fringe). Każdy wieczór tutaj zapowiada się intrygująco – teatr regularnie serwuje nam świeże produkcje oraz nowe odczytania spektakli, które za pierwszym razem nie do końca trafiły w gust publiczności.
Loserville zdecydowanie zalicza się do tej drugiej kategorii; projekt autorstwa Elliota Davisa i Jamesa Bourne'a spotkał się z dość chłodnym przyjęciem po przenosinach z West Yorkshire Playhouse na West End. Bourne był założycielem boysbandu Busted – co ciekawe, fakt ten pominięto w jego biografii w programie!
Akcja osadzona jest w sennym amerykańskim miasteczku, gdzie licealiści szukają ucieczki od braku perspektyw i nieuniknionego nastoletniego buntu. Jak to w amerykańskich dramatach szkolnych bywa, mur między nerdami a popularnymi dzieciakami jest nie do przebicia. Michael Dork i jego nieporadni społecznie przyjaciele próbują sprawić, by komputery zaczęły ze sobą rozmawiać (spektakl w zasadzie twierdzi, że to oni wynaleźli e-mail; sugerowałbym jednak, by Tim Berners-Lee tego nie oglądał).
Michael musi stawić czoła Eddiemu – podręcznikowemu osiłkowi (jock), który desperacko chce poznać jego plany, bo ojciec Eddiego prowadzi firmę komputerową. Tradycyjne podziały zacierają się, gdy na scenie pojawia się piękna i inteligentna Holly. Zaczyna ona „kręcić” z Michaelem, ku zazdrości jego najlepszego przyjaciela, Lucasa. Eddie i jego dość ograniczeni wspólnicy obmyślają kuriozalny szantaż, by usidlić Holly; czy dziewczyna przejdzie na „ciemną stronę” i czy te poplątane przyjaźnie przetrwają?
Jak sugeruje streszczenie, największym problemem Loserville jest przemożne wrażenie, że to wszystko już gdzieś widzieliśmy. To swoisty miks Teorii wielkiego podrywu i wszelkich młodzieżowych klasyków (Grease, Zakręcony czwartek, Glee). Choć scenariusz nadaje „geekiom” pewną głębię emocjonalną i dramatyczne napięcie, to osiłki i złośliwe dziewczyny są wręcz nieznośnie jednowymiarowi i schematyczni. Najciekawszą postacią jest Samantha, należąca do paczki „fajnych”, która ukrywa pasję do science-fiction – to świetny wątek, który niestety nie został w pełni rozwinięty.
Partytura utrzymana jest w pop-punkowym klimacie; z początku wpada w ucho, ale brakuje jej zróżnicowania, zwłaszcza przez liczne repryzy. Nieustanna hiperaktywność spektaklu bywa męcząca, szczególnie w połączeniu z neonowymi, jaskrawymi kostiumami. Teksty piosenek też często zawodzą brakiem polotu, wykazując pewną prostotę, za którą swego czasu krytykowano Busted („To ze mną powinieneś się umawiać / Widok ciebie z nim to frustracja”).
Czytając to, można by się zastanawiać, dlaczego nie wystawiłem spektaklowi jednej gwiazdki i nie skazałem go na zapomnienie. Otóż, inscenizacja Michaela Burgena jest bardzo pomysłowa, a kameralna przestrzeń Union Theatre służy mu znacznie lepiej niż duży teatr na West Endzie. Reżyser z wyczuciem podszedł do tych bardziej niedorzecznych aspektów sztuki (choć osławione jugosłowiańskie bliźniaczki, zmiażdżone przez krytykę w poprzedniej wersji, tajemniczo pozostały w obsadzie).
Choreograf Matt Krzan stworzył kilka innowacyjnych układów, szczególnie w numerze „Little Things You Do”, gdzie sprytnie wplótł grę w badmintona w muzyczny rytm i ruch. Dodatkowe wsparcie wokalne spoza sceny zapewnia zespół, co jest trafną decyzją, dodającą piosenkom miłych dla ucha harmonii.
Scenografia jest wspaniała; twórcy w Union Theatre często głowią się, jak maksymalnie wykorzystać miniaturową scenę. Projektant (niestety niewymieniony w programie) otworzył całą przestrzeń, tworząc pokój ze ścianami pokrytymi graffiti i naukowymi bazgrołami.
W pewnym momencie niektóre z nich zostają podświetlone, co w połączeniu z inteligentną reżyserią światła daje niezwykle silny efekt. Kolejne notatki pojawiają się w trakcie spektaklu na tablicy, co świetnie buduje kontekst i pomaga umiejscowić poszczególne sceny.
Aktorsko jest bardzo solidnie, choć niektórzy członkowie zespołu byli blisko nadekspresji podczas numerów grupowych. Joshua Watt jest uroczy i świetnie śpiewa jako geekowaty Michael Dork. Trzeba jednak przyznać, że jego amerykański akcent czasem zawodzi, a sam aktor jest chyba zbyt klasycznie przystojny jak na kogoś, kto rzekomo odstrasza płeć przeciwną.
Holly-Anne Hull wypadła równie przekonująco jako błyskotliwa i dobra Holly. Ma fantastyczny głos, choć momentami powinna dbać o lepszą emisję, bo zdarzało się, że zespół muzyczny ją zagłuszał. Shane Gibb zaimponował mi swoim profesjonalnym debiutem, ze swobodą wykonując swoją partię solową; to nazwisko, które warto zapamiętać.
Loserville to produkcja pełna scenicznych „E-dodatków” – kolorowa i słodka, ale grożąca przesłodzeniem. To wtórny scenariusz i partytura, które wyciągnięto na wyższy poziom dzięki sprawnej reżyserii i energii młodej obsady.
Loserville w Union Theatre można oglądać do 20 grudnia 2015 roku
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności