WIADOMOŚCI
RECENZJA: Old Times, American Airlines Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Dawne czasy (Old Times)
American Airlines Theatre
10 października 2015
4 gwiazdki
Istnieje anegdota dotycząca Harolda Pintera, jego sztuki „Dawne czasy” oraz wielkiego aktora Anthony'ego Hopkinsa, który w 1984 roku występował w nowej inscenizacji tego dramatu dla Roundabout Theatre. Hopkins miał rzekomo zapytać mistrza, co oznacza zakończenie sztuki. „Nie mam pojęcia. Po prostu to zagraj” – brzmiała zirytowana odpowiedź.
W szkole teatralnej uczyłam się pod okiem dość specyficznej dramaturżki. Uważała ona, że najlepszym sposobem, by współczesna grupa studentów mogła poczuć więź z „Wiśniowym sadem” Czechowa, będzie czytanie tekstu na głos, podczas gdy studenci leżeli na podłodze, wyobrażając sobie, że są drzewami wiśni tuż przed wycięciem. Ta sama tutorka miała bardzo konkretne zdanie na temat „Dawnych czasów”.
Odrzucała wszelkie „teorie”. Ani przez chwilę nie wierzyła, że sztuka jest fantastyczną wizją zrodzoną w umyśle Kate, żony głównego bohatera. Taka interpretacja zakładałaby, że Kate jest psychotyczna i zabiła swoją przyjaciółkę Annę – być może dlatego, że ta ukradła jej bieliznę, ale bardziej prawdopodobne, że próbowała odbić jej mężczyznę, Deeley’ego, obecnie męża. Sugeruje to dalej, że Kate zabija również Deeley’ego, ponieważ ten nie może się pogodzić ze śmiercią Anny. Kate jest obłąkana, pije, pali, pogrąża się w fantazjach – i o tym właśnie ma być ta sztuka.
Nie wierzyła też w interpretacje, które widziały w Annie i Kate dwa oblicza tej samej osobowości: albo jako sposób, w jaki Deeley postrzegał swoją kobietę w zależności od jej nastrojów, albo jako rzeczywisty przypadek osobowości mnogiej, gdzie Kate być może zepchnęła Annę na margines na wiele lat, by ta nagle powróciła i zburzyła ustalony ład.
Nie, moja tutorka stanowczo opowiadała się za tym, że jest to sztuka o pamięci i o tym, jak wspomnienia potrafią modyfikować przeszłość, kreować ją na nowo i zastygać w kamieniu. O tym, że różni ludzie mogą mieć te same wspomnienia z tych samych wydarzeń, ale nigdy nie są one ze sobą zgodne. Dla niej była to sztuka, w której wszystko i nic jest jednocześnie prawdą i fałszem: to tylko kwestia perspektywy. Postacie i wydarzenia mogą być realne lub nie; wszystko zależy od punktu widzenia.
Pinter bez wątpienia wyśmiałby jej poglądy na „Wiśniowy sad”, ale biorąc pod uwagę jego uwagę skierowaną do Hopkinsa – jeśli była prawdziwa – być może zgodziłby się z nią w kwestii „Dawnych czasów”.
Obecnie, ponownie pod auspicjami Roundabout, ale tym razem w American Airlines Theatre, wystawiana jest nowa inscenizacja Douglasa Hodge’a, inaugurująca jubileuszowy, 50. sezon teatru. W programie Todd Haimes, dyrektor artystyczny Roundabout, zauważa:
„Douglas (Hodge) porównał otwartość interpretacyjną sztuki do poematu lub utworu tanecznego. Dramat wymyka się łatwej analizie czy kategoryzacji, ale sugestywna natura języka i zmysłowa siła relacji – ucieleśnione tutaj przez potężne trio aktorskie: Clive'a Owena, Eve Best i Kelly Reilly – są magnetyczne. Podejrzewam, że każdy widz wyjdzie z teatru z innym zrozumieniem historii, która rozegrała się na scenie, i uwielbiam to, że w mroku naszej sali ożyje tak wiele różnych interpretacji”.
Jedynym pewnym sposobem na uśmiercenie inscenizacji „Dawnych czasów” jest próba zrobienia czegoś innego niż „Po prostu to zagraj!”. Hodge, którego łączy z twórczością Pintera głęboka, wieloletnia więź, nie popełnia tego błędu. Nie ma tu autorskiego redefiniowania na siłę; nie ma próby narzucenia tekstowi konkretnej wizji.
W rzeczywistości najbliżej zaznaczenia własnej wizji w tym pinterowskim walcu bólu i wrażeń Hodge jest w sferze scenografii. Christine Jones stworzyła zaskakującą, trudną do opisania przestrzeń. Ogromny, gruby blok lodu służy za drzwi. Tło jest wysokie na całą ścianę, w kolorze brudnego różu, łososia czy też jakiegoś innego odcienia z przełomu lat 70. i 80. To płaska powierzchnia, ale widnieje na niej linia zataczająca kręgi coraz głębiej do środka, tworząc efekt tunelu lub wiru. Czarne, modułowe kanapy są kunsztownie ustawione, z centralnym fotelem przeznaczonym dla mężczyzny.
Jest minimalistycznie, a jednocześnie w dziwny sposób przesadnie. Atmosfera bije dekadencją, a gdy zaczyna się palenie i picie, poczucie leniwego rozpasania narasta. Lodowe drzwi wydają się osobliwe lub oczywiste, zależnie od naszych skłonności. Być może to prosty symbol potrzeby „rozmrożenia” się tych postaci, ocieplenia relacji, lub sugestia, dlaczego nie mogą tego zrobić. A może, bardziej kontrowersyjnie, lodowe drzwi mają reprezentować kostkę lodu pływającą na powierzchni koktajlu, z tłem jako kieliszkiem do martini i aktorami jako składnikami – osobnymi, zmieszanymi, mdłymi lub cierpkimi. W końcu martini mogło mieć wpływ na pamięć.
Mniejsza o to, scenografia jest kapitalna. Stanowi ramę dla akcji, ale jej nie dominuje. Podobnie,
osobliwa, fascynująca i niepokojąca muzyka Thoma Yorke’a potęguje poczucie, że coś tu „nie gra”. Zaczyna działać na długo przed tym, zanim aktorzy wypowiedzą pierwsze słowo, i buduje atmosferę dysonansu, która nie ustępuje ani na chwilę. Japhy Wiedeman operuje oświetleniem, które jest upiornie refleksyjne, migotliwe i nieuchwytne – dokładnie tak, jak wspomnienia. Jest to niesamowicie skuteczne. Kostiumy Constance Hoffman podkreślają niewyrażalne aspekty postaci, uwypuklając jednocześnie ich seksualne apetyty i kapryśne cechy charakteru.
Hodge decyduje się na odmienność w sposobie gry. Nie ma tu wyciszenia, powolnego budowania napięcia czy cichej frustracji. Role są grane z wigorem, odważniej niż można by się spodziewać po brytyjskiej scenie lub kimś, kto uważa, że Pinter powinien być trzymany w naftalinie. Dzięki temu zmysłowa krawędź jest bardziej ostra, stawka wyższa, a komizm znacznie wyraźniejszy. Wszystko to celowe. Przynosi to świetne rezultaty, zwłaszcza w sekwencjach dotyczących kradzieży bielizny, wspominania ciała w łóżku czy przy fatalnie wykonanych piosenkach z rewii. Z jednej strony to odwaga ze strony Hodge’a; z drugiej – to po prostu „granie tego”.
Obsada jest bez zarzutu. Eve Best, zmysłowa, magnetyczna i drapieżna, jest czystą rozkoszą jako enigmatyczna Anna. Delektuje się językiem, nie boi się siły, jaką niesie milczenie, i emanuje żarem i chłodem w równych dawkach. Wygląda świetnie, brzmi świetnie i po prostu jest świetna. Nie można od niej oderwać wzroku.
Kelly Reilly wypełnia wszystkie te kobiece przestrzenie, których nie zajmuje Best. Jest szczególnie dobra w budowaniu porozumiewawczych, a jednocześnie nieobecnych spojrzeń, mrożących krew w żyłach fraz i milczącego, przenikliwego wzroku. Najczęściej wybiera drogę kokieteryjną i dąsającą się, ale podszywa ją nieoczekiwanymi nutami; wydaje się znajoma, lecz nieustannie zaskakuje. Po kąpieli jej uwodzicielska koszula nocna dodaje zmysłowości jej postaci. Sprawia wrażenie tlącego się ognia, który zaraz wybuchnie wysokim płomieniem. Musująca, ale z klasą.
Trio dopełnia Clive Owen, w garniturze i z ogromną dawką męskości. Bardzo trafnie buduje postać Deeley’ego, zatrzymując się tuż przed byciem prawdziwie charyzmatycznym i pociągającym; Owen słusznie eksponuje wady bohatera. Krąży po scenie, warczy i świetnie oddaje pozę pewnego siebie lekceważenia, ma stalowe spojrzenie i ciało napięte jak struna. Doskonale kontrastuje z Best i Reilly, a jego oczy błyskają raz szansą, raz wspomnieniem. Naprawdę wierzymy, że łączyła go intymna więź z obiema kobietami, że był zagubiony przy każdej z nich i przez każdą z nich usidlony. Złożona i soczysta kreacja.
Ta inscenizacja w smaku przypomina koktajl French 75: szampan to Reilly, gin to Best, a cytrynowy bitter to Owen. Wyborna mieszanka.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności