Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: A Raisin in the Sun, Ethel Barrymore Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Rodzynka w słońcu (A Raisin In The Sun)

Ethel Barrymore Theatre

8 kwietnia 2014

4 gwiazdki

Często zdarza się, że widzowie opuszczają teatr w przerwie. Powody bywają różne. Dzisiejszego wieczoru ponad dwadzieścia osób wyszło z wznowienia sztuki „Rodzynka w słońcu”, wystawianej obecnie w Ethel Barrymore Theatre na Broadwayu. Wszyscy, którzy wyszli, byli biali i po czterdziestce. Niektórzy rzucali uwagi w stylu: „Nie muszę oglądać takich rzeczy na scenie” oraz „Co za sterta bzdur”. Czworo z nich przytaknęło stwierdzeniu: „Wracajmy na Florydę, tam takie **** się nie dzieją”.

Doprawdy.

Mamy rok 2014.

Sztuka Lorraine Hansberry „Rodzynka w słońcu” zadebiutowała na Broadwayu w 1964 roku. Hansberry była pierwszą Afroamerykanką, która zdobyła nagrodę New York Drama Critics Circle. Jej dzieło było przełomowym osiągnięciem.

I nadal nim jest.

Niewiele jest sztuk, które tak głęboko dotykają życia Afroamerykanów w USA. Ta jest niezwykła pod każdym względem: inteligentne, wnikliwe dialogi; bohaterowie buzujący od emocji i oburzenia, głupoty i silnego kręgosłupa moralnego; fabuła, która nigdy nie zmierza tam, gdzie byśmy się spodziewali; a przede wszystkim prawdziwy obraz walki między asymilacją, uległością a uznaniem własnych korzeni.

Patrząc z innej strony, rzadko spotyka się sztuki z tak genialnie nakreślonymi postaciami kobiecymi, które tak się składa, że są czarnoskóre. Tu mamy trzy takie role i każda z nich to prawdziwy klejnot.

Obecną produkcję reżyseruje Kenny Leon – ten sam, który prowadził ostatnie wystawienie na Broadwayu. Jest to jednak inscenizacja zgoła inna od poprzedniej.

Sztuka opowiada o rodzinie Youngerów: babci, synu i córce, synowej oraz wnuku. Akcja toczy się w ciasnym mieszkaniu w Chicago, tuż po śmierci głowy rodziny. Na co zostaną wydane pieniądze z ubezpieczenia? Kto o tym zdecyduje? Kobiety czy syn zmarłego? Co ta decyzja oznacza dla całej rodziny? Co się dzieje, gdy gonisz za marzeniem, które staje się koszmarem? Jak pogodzić miłość z brakiem zrozumienia?

Dramat operuje wielkimi tematami w kameralnej oprawie. Rodzina ta stanowi mikrokosmos czarnoskórych rodzin w całej Ameryce. Czy pójdą za modelem matriarchalnym, czy przyjmą patriarchat na wzór białych? Jak wyrwać się z faktycznej służebności? Jaka jest różnica – o ile w ogóle istnieje – między „wpasowaniem się” a walką o własną godność?

Krótko mówiąc: to niesamowita sztuka i aż trudno uwierzyć, że powstała 50 lat temu. Jest niezwykle aktualna, świeża i uderza w samo sedno współczesnych problemów.

Wszystko w tej inscenizacji tchnie klasą. Scenografia Marka Thompsona jest zachwycająco spatynowana i wierna epoce. Wykorzystanie ruchomej sceny, która dosłownie napiera ku przyszłości i wycofuje się w przeszłość, jest genialnym posunięciem. Kostiumy Ann Roth podobnie przywołują klimat minionych lat.

Leon reżyseruje z werwą i klarownością. Wyciąga z postaci i sytuacji każdą kroplę humoru, ale robi to bez cienia protekcjonalności. Ten komizm jest organiczny, wynika z reakcji i zachowań prawdziwej, kochającej się rodziny.

Trzy niezwykłe kobiety tworzą wierzchołki precyzyjnie nakreślonego trójkąta. Niezależnie od przeciwprostokątnej, jego boki to miłość i obowiązek. Raz mroczny, raz zwiewny – ten trójkąt rezonuje niczym kluczowa sekcja orkiestry.

LaTanya Richardson Jackson jest fenomenalna jako Lena, głowa rodu. Surowa, rozpromieniona i zachwycająca – to ucieleśnienie majestatu; siła natury, ciepła matka i zaciekła opiekunka. Do tego potrafi rzucić żartem i trafnym spostrzeżeniem. Trudno nie marzyć o takiej babci. To rola o ogromnej sile i subtelności.

Równie imponująca, a może nawet bardziej, jest Sophie Okonedo jako Ruth, żona syna Leny. Od pierwszych chwil na scenie, gdy zostaje sama ze swoimi myślami – zmizernała, napięta i zmęczona ciężarem życia – jej Ruth jest studium pragmatyzmu i wrażliwości. Okonedo jest zdumiewająca w każdym calu. Dałbym jej nagrodę Tony już teraz.

Anika Noni Rose czaruje jako córka Leny, Beneatha – aspirująca lekarka, o którą zabiega dwóch mężczyzn. Jeden chce, by asymilowała się z białymi, drugi przypomina jej o dumie z pochodzenia i próbuje rozbudzić w niej tożsamość przodków. Ten konflikt Rose oddaje po mistrzowsku. Scena, w której przebiera się w nigeryjski strój i tańczy ludowy taniec, jest wspaniała, choć dziwnie niepokojąca. Czy można tak łatwo zajrzeć w głąb czyjejś historii? To po prostu wyśmienite.

Denzel Washington zachwyca w roli mężczyzny, który miota się między trzema kobietami w swoim domu. W jego grze jest ociężałość i gorycz, która wykracza poza jego status gwiazdy; to rola bez upiększeń, odważne wyzwanie rzucone wizerunkowi celebryty. Washington bywa odrażający, gwałtowny, złośliwy i bezradny – jest zmienny w fascynujący, dysfunkcyjny sposób. Jego Walter Lee to modelowy przegryw, totalny życiowy bałagan – ale jest przy tym ludzki, napędzany potrzebą udowodnienia swojej męskości. Wydobywając z niego wewnętrzne dziecko, Washington sprawia, że Walter staje się postacią zrozumiałą, choć niewybaczalną i dziwnie bliską. Jest oszałamiająco dobry.

David Cromer w roli wyjątkowo podłego rasisty, ukrytego pod maską słodkiej gościnności, jest przerażająco autentyczny. Sceny, w których próbuje przekonać rodzinę, by nie przeprowadzała się do Clybourne Park (gdzie Lena kupiła dom), ponieważ biali „ciężko pracowali na swoją społeczność”, wywołują dreszcz obrzydzenia. Cromer trafia w punkt w dwóch świetnych scenach. Jemu też przyznałbym Tony od ręki.

Sean Patrick Thomas jako idealista Joseph, który chce zabrać Beneathę do Nigerii, tworzy postać pełną radości i zrozumienia. Jego rywal, George (w tej roli Jason Dirden), jest równie przekonujący: to chłopak z college'u w białych butach i garniturze, który desperacko pragnie wpasować się w białą Amerykę. Obaj aktorzy tchnęli w swoje postacie prawdę i realizm.

Sztuka Hansberry, oscylując między ciepłem a dyskomfortem, zmusza do refleksji nad losem czarnoskórych Amerykanów i każe widzieć w nich równych sobie ludzi, którzy żyją, marzą, zwyciężają i upadają tak samo jak każdy z nas.

To był ważny tekst w 1964 roku, a patrząc na dzisiejsze reakcje niektórych widzów, jest tak samo istotny dzisiaj. Sugeruje, że równość i uczciwość to narzędzia prawdziwego człowieka – a ci, którzy chcą z tym dyskutować... cóż, nie są warci uwagi.

Utalentowana obsada sprawia, że ta niesłychanie ważna sztuka wibruje emocjami, budząc radość, grozę i pokazując brutalność codziennego życia. Kawał świetnego teatru.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS