WIADOMOŚCI
RECENZJA: La Belle Sauvage. Księga Pyłu, Bridge Theatre Londyn ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
Libby Purves
Share
Nasza recenzentka theatreCat, Libby Purves, ocenia spektakl „The Book of Dust” (Lajra i La Belle Sauvage) wystawiany w Bridge Theatre w Londynie, gdzie zespół twórców wspina się na wyżyny swoich możliwości dla Pullmana.
Sky Young (Ben), Ella Dacres (Alice), Samuel Creasey (Malcolm) i Helen Forster (Asta). Fot. Manuel Harlan The Book of Dust
The Bridge Theatre
4 gwiazdki
Zacznijmy od konkretów: to najbardziej sugestywne, nastrojowe i widowiskowe projekcje sceniczne, jakie zobaczycie w tym roku. Bob Crowley, mistrzowie wideo Luke Halls i Zak Hein oraz reżyser światła Jon Clark zasługują na owacje na stojąco. Oni dosłownie malują światłem. Na falującej rzece – raz łagodnej, raz wzburzonej – płynącej przez zalesione i usiane kościelnymi wieżami Oxfordshire, dwójka dzieci steruje brzozową łodzią z desperacką misją ratowania niemowlęcia. I szczerze im wierzymy. Na brzegu, bruk czy murawa, uniwersytecki dziedziniec i pub Trout w Godstow bez trudu wyrastają wokół nich.
Ironicznie, jest to większy triumf inscenizacyjny niż te wszystkie dość irytujące, rozświetlone i gadatliwe „dajmony”, będące ucieleśnieniem Id każdego bohatera w rękach dwojących się i trojących lalkarzy. Choć przyznam, że hiena głównego czarnego charakteru, z jej papierową głową i nerwowym śmiechem, bardzo mi zapadła w pamięć.
Ella Dacres (Alice), Pip Carter (Gerard) i Julie Atherton (Hiena). Fot. Manuel Harlan
Wkraczamy ponownie w fantastyczny, równoległy świat Philipa Pullmana: po triumfalnej trylogii „Mroczne materie” w National Theatre kilka lat temu, Nicholas Hytner (i as adaptacji Bryony Lavery) wzięli na warsztat pierwszą część historii będącej prequelem narodzin Lyry. Złowrogie Magisterium – rodzaj piętnastowiecznego katolickiego państwa policyjnego, znany z dość staroświeckiej paranoi Pullmana na punkcie religii instytucjonalnej – chce ją zgładzić.
Można by, w przypływie braku życzliwości, zastanawiać się, dlaczego pisarz tak konsekwentnie i w duchu Dawkinsa zwalczający chrześcijańskie opowieści, pisze baśń o – cóż – świętym dziecku, które według „przepowiedni” rodzi się, by ocalić świat przed okrucieństwem, i które jest ścigane przez herodiańską władzę i szpiegów. I dziwić się, że autor tak ostro krytykujący Narnię C.S. Lewisa, zaludnia swoją rzekę podobnymi bóstwami i czarownicami, a każdemu daje mówiące zwierzę. Nawet jeśli dodaje do tego naukowe „czary-mary” o samoświadomości materii i uczony przyrząd do wróżenia zwany aletiometrem (Lewis miał tylko staroświeckie różdżki, bo najwyraźniej nie obracał się w kręgach fizyków i biologów jak jego humanistyczny następca z Oksfordu).
Heather Forster (Asta), Samuel Creasey (Malcolm) i Ella Dacres (Alice). Fot. Manuel Harlan
Ale mniejsza o to. To książka dla dzieci, list miłosny do Oxfordshire i kawał świetnej opowieści w tej sprawnie zrealizowanej, dynamicznej i wizualnie olśniewającej produkcji. Jej bohaterem jest aktorskie odkrycie: Samuel Creasey, w swoim zawodowym debiucie, prowadzi nas przez historię z uroczą, nieco flegmatyczną werwą jako Malcolm, dwunastoletni syn właścicielki pubu. Pełen serca i młodzieńczej przyzwoitości wciągany jest w niebezpieczny świat, gdy uścisk totalitarnych hierarchów staje się coraz mroźniejszy. Alice w wykonaniu Elli Dacres jest równie świetna: krzykliwa piętnastolatka, gniewna i pełna pogardy dla Malcolma, dopóki zgodnie z uświęconą tradycją literatury dziecięcej nie zaprzyjaźnią się w obliczu przeciwności losu.
Obsada jest znakomita: jako główny wróg i świętoszkowata kaznodziejka, Ayesha Darker tworzy postać koszmarnej prezeski korporacji w szpilkach i eleganckim garniturze. Pip Carter to łotr w każdym calu, z tą niepokojącą, sadystyczną nutą, którą pan Pullman tak lubi przemycać. Dearbhla Molloy jako dobrotliwa zakonnica, a później irlandzka Doris w obozie rebeliantów, bez wysiłku skrada każdą scenę, w której się pojawia.
Wendy Mae Brown (Uczona Muriel), Samuel Creasey (Malcolm) i Derbhla Molloy (Uczona Rosemary). Fot. Manuel Harlan
Podobnie jak niemowlę występujące w premierowy wieczór, które choć czasem roztropnie zastępowane przez lalkę i efekty dźwiękowe, często gościło na scenie – uśmiechnięte i opanowane, wywołując „achy” i „ochy” publiczności, która wyraźnie czekała na jego kolejne pojawienie się. Nawet wtedy, gdy widzowie powinni skupiać się na szalonych dywagacjach o świadomości materii, profesorach martwiących się o dotacje na badania czy poszukiwaniach zaginionego aletiometru.
Hytner i odważne Bridge Theatre rzucili na tę scenę cały swój geniusz, tworząc wielkie widowisko w tych niepewnych czasach. A ponieważ przed nami jeszcze dwa tomy, pan Pullman zrobiłby dobrze, powierzając je tej samej ekipie. Bo (jakże by inaczej?) książki wydały mi się znacznie mniej porywające – nigdy nie zdołałam dokończyć lektury przez irytujący brak wiary w tę fantazję – ale spektakl oglądało mi się doskonale. I o to chodzi.
Grane do 26 lutego.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności