Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Flies, Bunker Theatre ✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Udostępnij

Julian Eaves recenzuje „Muchy” (Les Mouches) Jeana-Paula Sartre'a, prezentowane na przemian w języku francuskim i angielskim w Bunker Theatre w Londynie.

The Flies / Les MouchesBunker Theatre, 13 czerwca 2019 r. 1 Gwiazdka KUP BILETY Jean-Paul Sartre jest powszechnie ceniony jako filozof, lecz nieco mniej znany jako dramaturg. A jednak jedno z jego wczesnych dzieł scenicznych, „Przy drzwiach zamkniętych” („Huis clos”), na stałe zagościło w repertuarze międzynarodowym. To nie lada osiągnięcie dla kogoś, kto w 1944 roku miał na koncie zaledwie kilka prób, w tym tę rozwlekłą i chaotyczną reinterpretację „Orestei”. „Muchy” powielają niemal każdy błąd, jaki dramaturg może popełnić przy tworzeniu tekstu na scenę: panuje tu bałagan, intryga jest ociężała, ekspozycja ciągnie się w nieskończoność, akcja jest minimalna, a kiedy już się dzieje, zostaje pospiesznie skopana i tak dalej. Mimo że sztuka reklamowana jest nam jako reakcja na okupację nazistowską, w samej inscenizacji niewiele z niej widać. Zapowiadano ją również jako „operę rockową”, choć śpiewu jest jak na lekarstwo, a kiedy już się pojawia, w żadnym stopniu nie dorównuje brzmieniu muzyki rockowej. Niezrażona tym mała, dwujęzyczna trupa Exchange Theatre – która już 10 lat temu zaprezentowała ten tytuł na londyńskim offie – postanowiła uczcić rocznicę, wystawiając go ponownie. Cóż, ostatnim razem spektakl zdobył nagrodę Offie. Patrząc jednak na obecną produkcję, wątpię, by drugie podejście odniosło podobny sukces. Jakiikolwiek sukces reżyser David Furlong odniósł pierwotnie z tym niełatwym materiałem, tym razem go opuścił – przynajmniej w przypadku anglojęzycznej wersji spektaklu, którą widziałem wczoraj. W wybrane dni zespół prezentuje również wersję po francusku (choć z nie zawsze tą samą obsadą). Meena Rayann w „Muchach”. Fot.: Camille Dufrenoy. Tutaj wyraźnie słychać, że w obsadzie dominują akcenty francuskie, co rzutuje na angielską intonację, artykulację i ekspresję tekstu. To spore przeszkody w zrozumieniu treści. Co więcej, umiejętności aktorskie wykonawców zdają się niemal powszechnie odbijać od specyfiki tekstu, tworząc bariery komunikacyjne, których pod okiem reżysera nie udało się przełamać. W ruchu scenicznym Jennifer Kay zdarzają się momenty skupienia, ale on również sprawia wrażenie zdławionego brakiem jasności co do obranego celu. Bardziej precyzyjna reżyseria walk Kevina Rowntree to dość odosobniony przykład czegoś, co po prostu broni się na własnych zasadach. Niestety, decyzja Furlonga, by śmierć Ajgistosa rozegrać w tonie komediowym (mam przynajmniej nadzieję, że była to świadoma decyzja), okazuje się kolejnym błędem. Samy Elkhatib (Orestes) i Juliet Dante (Pedagog) w „Muchach”. Problemy nie kończą się na tym. Scenografia autorstwa Ninon Fandre jest, delikatnie mówiąc, zagracona, a ten sam nastrój udzielił się kostiumom Sarah Habib. Widziałem w tej przestrzeni wiele przedstawień, w tym jedne z najlepszych w życiu, i uczciwie trzeba przyznać, że najlepiej radziły sobie te, które maksymalnie opróżniły scenę, by dać swobodę interakcji między aktorami a widzami – podobnie jak w „przestrzeni otwartej” w Shakespeare’s Globe. Tutaj akcja otoczona jest ścianami projekcji wideo (autorstwa Jasona Greenberga) i stertą śmieci. Być może sprawdziłoby się to lepiej na innej scenie – tutaj stanowi blokadę i rozprasza. Mamy też mocno zachwalaną kapelę na scenie (Billy Boguard – gitara; Thomas Broda – perkusja; Elo Elso – bas), która gra i gra niemal nieustanny podkład w luźnym klimacie rocka z West Coast. To przyjemne dla ucha, ale pasuje niemal wszędzie, TYLKO NIE do sztucznego, sztywnego neoklasycznego języka wybranego przez tłumacza. Za każdym razem, gdy obsada otwiera usta, by przemówić wyćwiczonym głosem absolwentów szkół aktorskich, czujemy, że nie jesteśmy w nowoczesnym, zniszczonym, dystopijnym krajobrazie serwowanym przez scenografów. Zdecydowanie nie. Znajdujemy się raczej w surowym świecie Racine’a i Corneille’a, serwujących intrygi z klasycznego repertuaru jako metaforę gier na dworze Króla Słońce. Wszystko to gryzie się ze sobą. Tymczasem aktorzy muszą radzić sobie, jak mogą. David Furlong w „Muchach”. Fot.: Camille Dufrenoy. Meena Rayann wciela się w wymagającą rolę Elektry. Być może stanęła na wysokości zadania w „Grze o Tron”, ale to znacznie trudniejsza partia do zagrania i aktorka czuje się w niej zagubiona. Musi także śpiewać przy akompaniamencie sprawnej kapeli rockowej i tutaj również napotyka trudności. Paco Esquire widnieje w programie jako kierownik muzyczny, ale nie zdołał zbytnio pomóc wykonawcom. To samo tyczy się numeru „imitatora Elvisa”, który Samy Elkhatib musi wyśpiewać jako swój dość sztywny Orestes, a także chóru Furii – Fanny Dulin (będącej też producentką zespołu i całkiem wiarygodną Klitajmestrą, choć obarczoną twardym francuskim akcentem, sprawiającym, że wiele linii brzmi niewyraźnie), Sorayi Spiers i Christophera Runcimana. Ten ostatni jest niemal jedynym, który posiada warunki wokalne – w języku angielskim – pozwalające mu swobodnie przebić się przez trudną akustykę tego podziemnego, dawnego parkingu; mogę tylko zgadywać, jak poradzi sobie po przejściu na francuski. Sytuację pogorszył fakt, że na pokazie prasowym mikrofony Furii odmówiły posłuszeństwa podczas ich jedynego – dość obiecującego, choć chaotycznie zainscenizowanego – numeru. W programie nie wymieniono reżysera dźwięku, co może wyjaśniać ten problem. Raul Fernandes jako Jowisz, deus będący zdecydowanie poza swoją machina, był wyjątkowy o tyle, że w miarę upływu spektaklu zyskiwał na przekonaniu, co może (choć nie musi) mieć związek z faktyczną liczbą odbytych prób. Poza tym wielu aktorów cierpiało z powodu spóźnionych lub przestrzelonych wejść, pomyłek w tekście i wszelkiego rodzaju potknięć, które powinny zostać wyeliminowane na próbach. Pedagog w wykonaniu Juliet Dante ucierpiał pod tym względem najbardziej. Szczególnie zadziwiający jest nawyk wielu członków obsady do kierowania swoich kwestii na tej scenie typu thrust w jedynym kierunku, gdzie NIE MA widzów: w stronę tylnej ściany. Bizarne. Podsumowując, uważam, że jest to produkcja w tarapatach. Przykro wystawiać jedną gwiazdkę w tak niefortunnych okolicznościach, ale skoro już trzeba ją przyznać, to nie ma wielkiego wyboru. KUP BILETY NA „MUCHY”

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS