WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Grand Tour, Finborough Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
(Fot.: Annabel Vere). Nic Kyle i Alastair Brookshaw w spektaklu The Grand Tour
Finborough Theatre
14 lutego 2015
5 Gwiazdek
Co takiego jest w połączeniu zakonnic i nazistów, co tak urzekło wielkich kompozytorów z Broadwayu, Richarda Rodgersa i Jerry'ego Hermana? Kontrast białych habitów z czarnymi mundurami? Dobro kontra zło? Czy może zdyscyplinowane kobiety wyprowadzające z równowagi zdyscyplinowanych mężczyzn? Bez względu na powód, motyw ten stał się niezwykle popularny, czego najlepszym dowodem są słynne Dźwięki muzyki. Mel Brooks również wykorzystał ten motyw w Producentach, a z pewnością znalazłoby się więcej okazji, w których matka przełożona i zwolennik aryjskiej supremacji współistnieją na scenie.
W teatrze muzycznym rzadko zdarza się, by brak oklasków podczas pierwszego aktu był dobrym znakiem. Widownia zazwyczaj uwielbia wiwatować i nagradzać songi brawami, czasem jeszcze zanim wybrzmi ostatnia nuta. Dlatego cisza na widowni często zwiastuje dezaprobatę, nudę lub lekceważenie. Tylko w wyjątkowych przypadkach taka cisza wynika z pragnienia publiczności, by nie przerywać magii, nie uronić ani sekundy i nie kończyć spektaklu. Zwłaszcza gdy historia dotyczy zakonnic, nazistów lub obu tych grup naraz.
Jednak dokładnie to dzieje się podczas wyjątkowej europejskiej premiery The Grand Tour w reżyserii Thoma Southerlanda – dzieła z 1979 roku autorstwa Jerry'ego Hermana (muzyka i teksty) oraz Michaela Stewarta i Marka Bramble'a (libretto). Od momentu, gdy zdumiewający Alastair Brookshaw jako S.L. Jacobowsky rozpoczyna narrację solo na scenie, publiczność jest całkowicie urzeczona. Widzowie mają pełną świadomość, że Southerland stworzył coś niezwykłego w kameralnej przestrzeni Finborough Theatre, i są zdeterminowani, by nie przerywać ani chwili.
I słusznie.
Oryginalna produkcja na Broadwayu została uznana za klapę i zeszła z afisza po niespełna trzech miesiącach. Oglądając tę kameralną, pełną uroku i idealnie wyważoną inscenizację Southerlanda, trudno zrozumieć dlaczego. The Grand Tour okazuje się melodyjne, porywające i afirmujące życie – zachwycające pod każdym względem.
W dużej mierze wynika to z faktu, że Southerland i jego zespół dostosowali produkcję do specyfiki Finborough. Kluczem jest tu intymność i prostota. Kierownik muzyczny Joanna Cichońska przygotowała instrumentację na dwa instrumenty klawiszowe oraz aranżacje wokalne, które wspaniale współbrzmią z niewielką obsadą. Scenografia Phila Lindleya jest fantastycznie komiksowa, budując atmosferę alegorycznej prostoty: tło stanowi naiwnie narysowana mapa Europy, w której ukryto klapy i drzwiczki tworzące różne lokalizacje, a elementy podnoszone z podłogi konstruują m.in. samochód. Wszystko to działa płynnie i niezwykle efektownie.
Od połowy XVII wieku przez około dwieście lat, długa podróż po Europie – celem poszerzenia horyzontów i chłonięcia kultury (zwłaszcza sztuki) w wielkich, romantycznych miastach – była stałym rytuałem przejścia dla wykształconych elit. Nazywano to „Grand Tour”. Użycie tego tytułu w musicalu nie jest przypadkowe. Historia opowiada o podróży przez Europę, podczas której dwóch mężczyzn odkrywa prawdę o sobie i o sobie nawzajem, stając się dzięki temu lepszymi ludźmi.
Mamy rok 1940, Niemcy lada moment przejmą władzę we Francji. Jacobowsky, żydowski intelektualista z małego miasteczka w Polsce, po raz kolejny musi uciekać przed nazistowskim koszmarem, co robi już od lat. W desperacji kupuje samochód, mimo że nie umie prowadzić. Niespożyty optymizm pcha go do działania; wierzy, że wszystko się ułoży – dopóki żyjemy, istnieje szansa i nadzieja.
Tym „czymś”, co ma mu pomóc, okazuje się pułkownik Stjerbiński – polski arystokrata pochodzący z tego samego miasteczka, co Jacobowsky, ale będący jednocześnie snobem i antysemitą. Stjerbiński ma do wykonania tajną misję najwyższej wagi (musi dostarczyć do Anglii listę nazwisk polskich bojowników ruchu oporu), ale nie ma jak wydostać się z Paryża. Jacobowsky dowiaduje się o jego dylemacie i oferuje swój samochód. Po początkowych trudnościach obaj wyruszają w drogę, pełni niepokoju. Jacobowsky ze zdumieniem odkrywa, że nie jadą prosto ku granicy – Stjerbiński chce najpierw odebrać swoją ukochaną, Marianne, by zapewnić jej bezpieczeństwo.
Tak zaczynają się przygody. Napięte kontrole dokumentów w pociągu, desperacka brawura w cyrku, bezwzględne działania tropiącego ich nazisty, żydowska para pragnąca wziąć ślub i świętować, tragiczna konfrontacja w klasztorze oraz wyścig z czasem, by zdążyć na statek do Anglii. Brzmi to może staroświecko i sentymentalnie – bo takie właśnie jest – ale w tym tkwi urok spektaklu. Dla tych, którzy nie znają tej historii, jest ona niesamowicie wciągająca.
Oczywiście sama fabuła nie jest jedynym kluczem do sukcesu produkcji. Najbardziej fascynujące są postacie, ich reakcje na trudne sytuacje i lekcje, jakie z nich wyciągają. Surowa groza zostaje zestawiona z farsą lub nieprawdopodobnymi zbiegami okoliczności. Miłość w wielu formach – romantyczna, platoniczna, rodzinna, patriotyczna – jest tu pokazana bardzo wyraźnie, podobnie jak nadzieja i nienawiść.
The Grand Tour to przypowieść, a nawet baśń – i postrzegane w ten sposób, tak jak widzi to Southerland, staje się dziełem pełnym możliwości. To nie jest lekcja historii ani ciężki dramat, co wcale nie umniejsza jego wartości. Jak powiedział Jerry Herman: „The Grand Tour opowiada o niezłomności ludzkiego ducha, więc był to dla mnie materiał idealny”.
Herman stworzył bogatą, melodyjną partyturę, która zawiera idealną pieśń miłosną („Marianne”), porywające numery zespołowe („One Extraordinary Thing”, „Wedding Conversation”), refleksyjne solówki („I'll Be Here Tomorrow”, „I Think, I Think”) oraz trio o przyjaźni tryskające energią i radością („You I Like”). Słychać tu zapowiedzi Klatki dla ptaków oraz echa Mack and Mabel, co jest wyłącznie atutem. Jak każda muzyka Hermana, wymaga ona świetnego warsztatu i serca – a kiedy tak się dzieje, efekt jest zdumiewający i czarujący jednocześnie.
Southerland nie popełnia błędu wielu współczesnych twórców musicali: angażuje śpiewaków, którzy potrafią grać i tańczyć, zamiast aktorów czy celebrytów o ograniczonych umiejętnościach muzycznych. Nie polega na popularności artystów, lecz na ich faktycznym talencie. I to robi ogromną różnicę.
Brookshaw jest fenomenalny jako sympatyczny Jacobowsky, wieczny tułacz szukający miejsca, które go zaakceptuje i które będzie mógł nazwać domem. Brookshaw w sposób subtelny i zręczny ucieleśnia ból, izolację i niegasnący optymizm swojego bohatera. W jego grze jest niezwykła autentyczność – scena, w której uświadamia sobie miłość do Marianne, oraz ta, w której rozumie, że ona nigdy nie odwzajemni tego uczucia, są zagrane z ogromną szczerością i wzruszają do łez.
Jego śpiew pod każdym względem jest wzorcowy, a repryza „Marianne” brzmi wspaniale. Zaraźliwy zachwyt i radosna energia, którą nasyca każdą chwilę – czy to podczas próby przejścia po linie, czy w konfrontacji z nazistą – są cudowne do oglądania. Finałowa scena jest jednocześnie przejmująca i przepełniona potężną dawką nadziei.
Równie znakomity, w znacznie trudniejszej roli, jest Nic Kyle, któremu udaje się uczynić sztywnego i moralnie zaślepionego Stjerbińskiego postacią ludzką i zrozumiałą. To jego bohater przechodzi najbardziej wyraźną przemianę podczas tej „wielkiej podróży” (nie zdradzę zakończenia, by nie psuć niespodzianki), kończąc ją jako człowiek znacznie lepszy i pełen empatii. Kyle pokazuje tę przemianę w sposób przemyślany i głęboko przekonujący.
Dysponuje on magicznym głosem, szczególnie w górnych rejestrach, gdzie jego tenor brzmi delikatnie, czysto i z idealną modulacją. Piękno jego głosu sugeruje od początku, że Stjerbiński powinien być lepszym człowiekiem, niż się wydaje; Herman doskonale wiedział, co robi. Kyle ukazuje bufoństwo, męstwo, arogancję i chwilową błogość swojej postaci – twardego żołnierza o miękkim sercu. Wykonanie „You I Like” w jego wydaniu jest porywające.
Razem Brookshaw i Kyle tworzą duet nie do przebicia.
Jako Marianne, patriotka, którą uwielbiają obaj mężczyźni, Zoë Doano jest czystym uosobieniem wdzięku. Wnosi do swojej roli wspaniały klimat lat 40. i promienne ciepło. Jej głos jest słodki i lekki, wydobywając z muzyki Hermana wszystko, co najlepsze. Wykonanie utworu „I Belong Here” było majstersztykiem.
Blair Robertson słusznie wybrał metodę Ralpha Fiennesa w kreowaniu bezwzględnego nazisty: jego kapitan SS to nienaganna dykcja i stalowa determinacja skryta pod maską elegancji. Scena zabójstwa żydowskiej kobiety w pociągu była tym bardziej szokująca, że kontrastowała z jego szarmanckim urokiem. To klasyczny przypadek, gdzie „mniej znaczy więcej”.
Doskonale spisali się również: Vincent Pirillo (świetny głos) jako Papa Clairon, Samuel J. Weir jako nieszczęsny pan młody, Elizabeth Graham w podwójnej roli Mme Clairon i Matki Pauliny oraz Michael Cotton jako Agent. Cały zespół jest niezwykle sprawny, a zbiorowe sceny wypadają wyśmienicie.
Sceny w cyrku, podczas ślubu i w klasztorze tętnią energią. Chorografia Cressidy Carré jest idealnie dopasowana do przestrzeni, a obsada wykonuje ją z wielkim wigorem. Efekt „One Extraordinary Thing” na koniec pierwszego aktu jest imponujący.
W kwestiach wokalnych nie można nic zarzucić. Kierownictwo muzyczne Joanny Cichońskiej sprawia, że każda nuta i harmonia wybrzmiewają z należytą mocą. Śpiewy zespołowe są jasne, pełne i idealnie czyste. To czysta przyjemność dla ucha, tym większa, że całość wykonywana jest akustycznie. Cichońska i Chris Guard towarzyszą obsadzie na dwóch instrumentach klawiszowych, stanowiąc nienaganne wsparcie.
To fantastyczna inscenizacja musicalu, który był dotąd dziwnie pomijany. Wszyscy są idealnie obsadzeni w swoich rolach, a dwaj główni aktorzy spisują się fenomenalnie. Jerry Herman napisał piosenkę „I Promise You A Happy Ending” (Obiecuję szczęśliwe zakończenie) do Mack and Mabel, ale to właśnie produkcja The Grand Tour w pełni tę obietnicę realizuje.
Jeśli potrafisz odrzucić cynizm XXI wieku i przyjąć opowieść o nadziei i radości, ta produkcja jest dla Ciebie obowiązkowa. A jeśli nie potrafisz go odrzucić – powinna być ona przepisywana na receptę.
Absolutna, czysta uczta dla ducha.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności