Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Mirror and the Light, Gielgud Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje inscenizację „Lustra i światła” w wykonaniu Royal Shakespeare Company, którą można obecnie oglądać w Gielgud Theatre w Londynie.

Nathaniel Parker (Henryk VIII) i Ben Miles (Thomas Cromwell) w „Lustrze i świetle”. Fot. Marc Brenner Lustro i światło

Gielgud Theatre

7 października 2021

4 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Trzecia – i, jak nas zapewniają, ostatnia – odsłona losów Thomasa Cromwella, zaufanego człowieka i prawej ręki Henryka VIII pióra Hilary Mantel, zawitała do Londynu, bez wątpienia ku uldze Stratfordu-upon-Avon. Podobnie jak poprzednie części, „W komnatach Wolf Hall” i „Na szafocie”, spektakl zapowiada się na dochodowy sukces: przy stosunkowo skromnym wkładzie produkcyjnym, bilety na tę prostą, jednoaktową scenograficznie sztukę osiągają zawrotną cenę 127,50 funtów. Ewidentnie oferta skierowana jest do osób z zasobniejszym portfelem. I cel ten osiąga: widownia stawiła się tłumnie, by bić brawo. Szczęść im Boże.

Zespół aktorski „Lustra i światła”. Fot. Marc Brenner

Inni, posiadający nieco szersze i głębsze spojrzenie na temat, mogą mieć mniej powodów do entuzjazmu. W odróżnieniu od poprzednich dwóch „odcinków”, do których scenariusz napisał dramaturg Mike Poulton, tę część zaadaptowała sama autorka wraz ze swoją gwiazdą, Benem Milesem – twarzą znaną z wielu produkcji telewizyjnych, który wciela się w postać Cromwella od samego początku. Widzowie mogą się tylko domyślać, co taka zmiana dynamiki „za kulisami” oznacza dla produkcji. Efekt sceniczny jest jednak aż nazbyt przewidywalny: poszczególne sceny „grają” znakomicite, tekst jest cięty, celny, zwinny, obrazowy i często olśniewająco świeży; jako całość jednak dzieło cierpi na chaotyczny brak struktury, którego nie są w stanie ukryć nawet największe starania reżysera Jeremy'ego Herrina.

Aurora Dawson Hunte jako Elżbieta Seymour i zespół „Lustra i światła”. Fot. Marc Brenner

Zadania nie ułatwia licznej obsadzie surowa ekspozycja i niemal śledcza wnikliwość przestrzeni stworzonej przez Christophera Orama – wspaniałej, nowoczesnej scenerii o betonowych ścianach, która płonie, tli się lub mrocznieje dzięki genialnej reżyserii światła Jessiki Hung Han Yun (najjaśniejszy punkt produkcji). Scenografia Orama to majstersztyk, jednak on sam osłabia jej efekt, ubierając aktorów w ładne kostiumy z epoki w stylu English Heritage, które kompletnie gryzą się z błyskotliwą, współczesną oprawą (i trudno nie zastanawiać się, czyja to ostatecznie była decyzja). Niemniej, sporą przyjemność sprawia wyobrażanie sobie, jak bardzo błyskotliwiej obsada mogłaby przekazać inteligentne idee scenariusza Mantel, gdyby tylko mogli poruszać się z taką samą szybkością i elokwencją, co jej język.

Zespół aktorski „Lustra i światła”. Fot. Marc Brenner

Wyznaję, że nie podzielam chorobliwej fascynacji brytyjskiej opinii publicznej ich – coraz bardziej odległą – królewską przeszłością. Istotnie, gdy długo wyczekiwany upadek brytyjskiego projektu imperialnego wchodzi w brexitową fazę końcową, podziwiam gotowość mieszkańców tego kraju do zanurzania się bez opamiętania w nużących machinacjach ich importowanych władców i mnóstwa ich pochlebców. Tak czy inaczej, Mantel ma wiele do powiedzenia o faktycznych silnikach finansowych napędzających wydarzenia historyczne, a najlepsze sceny w tej sztuce to te, w których wysuwa je na pierwszy plan w odważnie nakreślonych i zapadających w pamięć dialogach. Zabierzcie te wszystkie strojne szaty i gorsety, a otrzymacie rozmowy przedstawiające dokładnie te same napięcia między odizolowaną, despotyczną klasą rządzącą a krajem pozbawionym poczucia kierunku czy własnej tożsamości. W przeciwieństwie do Szekspira (a bardziej jak Corneille czy Hugo), autorka skupia się niemal wyłącznie na impulsywnej niekompetencji i kupczeniu własnym interesem przez elity; pojedyncza scena z „prostym ludem” pojawia się nagle i z nikąd, nie prowadząc do niczego poza tanim – choć wymownym – żartem o tym, że Anglicy wcale nie chcą rządzić się sami, lecz wolą podporządkować się nadętej, utytułowanej elicie. A potem wracamy do ploteczek z krainy Tudorów pod tytułem „kto z kim bierze ślub”.

Nathaniel Parker (Henryk VIII) i Rosanna Adams (Anna Kliwijska). Fot. Tristram Kenton

Jeśli chodzi o aktorstwo, Miles przyciąga uwagę na scenie, w pełni panując nad opowieścią – głównie dzięki jednolitości swoich scen, co nadaje jego roli spójność, której odmówiono większości pozostałych postaci. Dla kontrastu, Henryk w wydaniu Nathaniela Parkera ma do pokonania szereg specyficznych trudności, które z pewnością były tematem wielu ciekawych dyskusji podczas prób. Choć, jak to zwykle bywa w tych dusznych kawałkach brytyjskiej historii, jest to świat mężczyzn, kobiety – gdy już dostaną szansę dojścia do głosu (nasza Hilary nie jest wojującą feministką) – są fenomenalne. Lady Maria w wykonaniu Melissy Alan to oszałamiający portret potęgi drzemiącej w cieniu ojca, czekającej na swój dzień, by zmienić świat. Rosanna Adams jako Anna Kliwijska (żona nr 4) jest rażąco niewykorzystana. Olivia Marcus wnosi ciepło i wiarygodność do trudnej roli Jane Seymour, a Aurora Dawson-Hunte błyszczy szczera nowoczesnością jako jej siostra, Elżbieta. Jo Herbert jest elegancko wnikliwa w rolach Lady Rochford i Abatyssy. Mężczyźni natomiast są często ustawiani przez Herrina niczym zamienne pionki, co może być zamierzonym zabiegiem, ale nie ułatwia im zadania. Co więcej, wydaje się to momentami krzywdzące dla znakomitych kreacji: Norfolka w wykonaniu Nicka Woodesona (postać, którą można spotkać w każdym zarządzie dużej firmy w tym kraju), przymilnego arcybiskupa Cranmera Gilesa Taylora, gładkiego Richarda Riche’a Leo Wana i ciętego biskupa Gardinera Matthew Pigeona. W całym tym wspaniałym zespole jest znacznie więcej do podziwiania.

Zatem, jeśli możecie sobie na to pozwolić – idźcie. Jeśli nie – poczekajcie: podejrzewam, że jeszcze usłyszymy o coraz bardziej niezależnej twórczości pani Mantel, a kiedy to nastąpi, prawdopodobnie będzie to coś, czego wszyscy powinniśmy wysłuchać, pod warunkiem, że autorka będzie współpracować z redaktorem lub reżyserem chętniej używającym nożyczek.

Od redakcji – Choć bilety premium na „Lustro i światło” w Gielgud Theatre kosztują 135 funtów, ceny miejsc zaczynają się od 15 funtów, a bardzo dobre miejsca można zarezerwować już za 80 funtów.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS