Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Most Happy Fella, New York City Center ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share




The Most Happy Fella
Encores! w New York City Center
6 kwietnia 2014
5 gwiazdek

Jeśli pamiętasz, jak to było po raz pierwszy zobaczyć wschód słońca, uśmiech własnego dziecka, podziwiać Dawida Michała Anioła, prawdziwie się zakochać lub w pełni pojąć strofę poezji czy sonet Szekspira, to znasz ten moment absolutnej, niezmąconej błogości, nieopisanej radości i trwałego, wszechogarniającego zachwytu. To właśnie uczucie – ten nieprawdopodobnie czysty i elektryzujący zastrzyk adrenaliny i ekstazy – stało się udziałem setek widzów, którzy wypełnili New York City Center na finałowym przedstawieniu produkcji Encores! – niezwykłego musicalu Franka Loessera „The Most Happy Fella”.

W reżyserii i choreografii Caseya Nicholawa, pod kierownictwem muzycznym Roba Bermana, była to koncertowa adaptacja (pióra niestrudzonego Billa Rosenfielda) musicalu z 1956 roku. Czas pokaże, ale możliwe, że ta prezentacja odmieni postrzeganie tego dzieła w oczach szerokiej publiczności, podobnie jak koncertowe wykonanie „Follies” Sondheima w Lincoln Center w 1985 roku przywróciło tamtemu tytułowi należny blask.

Bez cienia wątpliwości, ten występ zalicza się do pierwszej piątki najlepszych wykonań musicalowych na żywo, jakie kiedykolwiek widziałem. To było, bezdyskusyjnie, wydarzenie niemal cudowne.

Trudno wyobrazić sobie cokolwiek, co można by w tym wykonaniu poprawić.

Za tym sukcesem stoją trzy kluczowe powody.

Po pierwsze, obsada jest nienaganna. Każdy członek tego licznego zespołu był idealnie dobrany do swojej roli pod każdym względem. Wszyscy śpiewali, tańczyli i grali z lekkością oraz najwyższym kunsztem.

Po drugie, każda osoba na scenie była w pełni oddana dziełu i wizji jego prezentacji. Wszystkie kreacje były szczere, prawdziwe i oparte na wzajemnej interakcji. Nie było tu „gwiazdorzenia”, mimo że zobaczyliśmy wiele ról na światowym poziomie. Był to spójny wysiłek zespołowy, prawdziwe partnerstwo sceniczne.

Po trzecie, nie próbowano śpiewać tej muzyki inaczej niż w należytym stylu. Zamiast panującej obecnie mody na płaski dźwięk, wysokie „belty” czy manieryczne załamania głosu, każdy artysta śpiewał pełnym, szkolonym głosem, z wielką dbałością o legato, rubato i z prawdziwym polotem.

Rezultat był całkowicie porywający, zabawny i wzruszający w równej mierze; to prawdziwy triumf formy musicalowej.

Fabuła opowiada o Tonym, nieśmiałym Włochu, który zakochuje się w kelnerce, do której boi się odezwać. Pisze list miłosny na karcie dań i zostawia jej w prezencie spinkę do krawata z ametystem. Nazywa ją Rosabellą i zaczynają ze sobą korespondować. Dziewczyna przesyła mu swoje zdjęcie, on zaś wysyła jej fotografię swojego bardzo przystojnego brygadzisty, obawiając się, że jeśli pokaże własną twarz, ona go nie odwiedzi. Kiedy Rosabella przyjeżdża, czuje się – co zrozumiałe – oszukana. Chce odejść, ale Tony ulega wypadkowi samochodowemu. Bojąc się śmierci, błaga ją o ślub. To, co następuje później, stanowi fundament drugiego aktu.

To bardzo ludzka, zwyczajna opowieść o miłości i nieporozumieniach. Niezwykłość dzieła Loessera polega na tym, że jest ono niemal w całości wyśpiewane, a muzyka służy kreowaniu, ramowaniu i rozwijaniu narracji. Utwory są istotne nie dlatego, że są ładnymi piosenkami, ale ze względu na to, jak popychają akcję do przodu i definiują postacie.

Najsłynniejszy numer spektaklu, „Standing On The Corner”, jest ważny nie tylko ze względu na melodię, ale przez historię, którą opowiada, oraz wgląd w charaktery czterech śpiewających go mężczyzn – szczególnie naiwnego, ale poczciwego Hermana w wykonaniu Jaya Armstronga Johnsona. Dotyczy to każdej piosenki w tym show; nic nie służy tu wyłącznie ozdobie. Każdy utwór dodaje barw, blasku, głębi i kształtu postaciom oraz sytuacjom.

Spektakl obfituje w porywające numery zbiorowe, od komicznych po rozdzierająco piękne. „Big D” to jeden z najlepszych numerów produkcyjnych w historii musicalu i tutaj został wykonany po mistrzowsku, wywołując owacje. „Song of a Summer Night” zatrzymał akcję w inny sposób – nastrojowymi, wspaniałymi harmoniami zespołu, które wzbogaciły świetny tenor Kevina Vortmanna w roli Doktora.

Cheyenne Jackson nigdy nie był w lepszej formie. Jako wędrowny włóczęga Joe, w pełni wykorzystał zarówno aparycję amanta, jak i swój potężny baryton. To energiczna, świadoma rola, pełna wigoru i emocjonalnej inteligencji. Jego duet z Rosabellą, „Don't Cry”, był zdumiewająco delikatnym, a zarazem niezwykle silnym zakończeniem pierwszego aktu.

Laura Benanti i Shuler Hensler byli perfekcyjni jako Tony i Rosabella. Ich wielki duet, „My Heart Is So Full Of You”, to najpiękniejsza pieśń miłosna Loessera, a para ta przeszła samych siebie w jej wykonaniu. „Happy To Make Your Acquaintance” pokazało ich czułą, rodzącą się miłość na innym etapie i było tyleż komiczne, co radosne.

Dopełnieniem głównej obsady, choć w żadnym razie nie tłem, byli Heidi Bickenstaff (jako Cleo, najlepsza przyjaciółka Rosabelli) oraz jej prostoduszny, wielkoduszny i zawsze zadowolony z życia wybranek, Herman. Ich wspólne sceny były jak elektryzujące wyładowania komizmu: „I Made A Fist” to jeden z najzabawniejszych utworów opartych na charakterze postaci w historii teatru muzycznego.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS