Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Thérèse Raquin, Finborough Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Ben Lewis, Tara Hugo, Matt Wilman i Julie Atherton w spektaklu Thérèse Raquin w Finborough Theatre w Londynie. Zdjęcie: Darren Bell Thérèse Raquin, Finborough Theatre, przenosi się do Park Theatre

30 marca 2014

4 gwiazdki

Erotyczne i niespieszne literackie arcydzieło Émile'a Zoli, Thérèse Raquin, wydaje się mało prawdopodobnym materiałem na musical. Ale to samo można by powiedzieć o historii Sweeneya Todda, kulisach Czarnoksiężnika z krainy Oz czy o grubym tomiszczu Victora Hugo. Prawda jest taka, że jeśli znajdzie się odpowiednią formę i – co kluczowe – kompozytora czującego dane dzieło, wszystko może stać się musicalem.

Obecnie w Finborough Theatre grana jest „radykalna adaptacja” prozy Zoli autorstwa Nony Shepphard, z muzyką Craiga Adamsa. To prawdziwe arcydzieło.

Choć Zola był zwolennikiem naturalizmu w literaturze i teatrze, tutejsze podejście nie jest w pełni naturalistyczne, co nie oznacza, że aktorzy nie dążą do prawdy i szczerości w danej chwili. Akcja powieści została mądrze skrócona i skondensowana, a trzyosobowy chór kobiecy służy do wglądu w niewypowiedziane myśli Raquin. Niczym chór grecki, zespół obserwuje, komentuje i odnotowuje działania, myśli i sytuacje czwórki głównych bohaterów. Wielokrotnie postaci śpiewają bezpośrednio do publiczności, ale służy to jedynie wzmocnieniu efektu w fragmentach, w których bohaterowie śpiewają do siebie nawzajem.

Znajdziemy tu wiele niezwykle trafnych zabiegów: całość zaczyna się po francusku, by płynnie przejść w angielski; sekwencja otwierająca podkreśla obiektywną, niemal medyczną sekcję zdarzeń, skupiając się jednocześnie na głębokich emocjach i psychologii; otwierający obraz natychmiast buduje mroczny ton utworu, tworząc jednocześnie mylne wrażenie u osób nieznających fabuły. Futro Madame zręcznie „przeobraża się” w jej ukochanego kota i zaczyna żyć własnym życiem. Thérèse milczy przez bardzo długi czas, ale kiedy w końcu wydobywa z siebie głos, jest to rozpaczliwy, dziki, niemal orgazmiczny wrzask wyzwolenia, który nie pozostawia wątpliwości co do tego, co dzieje się w ciemnościach.

Muzyka jest złożona i trudna, ale absolutnie urzekająca. James Simpson wykonuje kawał świetnej roboty, ożywiając partyturę na pianinie, lecz mimo jego ogromnych umiejętności, trudno nie tęsknić za orchestracją angażującą chociażby instrumenty smyczkowe, perkusyjne i dęte. To partytura, która w rękach zdolnego orchestratora w pełni rozkwitnie.

Więcej tu Strawińskiego niż Sondheima, więcej Guettela niż Gershwina, więcej Rutherforda niż Rodgersa i więcej Berlioza niż Berlina. Tutejsza muzyka nie jest dla tych, którzy szukają musicali gotowych do nucenia w metrze w drodze do domu. Nie jest też dla wielbicieli wielkich numerów tanecznych ze stepowaniem i blaskiem fleszy.

Nie. Celem tej partytury jest wyłącznie naświetlenie fabuły i bohaterów, budowanie nastroju, napięcia i erotyzmu oraz tchnięcie życia w centralne postaci. I udaje się to znakomicie, czy to w sekwencjach Highly Respectable Orgy (z dominem, herbatą i plotkami), czy w Sweet Perfume of Violets (popadanie Laurenta w obłęd pośród ciał w kostnicy), If I Had Known (finałowy lament Thérèse i Laurenta) czy w wielu innych niezwykłych momentach muzycznych.

Pomaga fakt, że niezwykle utalentowany zespół świetnie radzi sobie z partyturą – niosąc ją z pasją, świetną barwą głosu i doskonałym słuchem do nietypowych harmonii i modulacji. Słuchanie ich to czysta przyjemność, nawet jeśli sama muzyka nie zawsze jest radosna.

Julie Atherton to mocna osobowość sceniczna, ale nigdy nie widziałem jej w tak wybornej formie i tak całkowicie pochłoniętej rolą, jak tutaj w roli Thérèse. Mroczna intensywność, którą wnosi w pierwszej tercji sztuki, gdy nie wypowiada ani słowa, jest niezwykła, a jej poczucie bycia w pułapce i głębokiego nieszczęścia jest niemal namacalne. Jej pożądanie wobec Laurenta, obrzydzenie do Camille’a, strach przed Madame i irytacja jej osobą – wszystko to oddane jest z przejmującą naturalnością. Wyraz jej twarzy, gdy po raz pierwszy dostrzega Laurenta, mówi dokładnie, co zaraz się wydarzy. Kontrast między jej udręką przed związaniem się z Laurentem a całkowitym szczęściem po tym fakcie jest hipnotyzujący. Aktorka nie robi ani jednego fałszywego kroku, a jej śpiew charakteryzuje się klarownością i skalą, która autentycznie porywa.

Ben Lewis jako fizycznie doskonały i wokalnie wspaniały Laurent dorównuje Atherton intensywnością i oddaniem roli. On również przez pewien czas milczy i ponuro spogląda na otoczenie, a wprowadzenie go na scenę przez Camille’a daje mu czas na zbudowanie bogatej charakterystyki. Jego sceny z Atherton są magiczne, podobnie jak jego solo podczas przeszukiwania kostnicy w poszukiwaniu ciała Camille’a. Widać tu pełne zaangażowanie w każdy aspekt: przemoc, seks, nękanie przez ducha Camille’a, popadanie w bezładne zapamiętanie i wreszcie decydujący finałowy duet kończący ich romans. Lewis to wybitny odtwórca głównych ról; tutaj został wystawiony na próbę swoich możliwości dramatycznych i wokalnych, z której wyszedł zwycięsko.

Jeremy Legat jako Camille – nieznośny mięczak i marudny tyran – jest rozkosznie odrażający. Pedantyczny i snobistyczny, zdołał tchnąć życie w tę najbardziej nużącą z postaci, budząc nawet cień empatii. Śpiewa bardzo dobrze i robi szczególne wrażenie w momentach pojawiania się po utonięciu: trudno sprawić, by sceny z duchem były szokujące lub realne, ale Legatowi się to udaje. A jego relacja z matką, Madame, jest pięknie zarysowana i całkowicie wiarygodna.

Tara Hugo bez trudu odnajduje się w skrajnościach tworzących postać Madame: jej sztywnej formalności, niezłomnym uwielbieniu dla Camille’a, wyższości i protekcjonalności wobec wszystkich innych, miłości do kota, radosnym plotkowaniu z grupą graczy w domino, rozpaczy po stracie syna, paraliżu po poznaniu prawdy i jadowitym spojrzeniu rzucanym na tych, którzy ukradli jej szczęście. Gra tę rolę z pasją, stylem i ogromnym kunsztem. Jednak wokalnie nie do końca radzi sobie z ekstremalnymi wymaganiami roli i choć nie psuje to spektaklu, nie pozwala tej postaci wznieść się na wyżyny, na jakie mogłaby dotrzeć.

Finborough to maleńka przestrzeń, ale sprytna i pomysłowa scenografia Laury Cordery nie marnuje ani centymetra. Niezwykle skutecznie buduje epokę, miejsce i poczucie intensywnego skupienia emocjonalnego, w którym tak dobrze odnajduje się twórczość Zoli (zachwyciła mnie szyba okienna, która stała się sztalugą artysty). Oświetlenie Neila Frasera jest również znakomite i niepomiernie wzbogaca całe doświadczenie.

Osiągnięcie Nony Shepphard jest doprawdy zdumiewające: to rewelacyjna premiera nowego dzieła. Dlaczego nie jest ono wystawiane w National Theatre, pozostaje jedną z zagadek życia.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS