Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Amazing Grace, Nederlander Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Amazing Grace

Nederlander Theatre

11 października 2015

2 gwiazdki

Kup bilety

Statek jest pod ostrzałem. Wszędzie wybuchają eksplozje, a w powietrzu czuć niemal fizyczną grozę rozrywanych ciał, gdy niesione prochem narzędzia śmierci trafiają w cel. Nagle następuje potężny wybuch, potem kolejny i następny, jeszcze większe niż poprzednie. Nieszczęsny członek załogi zostaje wyrzucony w górę, wysoko ponad pokład. To nie skończy się dla niego dobrze.

Światło się zmienia. Efekty dźwiękowe sygnalizują, że statek tonie. Martwy marynarz wpada do wody i wraz ze szczątkami jednostki idzie na dno u wybrzeży Sierra Leone. Jesteśmy teraz pod wodą, obserwując tragiczne skutki zatopienia statku.

Nagle w polu widzenia pojawia się rzekomy bohater, zaplątany w liny ożaglowania. Jest nieprzytomny. Wyraźnie tonie. Brak oznak życia. Opada coraz niżej. Może jednak nie jest bohaterem... Wtedy, z lewej strony, pojawia się stary, wierny niewolnik Timothy, który widząc upadek swego pana, rzuca się na ratunek. Przecina liny, chwyta byłego bohatera i – teraz już bezsprzecznie jako ten prawdziwy wybawca – płynie ze swoim podopiecznym ku powierzchni.

Publiczność szaleje. Akt pierwszy dobiega końca – a nie usłyszeliśmy dotąd ani jednej wyśpiewanej nuty.

Oto Amazing Grace, nowy musical autorstwa Christophera Smitha (muzyka, teksty i libretto) oraz Arthura Girona (libretto), w reżyserii Gabriela Barre, który właśnie przeżywa swój sezon premierowy w Nederlander Theatre. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że słynny hymn o tym samym tytule jest bez wątpienia najlepszym utworem w całej partyturze. Być może to właśnie tłumaczy fakt, że produkcja schodzi z afisza już 25 października.

Opisanie muzyki jako bezbarwnej byłoby eufemizmem. Mało tu porywających melodii, za to pełno „efekciarskich” wysokich nut, bezcelowo przetrzymywanych, by oczarować widownię. Partyturze brakuje spójności, nie ma w niej dynamiki ani w melodii, ani w harmonii, nie widać też próby stworzenia języka muzycznego pasującego do narracji. Choć kilka numerów wykazuje pewien potencjał, to ogólnie rzecz biorąc, nie jest to muzyka, do której chciałoby się wracać – przynajmniej w tej formie.

Pod względem dramatycznym sztuka to kompletny chaos. Twórcy błądzą, nie wiedząc, czym ten spektakl właściwie ma być. Próbują nakreślić odkupieńczą historię „syna marnotrawnego”, skupiając się na przemianie dziedzica niewolniczego imperium w żarliwego bojownika o wolność i zniesienie tego barbarzyńskiego procederu. Sam ten wątek wystarczyłby na solidny musical.

Jednak autorzy dokładają do tego inne historie, które są w najlepszym razie poboczne. Opowieść o utalentowanej sopranistce i złowrogim wojskowym, który pragnie ją posiąść i zniszczyć abolicjonistów. Losy mieszkańców Sierra Leone i ich chciwego, morderczego despoty. Historię głupio aroganckiego ojca, który w końcu dostrzega analogię do biblijnej przypowieści. Choć aspekty te są istotne dla głównej osi fabuły, poświęca się im zbyt wiele czasu kosztem pogłębienia portretu psychologicznego Johna Newtona – głównego bohatera i autora słów hymnu Amazing Grace.

Zabrakło też wyjaśnienia, dlaczego Newton senior czuje się aż tak dotknięty zachowaniem syna. Aby przemiana Johna z grzesznika w świętego była wiarygodna, historia powinna być mroczniejsza i szczersza. Powinniśmy widzieć jego upadki, by móc docenić proces ich naprawy. Produkcja jest niemal całkowicie pozbawiona romantyzmu i ostrożnie omija temat żądzy, podczas gdy oba te elementy powinny być kluczowe. To właśnie z pożądania – władzy, bogactwa, kobiet – wynikają błędy Johna, a jego odkupienie przychodzi przez miłość i zrozumienie.

Jednym ze skutków takiego podejścia do tematu jest to, że okrucieństwa handlu niewolnikami i ich dramatyczne konsekwencje zostają uładzone. Widz odnosi wrażenie, że niewolnictwo po prostu się skończyło, a hymn Amazing Grace jest tego dowodem.

Oczywiście nie ma to nic wspólnego z faktami historycznymi ani z rzeczywistością. Co więcej, mija się to z intencjami twórców zapisanymi w programie. Niewolnictwo wciąż istnieje; może przybierać inne formy niż łańcuchy na szyjach ludzi porywanych z ich domów, ale wciąż trwa. Niewolnictwo ekonomiczne i fizyczne to część naszego świata i ignorowanie tego przez musical jest błędem.

Gdyby spektakl zmierzył się z tą rzeczywistością i wykorzystał ją jako ramy dla bezkompromisowej oceny życia Johna Newtona, mógłby stać się ważnym dziełem. Jednak stawiając na nijakość i powierzchowność, twórcy skazali ten musical na zapomnienie w kuluarach przeciętności.

Nie wszystko jednak poszło na marne. Toni-Leslie James stworzyła piękne, bogate w detale kostiumy z epoki, które są prawdziwą ucztą dla oczu. Wszystko jest idealnie skrojone, wystawne i eleganckie. Nawet kuriozalna postać pirackiej despotki, księżniczki Peyai (Harriet D. Foy robi, co może w tej roli), prezentuje się świetnie, a promienna Mary grana przez Erin Mackey zawsze wygląda nieskazitelnie. Długie fraki Newtonów zachwycają, a w nudniejszych momentach można z fascynacją śledzić detale guzików i kamizelek.

Znakomicie wykorzystano tiule, a oświetlenie autorstwa Kena Billingtona i Paula Millera sprawia, że ożywają one w zaskakujący sposób. Finał pierwszego aktu robi duże wrażenie. Scenografia Eugene’a Lee i Edwarda Pierce’a oparta na solidnym pokładzie statku sprawdza się dobrze, a zmiany scen odbywają się sprawnie, choć zabrakło w nich poczucia realizmu miejsc akcji. Sierra Leone wypada blado, ale to niejedyny słaby punkt oprawy wizualnej. Jedna ze scen prezentuje fantastyczną mapę Afryki z tamtego okresu, która jest znacznie ciekawsza niż kluczowa scena rozgrywająca się na jej tle.

Choć nowe melodie i harmonie nie zapadają w pamięć, to orkiestracja i wykonanie są na najwyższym poziomie. Kenny Seymour i Joseph Church wraz z 13-osobową orkiestrą pod batutą Aarona Jodoina tworzą sugestywne, poruszające brzmienie. A kiedy w końcu rozbrzmiewa tytułowa pieśń, połączenie jej prostego majestatu z genialną harmonizacją obsady i mądrymi aranżacjami sprawia, że musical kończy się niezwykle satysfakcjonującym akcentem.

W spektaklu, który oglądałem, Josh Young był niedysponowany. Rolę Johna Newtona przejął Vince Oddo, który ma w sobie coś z księcia Disneya i dysponuje przyjemnym głosem. (Zdjęcia promocyjne sugerują, że Young sporo czasu spędza bez koszuli; Oddo tego nie robił, choć z pewnością nie z braku odpowiedniej sylwetki). Oddo poradził sobie najlepiej jak mógł z tą dość papierową postacią.

Erin Mackey, z idealnie wyważoną grą i fenomenalnym śpiewem, również wycisnęła wszystko, co się dało z roli Mary Catlett, która jest słodka niczym waniliowa babeczka. To niezwykły talent, który tutaj zwyczajnie się marnuje. Chuck Cooper był w świetnej formie jako lojalny i przewidywalny niewolnik Thomas (właściwie Pakutch), szczególnie poruszając w scenie, w której opowiada o stracie młodszego brata.

„Czarne charaktery” – kapitan Newton i major Gray – są zagrani przez Toma Hewitta i Chrisa Hocha dokładnie tak, jak zostali napisani: płasko. Ich role zyskałyby, gdyby Gray był prawdziwym rywalem dla Johna, a kapitan Newton bardziej przeżywał konflikt z synem. Szkoda, że nie wykorzystano tego potencjału.

Reszta zespołu robi, co może, dysponując takim materiałem, ale nic nie jest w stanie uratować tak źle skonstruowanej narracji i powierzchownych postaci. Opieranie się na naiwnych stereotypach dotyczących Anglików, Francuzów czy mieszkańców Afryki nie pomaga w budowaniu poczucia autentyzmu.

W pewnym momencie John słyszy słodki śpiew Yemy, jednej z dziewcząt z Sierra Leone (dobrze zagranej przez Rachel Ferrarę). Śpiewa ona coś w rodzaju plemiennej muzyki ludowej, w której pobrzmiewają echa samego Amazing Grace. Niestety, fakt ten zostaje w fabule całkowicie zignorowany.

Pod koniec sztuki Książę ironicznie zauważa: „Z teatrem jest tak, że publiczność jest kapryśna. Zapomina o wszystkim, gdy tylko wyjdzie za drzwi”. Czy jakoś tak.

Ta inscenizacja Amazing Grace dowodzi, że Książę miał rację.

Amazing Grace w Nederlander Theatre tylko do 25 października

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS