Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Incognito, Bush Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Incognito w The Bush Theatre Incognito

Bush Theatre

16 czerwca 2014

3 gwiazdki

Nie każdy dramaturg potrafi za każdym razem napisać przełomowe, porywające tłumy arcydzieło. Nawet Szekspir miewał w swoim dorobku teksty, które można by uczciwie nazwać przeciętnymi. Większość współczesnych autorów nie może pochwalić się tak obszernym katalogiem jak mistrz ze Stratfordu, ani też stale wysoką formą. Wielu pisze dobre sztuki, ale niewielu tworzy arcydzieła. Nie ma w tym spostrzeżeniu nic odkrywczego; to wręcz oczywisty banał.

Mimo to, oglądając „Incognito” Nicka Payne'a – nowość na deskach Bush Theatre – trudno nie poczuć lekkiego ukłucia zawodu. Payne okazuje się nie być nieomylnym geniuszem pojawiającym się raz na pokolenie, jak mogłyby sugerować jego oszałamiające „Konstelacje”.

Nie. Payne jest po prostu cholernie dobry i, co najważniejsze, płodny. Nie boi się pisać, eksperymentować ze stylami czy zmieniać podejścia do formy.

„Incognito” nie dorównuje „Konstelacjom” i, szczerze mówiąc, bywa nieco wtórne wobec tamtego wielkiego dzieła. Znajdziemy tu znajome zabiegi: mnóstwo krótkich scen, wielość postaci, powtarzane dialogi, naukowe tematy przenikające warstwę narracyjną oraz styl, który stara się naśladować badane teorie naukowe.

Mimo tych podobieństw, różnice są znaczące. „Incognito” to opowieść o wielu różnych postaciach i luźnej nici faktów, która je łączy; „Konstelacje” dotyczyły multiwersum, będącego wynikiem naszych wyborów. „Incognito” badają konsekwencje wiedzy, podczas gdy „Konstelacje” skupiały się na konsekwencjach przypadku i decyzji. „Incognito” analizuje płynność rozumienia i perspektywę, jaką dzięki niemu zyskujemy; „Konstelacje” przyglądały się nieskończonym, współistniejącym kontinuom.

Centralnym punktem sztuki jest mózg Alberta Einsteina. To, co się z nim dzieje i dlaczego, stanowi dramatyczny rdzeń utworu – ostatecznie każda napotkana postać jest pod wpływem tych wydarzeń. Tak jak prace Einsteina zmieniły nasze pojmowanie wszechświata, tak los jego mózgu nieodwołalnie zmienia życie kilkunastu osób.

W reżyserii Joe Murphy'ego spektakl również odwołuje się do nauki. Początkowo sceny są wyraźnie oddzielone zmianami światła i efektami dźwiękowymi. Jednak w miarę postępu historii przejścia stają się coraz bardziej płynne – nowe sceny zaczynają się, zanim poprzednie dobiegną końca lub zanim wybrzmi ich sens. Widz na własne oczy przekonuje się, że czas jest relatywny.

Koncepcja tunelu czasoprzestrzennego jest potraktowana nieco mniej udanie, choć refleksja nad tym, że niektórzy idą przez życie „na skróty” (świadomie lub nie) i tracą przez to szansę na bogactwo doświadczeń płynących z dłuższych wędrówek, jest w narracji misternie skonstruowana.

Mniej trafionym pomysłem jest trzymanie samych aktorów w tytularnym trybie incognito. Być może ktoś uznał to za natchnioną koncepcję, ale gdy czwórka aktorów wciela się w mnóstwo ról, warto pozwolić publiczności ich zidentyfikować. Same nazwiska w programie nie wystarczą. Jak pokazuje sama sztuka, człowiek to coś więcej niż tylko imię i nazwisko.

I tak, choć wiemy, że w spektaklu występują Paul Hickey, Amelia Lowdell, Alison O'Donnell i Sargon Yelda, nie wiadomo do końca, kto zagrał biseksualną neurolożkę Marthę (z drżącym niepokojem w głosie), który aktor krzyczał zbyt głośno jako szereg głośnych mężczyzn, a który dokonał nie lada sztuki zagrania człowieka uwięzionego w pętli niepamięci (niczym Dory z „Gdzie jest Nemo”, ciągle się wyłącza i zaczyna od nowa z pustym wyrazem twarzy), która aktorka mówiła z dziwnym australijskim akcentem, a która ze świetnym szkockim, ani kto był owładnięty obsesją na punkcie mózgu Einsteina. Pozostają irytująco anonimowi.

Scenografia Olivera Townsenda robi wrażenie i choć niewątpliwie niesie jakiś przekaz, nie do końca go odczytałem. Piękna drewniana podłoga z polerowanych belek, metalowa konstrukcja wokół wnęki, która kształtem przypomina mózg (być może nim jest) i dwa pianina, na których grywa wspomniany „człowiek-Dory”. Wygląda to fantastycznie, ale czy pomaga zrozumieć sztukę? Ani trochę.

W tej inscenizacji jest jednak mnóstwo rzeczy godnych uwagi. Pisarstwo Payne'a intryguje, a tempo ani na chwilę nie słabnie. To dobra sztuka, po prostu nie genialna.

Zarówno w koncepcji, jak i wykonaniu, zbyt mocno opiera się na scenicznych sztuczkach.

Prawdziwym talentem Payne'a są świetnie skrojone dialogi, które rzucają światło na charakter postaci. Potrafi on snuć wspaniałe opowieści („Blurred Lines”, „If There Is I Haven't Found It Yet”) i pisać teatralne cuda („Konstelacje”).

To jeden z najciekawszych głosów współczesnego brytyjskiego teatru, któremu zdecydowanie warto kibicować.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS