Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Into The Woods, Cockpit Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje musical „Tajemnice lasu” (Into The Woods), obecnie wystawiany w The Cockpit Theatre w Londynie.

Into The Woods

The Cockpit Theatre

26 maja 2018

3 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Reżyser (a jak mniemam, również choreograf) Tim McArthur odniósł spory sukces tą produkcją kilka lat temu, wykorzystując pomysłową przestrzeń nad pubem Ye Olde Rose and Crowne w Walthamstow. To miejsce stało się dla niego niemal drugim domem, w którym z pasją odkrywa tajniki teatru muzycznego, wystawiając zarówno klasyki, jak i dzieła niemal nieznane. McArthur nie tylko reżyseruje, ale i występuje w obsadzie jako Piekarz, a jego biografia zajmuje całą stronę w programie formatu A4. Brytyjski teatr potrzebuje wyrazistych osobowości, by móc się rozwijać, a McArthur wielokrotnie udowadniał, że potrafi wyczarować magię nawet przy skromnym budżecie. Jego niedawne „A Little Night Music” było arcydziełem oszczędności i harmonii, doprawionym nowatorską, niezwykle precyzyjną interpretacją. Jednak nawet najwięksi artyści mają prawo do eksperymentów i ryzyka, co sprawia, że czasem – z różnych powodów – efekt końcowy może nie w pełni trafiać w sedno.

Nie można powiedzieć, by warstwa wizualna spektaklu nie miała nic do zaoferowania; wprost bije z niej pewność siebie i spójność. Scenografia Joany Dias – wielopoziomowa konstrukcja z drewnianych palet i drabin, otoczona morzem wiórów i surowym drewnem – w połączeniu z nastrojowym oświetleniem Vittorio Verty tworzy odważną wizję estetyczną. Jednak gdy na scenie pojawia się obsada w kostiumach Stewarta Charleswortha, sytuacja się komplikuje. Scena jest zatłoczona. Siedemnaście osób na tak małej przestrzeni sprawia, że niemal nie da się poruszyć. Choć aktorzy mają do wykonania kroki taneczne, z trudnością unikają zderzeń z drewnianymi elementami, które wyrastają z podłoża niczym niebezpieczne głazy w japońskim ogrodzie. W widowisku, które opiera się na płynnym przeplataniu się wielu wątków, jest to co najmniej problematyczne. Wygląda to efektownie, ale czy pomaga w opowiadaniu historii?

Do tych trudności dochodzi kwestia nagłośnienia w Cockpit. Dźwięk, niczym zjawa, pojawia się i znika w najmniej oczekiwanych momentach. Jedynie Michele Moran w roli Czarownicy, dzięki świetnej technice i czystej dykcji, była słyszalna przez cały wieczór, choć nawet ona zmagała się z niemiłosiernie niską tessiturą w początkowych fragmentach partii. Reszta zespołu musiała radzić sobie w tym dźwiękowym polu minowym najlepiej, jak potrafiła. Nawet Christina Thornton, obdarzona potężnym głosem, niemal całkowicie zniknęła akustycznie, śpiewając partię Olbrzymki zza kulis. To poważne niedociągnięcia, które wymagają natychmiastowej uwagi mistrza dźwięku Gavina Halesa oraz jego zespołu.

Na tym jednak problemy się nie skończyły. Siedząc na widowni, miałem poczucie, że patrząc na tę „piaskownicę” pełną głazów i drabin, niemożliwe jest dostrzeżenie wszystkiego z jednego punktu widzenia. Zawsze coś stało na przeszkodzie, przesłaniając mniejszy element. Morał? Nikt nie posiada pełnej wiedzy o całości, a zrozumienie jest zawsze subiektywne i niepełne. Te myśli towarzyszyły mi, gdy próbowałem zaglądać „za” tę czy inną drabinę, zgadując, co dzieje się po drugiej stronie sceny. Co więcej, odniosłem wrażenie, że to „niepełne zrozumienie” nie dotyczyło tylko mnie.

Części publiczności produkcja przypadła do gustu – niektórzy twierdzili, że przypomina im niedawną ekranizację filmową. Inni chwalili nietypowy dobór składników i splatanie wielu opowieści zamiast jednej. Cóż, to akurat zalety samego libretta i partytury. Z drugiej strony, niektórzy widzowie nie dostrzegali różnorodności w muzyce – dla nich wszystko brzmiało tak samo. Jeśli tak było, nie jest to wina kierownika muzycznego, Aarona Clinghama, i jego niestrudzonego zespołu instrumentalistów (Becky Hughes, Jade Cuthbert, Catriona Cooper i Natalie Halliday). Wykonują oni jedną z najdłuższych broadwayowskich partytur, wymagającą ogromnej precyzji w ilustrowaniu akcji. Pytanie tylko, na ile wspomniany system nagłośnienia im w tym pomógł? Moim zdaniem, niezbyt. Zdobycie czasu na próby techniczne w takich warunkach jest zawsze wyzwaniem, a w takich sytuacjach lepiej czasem postawić na silne głosy i instrumenty akustyczne zamiast zawodnej elektroniki.

Obsada zaprezentowała prawdziwy eklektyzm stylów wokalnych. Oprócz głosów klasycznych, mamy tu głównie głosy musicalowe, skupione na przekazie tekstu, choć o bardzo zróżnicowanej sile. Sam McArthur śpiewa pewnie i pełnym głosem; Jordan Michael Todd jest urokliwy jako Narrator; Abigail Carter-Simpson w roli Kopciuszka wnosi energię rodem z pantomimy, podczas gdy Jamie O'Donnell jako Jack wypada blado i mało komicznie. Jo Wickham tworzy postać twardo stąpającej po ziemi Żony Piekarza, Mary Lincoln jest krzykliwą Macochą, a Macey Cherrett i Francesca Pim jako przyrodnie siostry nie wydają się wystarczająco „złe”. Na ich tle Madeleine MacMahon jako matka Jacka, rodem z szorstkich dzielnic Glasgow, stanowi zagadkę: jak taka kobieta mogła mieć tak naiwne dziecko? Produkcja nie daje na to odpowiedzi. Postacie Florence Odumoso (Czerwony Kapturek), Ashleya Danielsa (Wilk/Książę) czy Michaela Duke'a (Książę Roszpunki) zdają się pochodzić z zupełnie innych bajek. McArthur postawił na różnorodność, ale w obliczu tylu przeszkód technicznych zabrakło czasu, by spoić te elementy w jedną, logiczną całość.

Odnoszę wrażenie, że każdy aktor grał trochę „pod siebie”, wybierając bezpieczne rozwiązania, by nie kolidować z resztą zespołu. Dla widzów, którzy stykają się z tym tytułem po raz pierwszy, może to nie mieć znaczenia, jednak dla osób o bardziej wyrafinowanych oczekiwaniach, ten chaos może być nużący.

„Into The Woods” to wyśmienity materiał, który obroni się niemal w każdych warunkach. Zakładając, że problemy z nagłośnieniem zostaną rozwiązane, daję temu spektaklowi... choć z trudem... 3 gwiazdki.

Spektakl grany do 30 lipca 2018 roku.

Zdjęcia: David Ovenden

ZAREZERWUJ BILETY NA TAJEMNICE LASU (INTO THE WOODS)

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS