Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Plaques and Tangles, Jerwood Theatre Upstairs ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Plaques and Tangles

Jerwood Theatre Upstairs

20 października 2015

3 gwiazdki

Zarezerwuj bilety Jez: Taki masz plan? Chcesz zawalić egzaminy, żeby zostać w domu i pomagać mi w opiece nad nią? Mówię ci teraz, nie pozwolę ci zmarnować życia... Ned: Nie oddałem pracy, bo mama spaliła mój laptop. Dwustu dwudziestu stopni przez dwadzieścia pięć minut. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ser się nie rumieni... Jez: Wstydzisz się. Jej. Ned: Nie. Jez: To całkowicie zrozumiałe. Ned: Kiedy mnie o niego zapytał, w tamtym momencie chciałem tylko ją chronić. I w pewnym sensie cieszę się, że to się stało. Tylko dla tej jednej chwili. Bo mogłem. Mogłem ją ochronić. I przypomniałem sobie, że ją kocham. Ty też ją kochasz. Jez: Czasem chcę ją zabić. Ned: Wiem. Jez: Naprawdę chcę ją zabić. Ned: Wiem.

Oto nowa sztuka Nicoli Wilson, „Plaques and Tangles”, która właśnie ma swoją światową premierę w Royal Court, w reżyserii Lucy Morrison. Wilson opowiada na pozór o spustoszeniu, tajemnicach i izolacji związanych z ryzykiem zachorowania – oraz samym chorowaniem – na alzheimera. Jednak w interpretacji Morrison sztuka wydaje się dotyczyć przede wszystkim rodziny, jej funkcjonowania lub jego braku.

To, co przyciąga uwagę – przynajmniej momentami – w tej nieco przydługiej, odrobinę pretensjonalnej i dziwnie mało poruszającej opowieści o pewnej kobiecie oraz konsekwencjach jej wyborów dla bliskich, to trafnie uchwycone sceny domowe. Sceny o „szerszym kontekście” nie wnoszą nic do zrozumienia czy docenienia grozy, jaką niesie alzheimer, ale te mniejsze, niemal trywialne sytuacje (jak ta opisana powyżej), są znacznie bardziej angażujące.

Sporo partii tekstu po prostu zniechęca. Wyjaśnienie tytułu brzmi pusto, podobnie jak niektóre z przywołanych obrazów. Częściowo może to być wina bezbarwnej reżyserii Morrison i kompletnie nietrafionej scenografii Andrew D. Edwardsa, z obowiązkowymi schodami do czyśćca (jeśli nie do nieba) oraz niemal przymusową reprezentacją mózgu za pomocą świateł, co stało się już kliszą w sztukach o inteligencji.

Z pewnością były tu długie sekwencje, w których patrzenie na scenę niewiele dawało; cała wartość płynęła ze słuchania. Doświadczenie radiowe Wilson mogło odegrać tu rolę, ale jej pracy nie pomaga brak głębszej myśli w wizji reżyserskiej i jej realizacji.

Sama Wilson też musi wziąć na siebie część winy. Mamy tu wiele powtarzalnych scen: nie trzeba z takim uporem podkreślać, że chorzy na alzheimera kręcą się w kółko, zapominają o sprawach czy nagle „odpływają”. To niepotrzebne i zabójcze dla uwagi widza. Te 100 minut w teatrze ciągnie się niemiłosiernie.

Mimo to sztuka ma swoje wartościowe strony: skupienie się na konsekwencjach jest inteligentne i momentami zmusza do myślenia. Obrazy zwyczajnej codzienności, tlącej się urazy i prawdziwej miłości w różnych odcieniach – seksualnej, namiętnej, synowskiej, czułej i szorstkiej – są przez Wilson trafnie zaobserwowane. To właśnie te sceny dają najwięcej satysfakcji, zarówno dramatycznej, jak i refleksyjnej.

Jako młoda Megan, którą poznajemy, gdy dochodzi do siebie po przygodnej nocy, Rosalind Eleazar tworzy zachwycającą kreację pełną życia i złożoności. Eleazar sprawia, że każda chwila tętni szczerością i pięknie zamyka w swojej grze wyzwania, z którymi Megan przyjdzie się zmierzyć, które zignoruje lub które ją przerosną. Jej sceny z młodym Jezem w wykonaniu Roberta Lonsdale’a to zdecydowanie najbardziej wciągające fragmenty spektaklu.

Lonsdale jeszcze nigdy nie był tak dobry – cicho pewny siebie, a jednocześnie cudownie nieporadny (we własnych oczach) jako mężczyzna, któremu Megan zdecydowała się zmienić życie wspólną nocą i jej następstwami. Tak jak świadomość możliwej choroby wytrąca Megan z równowagi, tak Jez zostaje wprowadzony w podobny, zmieniający życie korkociąg. To jedno z najmądrzejszych posunięć Wilson – podkreślenie, że przypadek i wybór mogą być niezwykle pozytywne, nawet jeśli niosą ze sobą ciężar.

Piękno i prostota scen Eleazar i Lonsdale’a dają nadzieję na głęboką, bolesną stratę w wykonaniu starszej wersji tej pary (Monica Dolan i Ferdy Roberts), ale to nie do końca się udaje. Dolan jest znakomita w momentach zagubienia Megan, jednak ona i Roberts najlepiej wypadają w scenach z innymi postaciami, a nie ze sobą nawzajem. Wilson nie napisała dla nich scen tak bogatych w intymność, jak dla młodszych wersji tych postaci.

Jedynym wielkim wyjątkiem jest chwila, gdy Jez (Roberts) musi wyjaśnić – dla niego po raz kolejny, dla nas po raz pierwszy – co stało się z ich córką Lilą (Alice Felgate w roli przypominającej Ofelię). W tej scenie intymność duetu Eleazar/Lonsdale powraca w dojrzałej, bolesnej formie.

Ted Reilly jako Ned jest spięty, wycofany i autentyczny – wykapany ojciec. Jego niespodziewane ojcostwo sprawia, że w pewnym stopniu powiela drogę matki, ale jego inne decyzje przynoszą inne skutki. Scena ze spalanym komputerem i utraconą pracą była najlepszym momentem wieczoru – okrutna, trafna i przejmująco czuła.

Sceny, w których Lila i Ned mierzą się z rolą opiekunów własnej matki, są autentycznie poruszające. Podobnie jak kłopotliwa rozmowa, w której matka dziecka Neda, Gwen (urocza Vanessa Babirye), informuje go i Jeza, że przeprowadza się do Glasgow. To właśnie tu, gdzie Wilson dotyka surowej rzeczywistości zmagania się z chorobą niszczącą umysł, spektakl angażuje bez wysiłku, niesiony dobrą grą aktorską.

Niestety w fragmentach, w których autorka stara się być „odważna” lub gdy Morrison szuka wymyślnych form prezentacji, tekst traci na sile.

Nie będę wyjaśniać tytułu, ale jest on mocno naukowy i nieco zbyt eteryczny jak na spoiwo całej sztuki. Podobnie jest z „wicherkami” na włosach – będziecie musieli obejrzeć przedstawienie, żeby to rozgryźć.

„Plaques and Tangles” jest jednocześnie zbyt śmiałe i zbyt zachowawcze, za wielkie i za małe, swojskie i nadmiernie ozdobne. Wymaga lepszej reżyserii, ale też kolejnej wersji tekstu.

W tej sztuce kryje się genialny materiał. Wilson musi go tylko wydobyć na wierzch.

Plaques and Tangles w Jerwood Theatre Upstairs do 21 listopada 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS