Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Soho Cinders, Charing Cross Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje musical „Soho Cinders” duetu Stiles i Drewe z Lukiem Bayerem i Millie O'Connell w rolach głównych, wystawiany obecnie w Charing Cross Theatre

Luke Bayer i Millie O'Connell w „Soho Cinders”. Fot.: Pamela Raith

Soho CindersCharing Cross Theatre 28 października 2019 4 Gwiazdki Rezerwuj Bilety Urok to cecha, którą ten spektakl ma w nadmiarze – tym bardziej zachwyca, że jest to współczesna opowieść, będąca jednocześnie przypowieścią na nasze czasy.  O ilu nowych musicalach można to dziś powiedzieć?  To opowiedziana na nowo, z odwróceniem ról płciowych, historia Kopciuszka, osadzona w błyszczącym, choć rozpoznawalnym Londynie, pełna trafnych obserwacji i błyskotliwego dowcipu, z urokliwymi piosenkami George'a Stilesa i Anthony'ego Drewe.  Spektakl, goszczący na tej scenie w nadchodzącym sezonie świątecznym, okaże się satysfakcjonującą alternatywą dla tradycyjnych pantomim czy parodii, zachowując jednocześnie mocne osadzenie w obecnym, gorącym klimacie politycznym.  Poruszane tematy seksualności, standardów życia publicznego, korupcji, chciwości i medialnej sławy są dziś równie aktualne, co w 2011 roku, gdy show debiutował na deskach.  Ta produkcja to również wspaniały hołd dla największych atutów brytyjskiego teatru muzycznego: współpracy, zaangażowania i doskonałości.  Odnosi sukces zarówno jako dramat, jak i widowisko. Ewan Gillies z zespołem. Fot.: Pamela Raith Scena tego kameralnego teatru na 230 miejsc wypełniona jest pełną życia, w większości młodą 16-osobową obsadą, śpiewającą i tańczącą przy akompaniamencie zespołu, który brzmi na znacznie większy, niż mogłaby na to wskazywać czwórka muzyków pod batutą Sarah Morrison na balkonie – orkiestracje są wręcz nieziemskie.  Wschodząca gwiazda wśród reżyserów i producentów, Will Keith (będący również znakomitym choreografem), po raz pierwszy wystawił ten tytuł trzy lata temu w nowym Union Theatre w Southwark.  Od tego czasu jego wizja znacząco dojrzała.  Do obecnego przedsięwzięcia zaprosił część starego zespołu, łącząc siły producenckie ze swoją ówczesną „brzydką siostrą” (Clodagh), a obecną Michaelą Stern.  To nieprawdopodobne, ale we współpracy z Kyle'em Toveyem, w zaledwie trzy miesiące złożyli ten projekt i wprowadzili go na scenę Off-West End – i jest to kawał świetnej roboty.  Jako debiut producencki, projekt jest ambitny, atrakcyjny i bardzo na czasie. Michaela Stern i Natalie Harman. Fot.: Pamela Raith Stylowo zaprojektowana scenografia Justina Williamsa – łącząca wielkomiejską surowość z turkusem, fuksją i odrobiną beżu – cieszy oko. Keith zaprosił do współpracy debiutującą kostiumografkę, Nicole Garbett, która zaliczyła oszałamiający start, sprawiając, że obsada wygląda olśniewająco.  Co więcej, znajdując jakimś cudem czas w napiętym grafiku, choreograf Adam Haigh zdziałał cuda w zaledwie półtora tygodnia, tak spójnie łącząc ruch z reżyserią Keitha, że nie widać żadnych szwów.  Dbałość o detale obu twórców to jeden z najjaśniejszych punktów tej produkcji: nie ma ani sekundy, w której nie działo się coś fascynującego, a każdy członek zespołu tworzy konkretną postać z własną historią.  Całość oświetla Jack Weir, sprawnie łącząc showbiznesowy blask z naturalistycznym realizmem. Zespół „Soho Cinders”. Fot.: Pamela Raith Na scenie oglądamy również świetne kreacje aktorskie.  Luke Bayer w roli tytułowej, który niedawno dał się poznać jako doskonały zastępca w „Jamie” (wszyscy o nim mówią), tutaj buduje fascynującą postać uciemiężonego cwaniaczka z West Endu, który wychodzi na prostą: lśni zwłaszcza w cudownych piosenkach napisanych przez Stilesa i Drewe – jego wykonanie „They Don't Make Glass Slippers” zmienia ten utwór w odważny i mocny moment dramatyczny.  Partneruje mu Millie O'Connell jako „Velcro” (odpowiednik Guziczka), gwiazda scen Off-West Endu, która zdobyła rzesze fanów rolą Anny Boleyn w „SIX” – tutaj prowadzi swoją rolę z wyobraźnią i autorytetem.  Ich zwycięska chemia jest kluczem do sukcesu tego spektaklu. Millie O'Connell. Fot.: Pamela Raith Jeśli chodzi o innych mężczyzn w jego życiu, dwa obiekty uczuć Cindersa – precyzyjny Chris Coleman jako fundator kampanii Lord Bellingham oraz elegancko nonszalancki Lewis Asquith jako biseksualny polityk James Prince – zawsze trzymają fason; jednak scenę słusznie kradną Clodagh i jej równie okropna siostra Dana (Natalie Harman), które pławią się w rubasznym komizmie i brutalnej wulgarności swoich ambicji.  Bardziej intrygująca jest jednak rola Ewana Gilliesa jako spin doktora Williama George'a, który otrzymał postać idącą nieoczywistą ścieżką: jego numer z drugiego aktu „The Tail That Wags The Dog” to jedno z najbardziej mistrzowskich dzieł duetu S&D, a Keith i Haigh słusznie uczynili z niego jeden z filarów show.  Tymczasem Tori Hargreaves bardzo przekonująco wypada jako druga miłość w życiu Prince'a, Marilyn Platt, a Melissa Rose odnosi mały sukces w roli Sashy, asystentki menedżera Prince'a. Millie O'Connell i Tori Hargreaves. Fot.: Pamela Raith Zespół jest niesamowicie dynamiczny i zapracowany: Ben Darcy, Savannah Reed, Luke Byrne, Laura Fulgenzi, Danny Lane, Jade Bailey i Thomas Ball.  Każdy z nich wniósł własne pomysły, dzięki czemu ich postacie to znacznie więcej niż tylko „tło”: stają się tętniącym miastem wokół głównych bohaterów, a każda chwila ich obecności na scenie jest skrupulatnie przemyślana.  Liczba postaci sugeruje pewną złożoność intrygi i to jedno z wyzwań, przed którymi stanęli autorzy libretta – Drewe współpracujący z Elliotem Davisem.  Radzą sobie całkiem nieźle, ale żaden z nich nie jest przede wszystkim dramaturgiem, co bywa widoczne: punkt ciężkości scenariusza jest czasem nieuchwytny – np. finał zostaje oddany w ręce Velcro.  Dlaczego?  Jestem pewien, że autorzy mieli ku temu powód, ale czy jest on satysfakcjonujący dramaturgicznie?  Ten punkt podkreśla, moim zdaniem, stopień, w jakim rola Robbiego (odpowiednika Kopciuszka) zostaje osłabiona.  Mamy na to wzorzec: w latach 80. ogromny sukces odniosło wznowienie „Mr Cinders” Viviana Ellisa – w tej parodii z lat 20. autorzy libretta, Clifford Grey i Greatrex Newman, mądrze sprawili, że każda kluczowa dla fabuły decyzja należała do Jima Lancastera. Ich główny cel również pozostawał jasny: satyra na brytyjski system klasowy.  Tutaj problem polega na tym, że Robbie nie ma takiej sprawczości, będąc skazanym na bycie postacią głównie reaktywną, a nie inicjatywną – częściej podąża za innymi, niż sam napędza wydarzenia; samej opowieści brakuje też wyraźnie zdefiniowanego przesłania. Jednak zgiełk i energia inscenizacji Keitha i Haigha prawdopodobnie odsuną te wątpliwości na dalszy plan w umysłach widzów szukających po prostu dobrej zabawy.  Prawdopodobnie.  W tym ładnym i zadziornym spektaklu jest wiele do podziwiania: mnóstwo czułości przyprawionej pikantną krytyką społeczną.  No i te piosenki są po prostu wspaniałe.  Dobrej zabawy! Soho Cinders w repertuarze do 21 grudnia 2019 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS