Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Mewa, Chichester Festival Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Anna Chancellor i Samuel West w Mewie. Fot. Johan Persson Mewa

Chichester Festival Theatre

24 października 2015

4 Gwiazdki

Wiele obrazów zapada w pamięć: księżyc pieszczący prowizoryczną scenę, zbudowaną nad jeziorem na potrzeby awanturniczej sztuki Konstantego; Polina wybiegająca w gniewie i wściekle niszcząca kwiaty, które Nina podarowała Dornowi; Trigorin, odwrócony plecami do widowni, lecz starannie wyczekujący na precyzyjny moment, w którym Nina, występująca w blasku księżyca, rozbudzi jego uśpione pasje; Arkadina, podskakująca niczym rozbawiona uczennica, utwierdzająca się w przekonaniu o swoim młodzieńczym wyglądzie; deszcz bębniący o posiadłość i jezioro, Nina porwana przez ulewę; jaskrawe, niemal obezwładniające słońce, wypalające powietrze nad wodą; Dorn, zaskoczony i szczerze przerażony, gdy odkrywa ciało Konstantego, wciąż ciepłe, lecz już wolne od ciężaru życia. To niezwykle sugestywne obrazy.

Jednak jeszcze trwalsza, ważniejsza i bardziej przejmująca jest spektakularna scena zbiorowa przywoływana w ostatnim akcie, która służy za reprezentację wielu tragicznych i dręczących tematów sztuki. Kolacja podawana jest w pokoju przylegającym do gabinetu – praca oddzielona od prozy życia. Świece płoną jasno na stole, przy którym dorośli wieczerzają; ich światło jest miękkie, niemal złociste, gdy patrzy się na nie przez eleganckie okna gabinetu. Praca i rzeczywistość w zimnym, twardym świetle; codzienne życie – łagodniejsze, nieco nierealne.

Milczący bezruch gabinetu tworzy uderzającą, kontrapunktową synergię z wymuszoną, towarzyską wesołością przy stole biesiadnym uginającym się od jedzenia, wina i śmiechu gości. Rzeczywistość i iluzja. Prawda i fikcja. Miłość utracona i zagubiona. Nadzieja porzucona i niespełniona, wciąż się tląca. Pojedynczy strzał z rewolweru zmienia wszystko i nie zmienia nic; to unikalny punkt osobliwości.

To trzecia odsłona sezonu „Młody Czechow” w reżyserii Jonathana Kenta, wystawianego obecnie w Chichester Festival Theatre – nowa adaptacja „Mewy” autorstwa Davida Hare'a. Znacznie słynniejsza niż „Płatonow” czy „Iwanow”, dwie pozostałe sztuki uzupełniające sezon i dorobek tego specjalnie powołanego zespołu repertuarowego, „Mewa” miała burzliwe losy. Działo się tak głównie za sprawą licznych inscenizacji, które próbowały na siłę wycisnąć tragizm i głębokie znaczenia z narracji Czechowa, niszcząc tym samym delikatność i niemal symfoniczną naturę jego obserwacji na temat ludzkich słabości i ułomności.

Kent zgrabnie unika tej pułapki, między innymi dlatego, że adaptacja Hare'a – najlepsza z całej trójki – jest błyskotliwa, urokliwa i komiczna, co paradoksalnie potęguje siłę tych bardziej tragicznych aspektów. To wyraźnie skrócona wersja sztuki, a Kent ułatwia zrozumienie jej konturów i barw, wprowadzając przerwę między aktem trzecim a czwartym. Pozwala to czwórce głównych bohaterów na ugruntowanie swoich pozycji, rozwinięcie napięć, sojuszy, nadziei i lęków. Gdy kończy się trzeci akt, kości zostały rzucone, a akt czwarty, rozgrywający się dwa lata później, dotyczy konsekwencji – mroczna przeszłość powraca, by upomnieć się o swoje.

Kolejną zaletą tego podejścia jest fakt, że charaktery pozostałych postaci zostają w pełni wyeksponowane jeszcze przed antraktem. Staje się jasne, że obsesja Miedwiedienki na punkcie pieniędzy nigdy nie wygaśnie, a Masza nigdy go nie pokocha, mimo jego uwielbienia. Oboje będą żałować tego, czego nie było.

Widać wyraźnie, że Sorin, mimo utyskiwań na własne porażki i niedociągnięcia, przeżył życie tak, jak chciał; on będzie żałować tego, co było.

Ewidentne jest, że Polina i Szamrajew wiodą niepewny żywot zarządców posiadłości, nieustannie próbując dopiąć budżet i sprostać oczekiwaniom Sorina oraz jego siostry, Iriny. Oni żałują teraźniejszości i zawsze będą to robić.

Dorn, wiejski lekarz, najwyraźniej kocha się w Arkadinie i być może jest ojcem Maszy, jako że Polina od dawna jest jego kochanką. On żałuje tego, co mogło być.

Ten wir emocji i podtekstów tworzy sytuacje w równej mierze napięte, co komiczne, a gra każdego z aktorów wydobywa to, co najlepsze z wnikliwych obserwacji zawartych w sztuce. Jade Williams jest wyjątkowo dobra jako wiecznie pogrążona w żałobie Masza; opłakuje ona fakt, że Konstanty jej nie zauważa, nie wspominając już o jej miłości. Szorstka i bezceremonialna Masza w wydaniu Williams to nieubłagana siła natury. Pip Carter idealnie z nią kontrastuje, sprawiając, że obsesja marudnego Miedwiedienki na punkcie pieniędzy jest zarazem zabawna i smutna, ale nigdy nie ucieka się do taniej litości. Nauczyciel Cartera przeważnie akceptuje swój los, więc obojętność Maszy, mimo małżeństwa i rodzicielstwa, podszyta jest żalem, ale pozostaje całkowicie zrozumiała; równie wiarygodne jest to, że teść kazał mu iść cztery mile w deszczu, bo „przecież nie jest generałem”.

Lucy Briers czyni Polinę ciepłą, ale nieubłaganie zdesperowaną, by uciec z Dornem. Udaje jej się niemal ignorować Maszę i Szamrajewa, zachowując przy tym pozory posłusznej żony i matki. Des McAleer z furią i sapaniem odgrywa rolę Szamrajewa z precyzyjnie wymierzoną okrutnością i pedantyczną prawością. Nie ma wątpliwości, dlaczego Masza jest taka, jaka jest. Każdy z nich ma swoje komiczne momenty, wykonane po mistrzowsku: opowieść McAleera o „Bravo Silva!” jest znakomicie wyważona, nawet przy wielokrotnych powtórzeniach puenty, a gniew Briers z powodu kwiatów wręczonych Dornowi przez Ninę jest wyśmienity pod każdym względem.

Adrian Lukis jest błogo autentyczny jako inteligentny, uważny Dorn, który niewiele przeoczy, a mówi jeszcze mniej. Jego potyczki z porywczym i narzekającym Sorinem (uroczo zrzędliwy Peter Egan) są wyśmienite, podobnie jak sceny z tyrańską Arkadiną w wykonaniu Anny Chancellor. Lukis i Chancellor dzielą wspaniałą chemię – on jako drapieżnik, ona jako chętna ofiara, do momentu, w którym role zawrotnie się odwracają. Egan również zręcznie nakreśla złożoną relację Sorina z jego egoistyczną, rozpieszczoną siostrą-aktorką. Obaj mężczyźni wydobywają to, co najlepsze z Joshuy Jamesa, który nigdy nie wypada lepiej niż w scenach z Sorinem lub Dornem.

Cała szóstka tych wspaniałych aktorów charakterystycznych skutecznie buduje bogaty świat posiadłości, w którym losy czwórki głównych bohaterów znajdą swój finał. To szczegółowa, wielowarstwowa praca zespołowa w najlepszym wydaniu.

Anna Chancellor jest po prostu perfekcyjna jako Arkadina. Jej zachrypnięty głos, narcystyczna porywczość i biadolenie łączą się znakomicie, tworząc ostateczny portret złej matki-aktorki i kochanki-narcyzki. Jest fantastyczna w każdym calu – czy to nudząc się podczas bandażowania rannej głowy syna, czy żarliwie błagając Trigorina o wspólną ucieczkę, czy doprowadzając Sorina do załamania, a chwilę później lamentując nad jego zdrowiem, flirtując z każdym mężczyzną w zasięgu wzroku czy upokarzając Ninę i Maszę przy każdej okazji.

Nienaganne wyczucie czasu w połączeniu z umiejętnością sprawienia, by dany strój był jednocześnie nieoczekiwanie szykowny i piekielnie niestosowny, a także bezprecedensowa zdolność do rozmawiania z jedną osobą przy jednoczesnym obserwowaniu drugiej i myśleniu o trzeciej – wszystko to przy zastanawianiu się, czy światło pada na nią korzystnie i czy dobrze wygląda z papierosem – sprawia, że ta Arkadina to rozkoszna diwa, wirująca jak bąk, by osiągnąć swoje cele.

Samuel West partneruje Chancellor w tym walcu po mistrzowsku i bez względu na to, jak zmysłowy wydaje się ten taniec, nuta mroku i rozpaczy nigdy nie jest daleko. Ona prawdopodobnie potrzebuje go bardziej niż on jej, ale nigdy nie jest to do końca jasne, a ta niejednoznaczność przynosi świetne efekty. West czyni Trigorina postacią niezwykle intrygującą i atrakcyjną – z jednej strony romantycznym i prostolinijnym, z drugiej przebiegłym i interesownym.

Często mówi się, że Trigorin to najlepsza męska postać u Czechowa. Choć sezon „Młody Czechow” może podać tę tezę w wątpliwość, West z pewnością przedstawia przekonujące argumenty, tworząc jedną z najbardziej pełnych i niuansowych kreacji tej roli w ostatnich latach. Jego rywalizacja z Konstantym, potrzeba bliskości z Niną, poleganie na Sorinie i Arkadinie, dystans do codziennych spraw Dorna, Poliny czy Maszy oraz jego kapryśna obojętność – West wygrywa to wszystko w dojrzałej, wciągającej i niezwykle subtelnej kreacji.

Pip Carter i Anna Chancellor w Mewie. Fot. Johan Persson

Niestety, inscenizacja nieco traci rezon w punkcie, w którym każda „Mewa” musi zatriumfować, by stać się wielką: w kreacjach Konstantego i Niny, dwóch najbardziej zmiennych postaci w sztuce. Ani Joshua James, ani Olivia Vinall nie zbliżają się do intensywności zrozumienia, głębi emocjonalnej czy płomiennego romantyzmu, których te role wymagają.

Oboje grają na tyle poprawnie, by sztuka działała, ale żadne z nich – ani w relacji ze sobą, ani z innymi postaciami – nie błyszczy w pełni. James jest zbyt zdystansowany, nie widać w nim spalającej potrzeby akceptacji przez Ninę ani hamletowskiej zazdrości o sukcesy Trigorina jako kochanka matki i pisarza. Musiałby mocniej zaangażować się w skrajności swojej postaci; potrzeba więcej wysiłku, by stać się Konstantym, a nie tylko go odgrywać. Dwie kluczowe sceny wypadły najbardziej pusto: ta, w której chce, by matka opatrzyła mu głowę, a potem się z nią kłóci, oraz scena spotkania z przemoczoną i zrozpaczoną Niną w lesie.

Z kolei Vinall zaczyna dobrze – zwłaszcza pierwsza scena z przedstawieniem Konstantego wypada wiarygodnie, a jej relacje z kluczowymi postaciami są tam solidnie zarysowane. Jednak w miarę rozwoju akcji, gdy Nina się zmienia i zaczyna dążyć do innych celów, pojawia się zapotrzebowanie na bardziej złożoną emocjonalnie pracę. Vinall nie sprostała temu wyzwaniu w wystarczającym stopniu.

W rezultacie druzgocący finał sztuki nie jest tak traumatyczny w odbiorze, jak powinien. Nie jest to wina tekstu, reżyserii ani pozostałych aktorów – w istocie Lukis, Chancellor i West są znakomici w budowaniu kulminacji. Nawiedzony, pełen winy i strachu wyraz twarzy Chancellor, gdy w świetle świec zagląda do gabinetu, jest niezapomniany, podobnie jak reakcja Lukisa na samobójstwo Konstantego. Jednak bez pełnego zaangażowania Jamesa i Vinall spektakl nie rozwija skrzydeł. Potrzeba tu bardziej szczerej, inteligentnej i przemyślanej gry.

Niemniej jednak, to wciąż niezwykle angażująca inscenizacja „Mewy”. Może i nie uderza emocjonalnie z taką siłą, jak by mogła, ale jest bardzo inkluzywna, historia opowiedziana jest przejrzyście, a postacie w większości ożywione w sposób perfekcyjny i barwny.

Oświetlenie Marka Hendersona w pełni współgra ze wspaniałą scenografią Toma Pye'a: księżycowe zaklęcie nad jeziorem, gdy sztuka Konstantego ponosi klęskę przez niechęć jego matki do dzielenia się blaskiem jupiterów; intensywność słońca nad wodą, gdy Trigorin i Nina uświadamiają sobie, czego pragną; mrok rozproszony migoczącymi świecami, gdy Konstanty dokonuje ostatecznego aktu, chwilę po tym, jak podarł swoje rękopisy. Reżyseria światła robi ogromne wrażenie, podobnie jak efekty oddające ulewny deszcz. Kiedy Miedwiedienko wyrusza w swoją czteromilową wędrówkę, niemal czuje się, jak własne skarpetki nasiąkają wodą.

Każda z trzech sztuk w sezonie „Młody Czechow” porusza podobne tematy: śmierć od rewolweru, rolę lekarza na rosyjskiej prowincji, trójkąty miłosne, nieodwzajemnione uczucia, biedę i to, co łamie ludzkiego ducha. Jednak każda z nich podchodzi do nich zupełnie inaczej. Cudowne produkcje Kenta odzwierciedlają zarówno podobieństwa, jak i różnice, opierając się na szczerym, prawdziwym aktorstwie – nowoczesnym w tonie, ale klasycznym w podejściu.

Obejrzenie trzech sztuk w krótkim odstępie czasu zmusza do ich ponownej oceny. Dzięki Kentowi, jego zespołowi i twórcom, Hare wskrzesił dzieła młodego Antoniego Czechowa i rzucił na nie jasne, olśniewające światło.

Rezultat jest prawdziwym objawieniem.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS