WIADOMOŚCI
Adaptacje sceniczne utworów Roalda Dahla
Opublikowano
Autor:
emilyhardy
Udostępnij
Sam Mendes i zespół kreatywny spektaklu Charlie i fabryka czekolady. Fot. Helen Maybanks
Opowieści Roalda Dahla dla wielu z nas są niemal synonimem dzieciństwa. Jeśli jakimś cudem potrzebujesz odświeżenia pamięci, sięgnij po swoją ulubioną książkę Dahla (nieważne, czy minęły lata, czy dekady od pierwszej lektury) i rzuć na nią okiem jeszcze raz. Zanurz się ponownie w jego makabrycznej wyobraźni, przeżyj na nowo jego przemieniający sposób opowiadania historii i przypomnij sobie, dlaczego to być może właśnie te książki jako pierwsze obudziły w Tobie przyjemność z czytania. Jego nieprawdopodobni bohaterowie dawali nam poczucie, że nasza odmienność jest w porządku — zachęcali, by być innym, uczyli sprytu, przekonywali, że każde marzenie, nawet najbardziej odległe czy niedorzeczne, może kiedyś się spełnić. Czy to nie były jedne z pierwszych książek, które czytaliśmy samodzielnie — i dla czystej przyjemności?!
Dziś opowieści Dahla są wdzięcznym materiałem do adaptacji dla twórców w najróżniejszych dziedzinach — nie tyle po to, by je „ulepszać”, ile by je opowiadać na nowo i (nie oszukujmy się) korzystać z ich popularności. I tak, słusznie lub nie, postaci Dahla regularnie są wyciągane ze swoich drukowanych, bezpiecznych miejsc na półce, by przejść kolejne wcielenie. Trudno się dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę jego wynalazczość oraz to, że historie już wcześniej zostały „wywabione” z kart dzięki prostym szkicom ołówkiem Quentina Blake’a — szkicom, które nie narzucały wyobrażeń, lecz towarzyszyły rozwijającej się, wielowarstwowej narracji. Powstało wiele adaptacji filmowych (ostatnio m.in. wersja Tima Burtona z 2005 roku, Charlie i fabryka czekolady). Te ekranizacje dzieliły widzów: jednych zachwycały, innych doprowadzały do szału — zwłaszcza tych, dla których książki były początkiem miłości do literatury: „dahlowskich purystów”. Są też adaptacje sceniczne. Skoro „markowe” musicale, takie jak Ghost, The Bodyguard, Shrek, święciły ostatnio triumfy (często większe niż tytuły mniej rozpoznawalne), nikogo nie powinno dziwić, że Dahl znów pojawił się na West Endzie. Przy ogromnych oczekiwaniach sukces, który po tym nastąpił, był niemal nieunikniony.
Dennis Kelly, Craige Els i Tim Minchin W adaptacjach często omijano „ciemniejsze” tony tych historii, w obawie przed brutalnymi, krwawymi karami, za które Dahl bywał krytykowany. Ale jeśli komuś można zaufać w pracy z tak cenną brytyjską opowieścią jak Matylda, to właśnie Royal Shakespeare Company. W przeciwieństwie do filmu Danny’ego DeVito z 1996 roku, który kładł nacisk na telekinetyczne moce Matyldy, w gruncie rzeczy tracąc z oczu desperację i smutek tej historii, adaptacja RSC autorstwa Tima Minchina i Dennisa Kelly’ego (wolna od hollywoodzkiej presji komercyjnej) pozostaje wierna oryginałowi z 1988 roku i obchodzi się z nim z troską. Dahla okrzyknięto kiedyś „opowiadaczem historii nr 1 na świecie” — i ta wersja nie boi się opowieści, które snuje; ona w nich tonie.
A sytuacja Matyldy nie jest godna pozazdroszczenia:
Żadne dziecko nie powinno dorastać w przekonaniu, że nie jest absolutnie wspaniałe — a jednak z taką rzeczywistością musi mierzyć się niedoceniana, niezwykła Matylda. Na szczęście odkrywa, że może zareagować na odziedziczone nieszczęście i uprzykrzać życie odrażającym dorosłym wokół siebie, będąc — jak kusząco ujmuje to Minchin — „troszeczkę niegrzeczna”. W oryginale Dahla życzliwa, pełna podziwu bibliotekarka pani Phelps tłumaczy Matyldzie wszechogarniającą moc słów: „Usiądź wygodnie i pozwól, by słowa obmywały cię jak muzyka”. I taki właśnie jest efekt tego wielobarwnego spektaklu: wciąga widzów w strony, słowa, pojedyncze litery.
W nowej, musicalowej formie twórcy znaleźli przestrzeń na głębszą, psychologiczną eksplorację postaci. Minchin wykorzystuje każdą piosenkę — w orkiestracjach Christophera Nightingale’a — jako okazję do rozwinięcia motywacji bohaterów: czy to brutalnej pani Trunchbull, zagranej w drag z drżącą furią, czy samej Matyldy, która tutaj ożywa dzięki pięciu drobnym, zachwycająco utalentowanym dziewczynkom. Pomysłowość Matyldy widać od figlarnego otwarcia: orkiestra udaje szkolny zespół z podstawówki, dając od razu do zrozumienia, że historia, w którą zaraz wejdziemy, opowiadana jest nie oczami dorosłych, lecz dzieci. Jak książka, Matylda nie tylko bawi i sprawia przyjemność — ona hipnotyzuje i inspiruje. Choć przewrotność, czyli „niegrzeczność”, mogła kosztować Minchina i Kelly’ego nagrodę za najlepszy musical na Broadwayu podczas Tony Awards 2013, Matylda pobiła rekord, zdobywając w Londynie 7 statuetek na Olivier Awards 2012, i wciąż cieszy się ogromną popularnością — zarówno wśród krytyków, jak i widzów w każdym wieku.
Scott Wittman i Marc Shaiman, którzy umuzycznili świat Charlie i fabryka czekolady Wkrótce potem na scenę wkroczył biedny Charlie Bucket, jego rodzice oraz czworo przykute do łóżek dziadków. Choć Dahl nie cierpiał dorosłych, którzy rozpieszczają dzieci albo przeceniają ich wyjątkowość, w Charliem i fabryce czekolady robi coś bardzo podobnego — pozwala, by pokrzywdzony przez los Charlie w końcu dostał wszystko, czego pragnęły jego głodny brzuch i serce. Ta produkcja działa na podobnej zasadzie, serwując widzom to, czego mogą sobie życzyć. Ale zamiast bezrefleksyjnie wskakiwać na falę Matyldy (porównywanie Matyldy i Charliego bywa, jeśli już, mało pomocne), Sam Mendes wybrał inne podejście do adaptacji, budując wystawny spektakl w londyńskim Drury Lane — domu innych familijnych hitów, takich jak Shrek i Oliver!. Pozwalając dziecku XXI wieku rozsmakować się w tym, co pyszne i ponure, Marc Shaiman, Scott Wittman i David Greig dostarczają fabrykę czekolady na rok 2013 (scenografia: Mark Thompson) oraz współczesne dzieci, które mogą ją eksplorować. Violet Beauregarde jest teraz odrażająco pewną siebie, żującą gumę dziecięcą celebrytką, a Mike Teavee — uzależnionym od gier komputerowych breakdancerem. Nawet Charlie jest bardziej rezolutny, niż możesz pamiętać, a muzyka — odpowiednio skrojona (choć niezbyt zapadająca w pamięć) — znakomicie wspiera tę modernizację. Charlie i fabryka czekolady to uczta dla oczu, jeśli niekoniecznie dla wyobraźni, ożywiająca wyczyny czekoladowego świata Dahla dzięki rozbuchanej teatralności, magii, animacji i technologicznym sztuczkom. Szczerze mówiąc, warto zdobyć bilet choćby dla samych Umpa-Lumpów.
Matylda i Charlie to bohaterowie, z którymi — jako dzieci lub dorośli — potrafimy się jakoś utożsamić; ich trudne okoliczności są boleśnie wiarygodne. Ich historie (w różnych odsłonach) zaszczepiają nadzieję i wciąż inspirują pokolenie niezależnych, inteligentnych, ciekawych świata marzycieli. Te „scrumdiddlyumptious” musicale oddają sprawiedliwość ukochanej twórczości niedawno zmarłego Dahla, wykraczając poza podstawowy wymóg komercyjnego, rozpoznawalnego tytułu — ale nadal najlepiej traktować je jako rozrywkę, która ma towarzyszyć lekturze książek.
"Czuję, jakbym była tam na miejscu i patrzyła, jak to wszystko się dzieje." "Dobry pisarz zawsze sprawi, że tak się poczujesz" — powiedziała pani Phelps. (Matylda, 1988) Nic nie jest potężniejsze niż dziecięca wyobraźnia i ja, osobiście, nie zamieniłabym swojej radości z lektury na nic... nawet na złoty bilet. KUP BILETY NA MATYLDĘ
Artykuł napisany przez Emily Hardy
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności