Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

Wywiad z Broadwayu – Jason Ralph

Opublikowano

Autor:

emilyhardy

Share

Emily Hardy rozmawia z aktorem Jasonem Ralphem o spektaklu Peter and the Starcatcher, scenie New World Stages i drodze nagrodzonej Tony Award produkcji ze słynnego Broadwayu do teatrów off-broadwayowskich. „Uwielbiam porażki. Desperacko potrzebuję błędów, bo jeśli zaryzykuję wystarczająco wiele razy, w końcu dzieje się magia”. Nagrodzona pięcioma statuetkami Tony sztuka Ricka Elice’a Peter and the Starcatcher to prequel przygód Piotrusia Pana, wyjaśniający, jak „Chłopiec”, poniewierany sierota bez imienia, trafia do Nibylandii, zyskuje wieczną młodość i poznaje tykającego krokodyla, bandę piratów oraz Zagubionych Chłopców. Gdy Jason Ralph wysiada z windy, uderzające (niemal komiczne) jest to, jak bardzo ten młody aktor przypomina Piotrusia Pana. Ralph siedzi w swoim surowym kostiumie sieroty (kilka minut wcześniej przemókł do suchej nitki w niespodziewanej nowojorskiej ulewie), popija napój energetyczny i przygotowuje się do wymagającego fizycznie występu, podjadając orzeszkowe M&M’s. „Codziennie biegniemy tu maraton. Czasem rano nie mam pojęcia, skąd wezmę siłę, by wstać z łóżka, a co dopiero stać się Piotrusiem Panem”. Trudno w to uwierzyć, patrząc, jak siedzi tu pełen entuzjazmu, uśmiechnięty i rozgląda się z zaciekawieniem po foyer teatru, jakby widział je pierwszy raz. Robię swoją najlepszą minę niewinnej Wendy, podczas gdy Ralph opowiada mi o tym, jak spełniły się jego marzenia. „W szkole byłem typowym gotem, a moja mama była przerażona moimi znajomymi. Tak bardzo naciskała, bym poszedł w stronę teatru, że – jak dowiedziałem się później – przekonała nauczyciela dramatu, by dawał mi wszystkie główne role. Jestem jej za to wdzięczny, bo zdobyłem ogromne doświadczenie. W końcu wyrosłem z fazy gotyckiej i stałem się nieco bardziej normalnym człowiekiem. Potem studiowałem w Collin College w Teksasie i przez cztery lata w Sydney Purchase tutaj w Nowym Jorku. Właściwie powinienem być już lekarzem!”. Kolejną zmianą w jego życiu było przejście z roli dublera w broadwayowskiej inscenizacji Starcatchera do głównej roli w obecnym wznowieniu off-broadwayowskim. „To było niesamowite. Czułem jednak, że naprawdę na to zapracowałem, przechodząc całą ścieżkę awansu. Wcześniej miałem okazję kilka razy zastąpić głównego aktora i wtedy wszyscy pytali mnie, jak to jest debiutować na Broadwayu. Kochałem to, ale nie uważałem, że to szczyt wszystkiego. Nadal byłem po prostu częścią zespołu. To był po prostu kolejny krok naprzód”. Ralph jest genialny w roli Piotrusia. Całkowicie zapominamy o rzeczywistości, zanurzając się w pięknie wykreowanym świecie fantazji, ani przez chwilę nie kwestionując motywacji 13-letniego Pana, który pragnie tylko nowego początku i szansy, by „po prostu przez chwilę być chłopcem”. Jednak zaczynanie jako dubler oznaczało, że Ralph nie miał luksusu budowania roli od zera. W jakim stopniu interpretacja Piotrusia jest więc jego własna? „Reżyserzy, Roger Rees i Alex Timbers, byli dla mnie bardzo wyrozumiali, bo sami chcieli odkryć tę sztukę na nowo. Wielu aktorów dołączyło do obsady po raz pierwszy, co ułatwiło świeże podejście. Chciałem to zrobić po swojemu, ale trudno jest odróżnić zmianę dla samej zmiany od zmiany służącej opowieści. Znałem wszystkie kwestie i ruchy, więc przez cały okres prób mogłem eksperymentować i mylić się, dopóki nie znalazłem właściwych rozwiązań”. Wygląda bardzo młodo, więc zastanawiałam się, czy rola Piotrusia działa na niego odmładzająco, ale 26-letni Ralph ciężko pracował na swój sukces. „Najlepszą rzeczą, jaką zrobiłem, była roczna praca jako lektor w biurze castingowym. Nie dostawałem ról, ale mnie poznali. Po roku zaprosili mnie na przesłuchanie do tego spektaklu i dostałem angaż. Myślę, że tak to powinno działać. Czekasz, jesteś wytrwały, starasz się cieszyć drogą i w końcu trafiasz na odpowiednią ofertę. Nic tak dobrego nie przychodzi łatwo”. Marzeniem Ralpha jest zagranie księcia Hala we wszystkich „Henrykach” Szekspira. Kiedy sugeruję, by przyjechał z tym do Londynu, jego twarz rozpromienia się od ucha do ucha. „Uwielbiałbym zagrać to w Londynie… w The Globe!” – wykrzykuje z ekscytacją. Peter and the Starcatcher przeszedł własną drogę; był nowością na Broadwayu tak samo jak Ralph, ale statuetki Tony dały produkcji przysłowiowe skrzydła. Jeszcze w tym roku Starcatcher wyrusza w pierwszą krajową trasę, ale obecnie można go oglądać w New World Stages. Dla kogoś z zewnątrz przenosiny z Broadwayu na Off-Broadway mogą wydawać się nieszablonowe. „To dziwna zmiana, ale teatr, w którym graliśmy wcześniej, miał już inne rezerwacje. Wciąż było zapotrzebowanie na naszą sztukę, być może dzięki nagrodom Tony, więc gramy dalej. To kameralna sztuka i okazuje się, że w mniejszej przestrzeni wypada nawet lepiej”. Trudno wyobrazić sobie Starcatchera gdziekolwiek indziej niż w jego nowym domu – magicznej sali na 500 miejsc, rzut kamieniem od Broadwayu. Widzowie spoza Nowego Jorku z niecierpliwością czekają na okazję zobaczenia nagrodzonych Tony produkcji, gdy te zawitają do ich miast. To dobrze wróży Starcatcherowi, który jest idealnym materiałem na trasę; wykorzystuje minimalistyczną scenografię, opierając się głównie na ciałach i głosach aktorów. Obsada pozostaje na scenie przez cały czas, tworząc dźwięki trzeszczących statków i fantastyczną aurę Nibylandii. Początkowo było to wyzwanie dla Ralpha, który jako dubler musiał opanować aż pięć ról. „Pierwszego dnia prób siedziałem z pięcioma zakreślaczami. Mój scenariusz wyglądał jak tęcza, z rysunkami ludzików biegających we wszystkich kierunkach. Kiedy wróciłem do domu, nie miałem pojęcia, co to wszystko oznacza. Jako dubler mogłem jednak zobaczyć to z zewnątrz; to bardzo satysfakcjonujące widzieć, jak lekko i płynnie to wygląda, bo od środka to zorkiestrowany chaos, istne szaleństwo. Nigdy nie przestajesz biec, a jeśli choć na chwilę się wyłączysz, iluzja pęka”. Zbiorowe partie mówione bywają czasem zawiłe, ale szybko wciąga nas autoironiczny, slapstickowy humor i obłędny, płynny ruch sceniczny autorstwa Stevena Hoggetta. „Ten spektakl jest jak maszyna, w pozytywnym sensie. Jak ruszy, to nie staje, a ty wpadasz w sceny, w których obnażasz duszę bez żadnego przygotowania. To mi pasuje, bo nie mam czasu się stresować. Jesteś po prostu niezbędnym trybikiem w maszynie”. Piotruś Pan ze swoją Molly, graną przez Nicole Lowrance. Wszystko tu gra. Spektakl jest radosną celebracją formy teatralnej, choć jedna rzecz mnie zastanawia: Peter and the Starcatcher, mimo literackiego kunsztu i niekonwencjonalności, wydaje się idealny dla młodszej widowni. Historia, reklamowana jako „Prequel Piotrusia Pana dla dorosłych”, niesie w sobie morał i siłę baśni. „Dzieci to uwielbiają. Bardzo angażują się w historię Piotrusia i Molly. Dorośli skupiają się bardziej na postaci Black Stache’a”. Oczywiście są tu nawiązania i niuanse, których dzieci nie wyłapią, ale przecież najmłodsi nie chodzą do teatru sami. Sugerowanie, że to sztuka tylko dla dorosłych, jest mylące – to spektakl właśnie dla tych, którym wyobraźnia podpowiada najwięcej. W końcu dzieci są najlepiej wykwalifikowane w używaniu fantazji, a zaraźliwa energia tego pomysłowego zespołu powinna być doceniona przez każdego. Z tą myślą zostawiłam mojego Piotrusia Pana przy jego paczce M&M’s i wyszłam prosto w nowojorską ulewę.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS