Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Hand To God, Booth Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Steven Boyer i Sarah Stiles w Hand To God. Fotografia: Joan Marcus Hand To God

The Booth Theatre

4 kwietnia 2015

„Jesteś tak głęboko w szafie, że wylądowałeś w Narnii!”

Takimi słowami drażni się Jessica – nieco nerdowata, ale wysportowana dziewczyna. Jej ofiarą i zarazem wrogiem jest absurdalnie wysoki, swobodnie seksowny osiedlowy osiłek, Timothy. Chłopak siedzi rozwalony na krześle w salki parafialnej, gdzie zajęcia z lalkarstwa prowadzi Margery, matka innego nerda – Jasona. Timothy, rzecz jasna, jest oburzony. Jessica doskonale o tym wiedziała, dlatego go prowokuje. Margery próbuje zaprowadzić porządek, wysyłając Jessicę i Jasona na przerwę po colę. Zamierza porządnie wygarnąć Timothy'emu, co o nim myśli, i ustawić go do pionu.

Ale sprawy przybierają zupełnie inny obrót...

Oto Hand To God, nowa amerykańska sztuka, pokazywana obecnie przedpremierowo w Booth Theatre na Broadwayu. Tekst Roberta Askinsa w reżyserii Moritza von Stuelpnagela ogląda się jak smoliście czarną farsę, która opiera się na klasycznych elementach gatunku – przemocy, seksie i religii. To jednak skrajna intensywność tych motywów i sposób ich wykorzystania odróżnia ten spektakl od przeciętnej farsy.

Co więcej, gdy już otrzecie łzy ze śmiechu, w przeciwieństwie do większości farsa, obrazy i koncepcje zostają w głowie na dłużej. Dopiero wtedy dociera do widza, że Askins użył farsowej konwencji, by przekazać kilka niezwykle trafnych spostrzeżeń. Może i wygląda to jak farsa, gra jak farsa i bawi jak farsa, ale w gruncie rzeczy to ostra satyra społeczna z prawdziwym pazurem (a raczej zębem).

Warstwa fabularna skupia się na perypetiach kościelnej grupy lalkarskiej. Mąż Margery, a ojciec Jasona, zmarł sześć miesięcy temu i żadne z nich sobie z tym nie radzi. Nie rozmawiają też o swoich uczuciach – oboje szukają schronienia w zajęciach z pacynkami. W grupie są także Jessica – normalna dziewczyna, może nie klasyczna piękność, ale inteligentna i urocza – oraz Timothy, potężny typ sportowca z mnóstwem problemów, chłopak wyraźnie zagubiony.

Timothy czepia się Jasona i Jessiki, by przykryć własne niepewności i, prawdopodobnie, samotność. Widać, że rozpaczliwie potrzebuje miłości i zainteresowania. Rozwija niezdrową fiksację na punkcie Margery. Innym bohaterem z podobnymi skłonnościami jest Pastor Greg, opiekun parafii. Skomplikowane relacje międzyludzkie płyną przez tę narrację niczym krew przez serce.

Nagle Jason odkrywa, że jego pacynka, Tyrone, zaczyna żyć własnym życiem. Po tym, jak chłopak rozdziera lalkę w nietypowym dla siebie napadzie agresji i buntu, pacynka – w tajemniczy sposób „zmartwychwstała” z wełnianego niebytu – zaczyna do niego mówić. Już wcześniej zdarzały się dziwne przebłyski, niewytłumaczalne sytuacje, ale teraz Tyrone staje się w pełni uformowanym, demonicznym alter ego Jasona – niepohamowanym, wulgarnym i antyspołecznym głosem jego podświadomości. Czyżby opętał go diabeł?

Być może.

Potem następuje prawdziwy lalkowy szał. Tyrone mówi, co chce, bez względu na konsekwencje, i podejmuje działania, które niemal niszczą pozostałych bohaterów. Pojawia się przemoc w stylu Wściekłych psów, a jej sprawcą jest ten makiaweliczny kawałek materiału. Czy Tyrone to tylko ujście dla skrywanych lęków i gniewu Jasona? A może to wysłannik Księcia Ciemności, który przybył zwerbować chłopaka do swoich szeregów? Czy, jak wierzy pastor Greg, potrzebne są tu egzorcyzmy?

Choć to ciekawe pytania, wynikające bezpośrednio z tekstu, spektakl podsuwa do przemyślenia inne, jeszcze ciekawsze kwestie.

Historia lalkarskiej grupy jest spięta klamrą w postaci winiet w stylu Puncha i Judy, w których Tyrone wygłasza tyrady o tym, jak społeczeństwo, cywilizacja i religia zniszczyły niewinną wolność ludzkości. Teoria Tyrone’a głosi, że zasady dobrego wychowania tłamszą spontaniczność, rodzą konflikty i frustrację. Gdyby nie było cywilizacji ani religii, diabeł byłby niepotrzebny; kiedy jednak diabeł staje się konceptem społecznym, zbyt łatwo jest powiedzieć: „To złe licho mnie podkusiło”.

Farsa rozwija te motywy. Kościelna społeczność rozpada się pod wpływem wybryków Tyrone’a, który działa bez żadnych hamulców. Tyrone przeciwstawia się osiłkowi (choć brutalnie), mówi prawdę (lub to, co Jason postrzega jako prawdę) bez względu na ból czy spustoszenie, jakie sieje, i bezlitośnie wytyka innym niewłaściwe zachowania. Krótko mówiąc, Tyrone robi to, co jest możliwe tylko wtedy, gdy nie istnieją żadne „zasady”, „konwenanse” ani tematy tabu.

Niesamowite jest to, że choć interwencje Tyrone’a są bolesne, świat się nie kończy. Ludzie mogą wyjść z tego z bliznami lub poczuciem wstydu, ale nie są tak martwi jak ojciec Jasona – i stają się wolni, by wreszcie zmierzyć się z prawdą o swoim życiu. Rozbijając konwencjonalne wyobrażenia o tym, jak wypada się zachować, Tyrone uwalnia każdą z postaci – przynajmniej na tak długo, jak same zechcą być wolne.

Patrząc z innej strony, Tyrone jest metaforą współczesnego zjawiska internetowych awatarów. Jest częścią Jasona (bądźmy szczerzy, dosłownie siedzi na jego ręce), ale jego zachowanie jest całkowicie odrębne – ostatecznie wszyscy, włącznie z Jasonem, widzą w Tyrone odrębną istotę. Tak samo ludzie postrzegają swoje sieciowe persony jako coś osobnego i pozwalają im na rzeczy, których nigdy nie zrobiliby w realu.

Kluczową sceną jest moment, w którym pacynki Tyrone’a i Jessiki uprawiają absurdalnie zabawny seks. To w gruncie rzeczy seks wirtualny. Dzieje się to na oczach Jasona i Jessiki, angażuje ich, a jednocześnie są od tego odcięci. Ogląda się to z pękaniem ze śmiechu, ale jednocześnie scena ta trafnie puentuje obserwacje autora o społeczeństwie, w którym seks często sprowadza się do samego aktu, bez żadnej emocjonalnej więzi. Patrzenie, jak te pacynki idą na całość, przypomina oglądanie pornografii – ma to dokładnie tyle samo wspólnego z intymnością. Czyli nic.

Osadzenie akcji w sterylnych ramach przykościelnej salki potęguje siłę przemocy i antyspołecznych zachowań, ale sztuka nie jest bezpośrednim atakiem na religię. Religia jest tu po prostu jedną z norm społecznych wziętych na celownik.

Głównym tematem jest autorytet. Margery jako matka jest nieskuteczna, bo nie poradziła sobie ze śmiercią męża ani z jej przyczynami. Pastor Greg to marna figura ojcowska, bo własny interes stawia nad innymi. Dzieciaki są na różne sposoby dysfunkcyjne – to produkt dysfunkcyjnego społeczeństwa. Jessica okazuje się z nich wszystkich najmądrzejsza, bo używa rozumu i nie boi się szczerości, podobnie jak nie boi się gry pozorów, by osiągnąć cel.

Sztuka jest odrobinę za długa i prawdopodobnie zyskałaby na dynamice, gdyby grano ją bez przerwy. Gdy Tyrone już się rozkręci, nie chce się, by to tempo zwalniało. Askins pisze okrutnie zabawne dialogi, a absurdalne sytuacje są autentycznie komiczne. Jednak jego największy talent tkwi w spostrzegawczości – to bardzo poważna praca owinięta w błyszczący papier farsy. To niezwykle wciągająca literatura.

Von Stuelpnagel reżyseruje z przejrzystością i toksyczną werwą. Ostra satyra wybrzmiewa dzięki energicznym kreacjom i genialnej scenografii. Projekt Beowulfa Boritta to triumf; sposób, w jaki oddał klimat salki parafialnej, jest zdumiewający – niemal czuć zapach kredy i tę specyficzną woń zakurzonej, dusznej przeciętności. Gdy Tyrone zamienia to miejsce w zbryzgane krwią sanktuarium obsceniczności, dbałość o detale zachwyca.

Steven Boyer jest po prostu rewelacyjny jako Jason, a jeszcze lepszy jako Tyrone. Jego zdolność do grania obu postaci naraz – ciałem jako Jason, a ręką jako Tyrone – jest wyjątkowa. Zadziwia sprawnością i precyzją głosu. Ekspresja, jaką wkłada w niskie, demoniczne tony Tyrone’a, poraża. Brzmi to może banalnie, ale Tyrone wydaje się postacią trójwymiarową, autonomicznym bytem, niemającym nic wspólnego z Jasonem.

Jednocześnie utalentowany Boyer daje nam do zrozumienia, że Jason mógłby być Tyronem – ta możliwość zawsze wisi w powietrzu. Scena seksu pacynek z udziałem postaci Sarah Stiles to aktorski majstersztyk obojga wykonawców. Boyer świetnie wypada też w relacji z matką – ani przez chwilę nie wątpimy w ich pokrewieństwo. W obu rolach jest pod każdym względem nienaganny.

Stiles dotrzymuje mu kroku jako błyskotliwa, zaradna, choć zepchnięta na margines Jessica. Bezbłędnie puentuje każdy żart i w pełni wykorzystuje potencjał każdej sceny. Jej utarczki z Timothy’m są cięte i trafne. W triumfalny sposób uosabia nonkonformizm.

Debiutujący na Broadwayu Michael Oberholtzer to rodząca się gwiazda. Bardzo wysoki, mroczny i przystojny, ma w sobie ten rodzaj scenicznego magnetyzmu, który urzeka intensywnością. Wykorzystuje go tutaj mistrzowsko jako rozbrajająco nierozgarnięty, ale wyraźnie skrzywdzony Timothy – chłopak, który robi głupoty, by zwrócić na siebie uwagę, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo rani przy tym innych.

Granie seksownego mięśniaka przychodzi Oberholtzerowi naturalnie, ale to nie jest zwykła próba przypodobania się Hollywood, mimo rozdzierania koszulek i paradowania w obcisłej bieliźnie. To dojrzała, wielowarstwowa i precyzyjna rola. Możemy śmiać się z Timothy'ego, a nawet czuć do niego niechęć, ale widzimy też jego nędzę i desperację. Tekst nie oddaje tego wprost – to Oberholtzer wydobywa te emocje dzięki swoim umiejętnościom, szczególnie w scenach z Margery i pastorem Gregiem.

Geneva Carr gra Margery jako kobietę napiętą niczym drut kolczasty, gotową w każdej chwili ranić do żywego. Pozornie opanowana, ale krucha, desperacko trzymająca się rutyny, by przetrwać – Margery w wykonaniu Carr to portret kobiety w średnim wieku, zawiedzionej przez jednego mężczyznę, uwiedzionej przez drugiego i źle ocenionej przez kolejnego. To znakomita, lekko obłąkana kreacja, jednocześnie zabawna i tragiczna. Inne aktorki mogłyby pójść w stronę większej agresji czy zmysłowości, ale Carr idealnie wyważa te akcenty.

Marc Kudish jako Pastor Greg wypada nieco zbyt jednowymiarowo. Zaskakuje, że aktor tej klasy nie wydaje się wystarczająco śliski w roli tego egocentrycznego i mało skuteczne kapłana. Gra poprawnie, ale z tej postaci można by wycisnąć znacznie więcej, co pokazują kreacje reszty obsady.

Jason Lyons stworzył wyjątkowo dobre oświetlenie, które potęguje napięcie i grozę podczas lalkowej apokalipsy. Brawa należą się również Marte Johanne Ekhoughen za genialne projekty pacynek oraz Robertowi Westleyowi za bardzo przekonujące i drastyczne sceny walk.

To ważne, nowe dzieło – satyryczny komentarz społeczny przebrany w kostium głupawej farsy o demonicznym pajacu. Forma, którą wybrał Askins, idealnie współgra z treścią, którą chciał zgłębić.

Jeśli szukacie czegoś w stylu Avenue Q lub Sooty’ego, przygotujcie się na szok i srogie rozczarowanie. W przeciwnym razie czeka Was jeden z najlepszych nowych amerykańskich tytułów ostatnich sezonów na Broadwayu.

KUP BILETY NA HAND TO GOD NA BROADWAYU

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS