WIADOMOŚCI
RECENZJA: Carmen Disruption, Almeida Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Carmen Disruption
Almeida Theatre
20 kwietnia 2015
4 Gwiazdki
Nawet nie zauważyłem, kiedy krew zaczęła zbierać się wokół martwego byka. Nie zauważyłem momentu, w którym przestał oddychać.
Ale tak się stało: ostatni oddech uleciał, a czarna, lepka krew otoczyła tuszę niczym fosa. Coś niezwykle istotnego wydarzyło się tuż przed moimi oczami, a ja tego nie dostrzegłem. Nie dlatego, że nie uważałem – wręcz przeciwnie. Ale działo się tyle innych rzeczy, tak fascynujących i rozpraszających, że nieustannie odciągały moją uwagę. Jak zdecydować, na czym się skupić w świecie, który bez przerwy ewoluuje, zamieszkanym przez intrygujących, egzotycznych ludzi? W świecie bez jasnych znaków, oczywistych zakończeń; w miejscu, gdzie media społecznościowe nie dają żadnych wskazówek?
Oto objawieńcza, halucynogenna i całkowicie pochłaniająca inscenizacja Michaela Longhursta na podstawie sztuki Simona Stephensa „Carmen Disruption”. To nowa interpretacja dzieła wystawionego po raz pierwszy w 2014 roku w Deutsche Schauspielhaus w Hamburgu. Do napisania sztuki zachęcił Stephensa jego niemiecki współpracownik, Sebastian Núbling, po długich rozmowach z Rinat Shaham – międzynarodową śpiewaczką operową, która dzięki oszałamiającej karierze podróżuje po całym świecie, wcielając się w rolę Carmen. Stephensa uderzyło specyficzne, wykorzenione i koczownicze życie, jakie wiedzie Shaham – ciągłe podróże, brak stałego miejsca, konieczność adaptacji do wciąż nowych sytuacji i ogromna zależność od mediów społecznościowych, a zwłaszcza od iPhone’a.
Stephens postrzega sytuację Shaham jako soczewkę skupiającą szersze problemy: upadek wspólnoty, izolację jednostki, globalizację i sterylizację kultury, potęgę pieniądza i kapitalistycznych mrzonek oraz rozpacz płynącą z bierności. To tematy iście operowe. Biorąc „Carmen” Bizeta za punkt wyjścia, Stephens wrzuca te elementy – wraz z postaciami i niektórymi motywami muzycznymi oraz wątkami fabularnymi – do blendera, tworząc dystopijny krajobraz współczesności, w którym niemal wszystko może się wydarzyć.
Główni bohaterowie Carmen pojawiają się na opustoszałej, niszczejącej scenie operowej. Poczucie dawnego blichtru jest tu wszechobecne: przekrzywiony żyrandol, wyblakłe złocenia, wytarte pluszowe fotele z czerwonego aksamitu. Z boku zasiada duet wiolonczelistów, tworząc oprawę muzyczną. Na samym środku spoczywa ogromna, realistyczna tusza konającego byka, z którego na początku sztuki powoli uchodzi życie. Owszem, reprezentuje on zwierzę z areny w „Carmen”, ale jest też trwałą metaforą „hossy” (ang. bull market), kluczowej dla kapitalizmu, oraz „ściemy” (ang. bull) wszelkiego rodzaju, która przenika współczesne życie, gdy ludzie kluczą, by przetrwać lub nadać swoim historiom więcej barw.
Dzięki błyskotliwemu oświetleniu Jacka Knowlesa przestrzeń sceniczna zmienia się z nawiedzonej opery w obłąkańczą arenę walk byków, w koszmarne metro czy ponurą podmiejską dżunglę. Współczesne społeczeństwo żyje i karmi się cieniami, mrok jest zawsze obecny, a scenografia precyzyjnie to oddaje.
Postaci, które spotykamy, odbiegają od naszych oczekiwań wobec tradycyjnej „Carmen”. Sama Carmen to teraz młody, przystojny chłopak, narcystyczny męski prostytutka z tak całkowitym brakiem poczucia obciachu, że potrafi prawić lustru komplementy o idealnej fryzurze. Don José to pięćdziesięcioletnia kobieta, pogrążona w depresji i introspekcji taksówkarka, podczas gdy Escamillo to nienagannie ubrany, wiecznie „nacepany” makler towarowy o drapieżnej naturze. Pojawia się Micaëla – zagubiona młoda kobieta, a także postać reprezentująca Shaham – śpiewaczka w obcym mieście, która wymyka się ze swoich stałych rewirów (hotelu, garderoby, opery) na inny rodzaj areny: tętniące życiem, bezosobowe, miejskie „zewnątrz”.
Na koniec mamy Chór – jedną kobietę, ucieleśnienie Carmen Bizeta we własnej osobie, która wyśpiewuje fragmenty melodii, tych znanych i mniej znajomych, komentując akcję i dryfując przez nią. Kończy sztukę, pieszcząc martwe ciało byka, skąpana w jego mdłej, lepkiej krwi: to mocny obraz, fuzja wszystkiego, co widzieliśmy wcześniej.
To nie jest teatr dla osób o słabych nerwach ani dla tych, którzy oczekują wszystkiego podanego na tacy w łatwo przyswajalnych porcjach. Nie. To teatr w klasycznym stylu niemieckiej dekonstrukcji – wymaga skupienia, ale w zamian oferuje fascynującą, intrygującą i stymulującą nagrodę.
Jest tu mnóstwo humoru – czasem czarnego, czasem wynikającego z charakteru postaci, bywa i satyrycznie; zawsze jednak celnie. Obsada wykazuje się niezwykłą sprawnością fizyczną – główne postaci w różnych momentach wpadają w drgawki przypominające wstrząsy sejsmiczne, a stylizowany ruch sceniczny wzmacnia indywidualne narracje. Niekończący się taniec życia.
Inscenizacja Longhursta jest nieustannie pomysłowa i zaskakująca. Moment z deszczem złotego brokatu po prostu zapiera dech w piersiach. Choć ramy spektaklu tworzy seria statycznych monologów, Longhurst dba o to, by oko miało na czym się zawiesić, podczas gdy uszy chłoną gęsty, złożony i inspirujący tekst. Często towarzyszy nam elektryzujące poczucie pytania: „co stanie się teraz?”.
John Light jest wyjątkowy jako Escamillo, napięty jak struna kłębek testosteronu. Wspina się po ścianach, staje na krzesłach; to bardzo fizyczna kreacja nabuzowanego, roszczeniowego przestępcy, który dopuszcza się oszustw, ale uchodzi mu to płazem – z niezłym zyskiem – dzięki układom z wątpliwym „establishmentem”. Light jest porywający i charyzmatyczny; to idealne ucieleśnienie wszystkiego, co złe w społeczeństwie czczącym i nagradzającym bankierów gotowych na wszystko dla profitu.
Równie świetny jest Jack Farthing w roli mizdrzącej się, pedantycznej i rozwiązłej Carmen. To kolejny artysta, który daje niezwykle fizyczny popis, balansując między męskością a kobiecością. Brutalny i szczery, Farthing bezbłędnie oddaje zagubienie współczesnego pracownika seksualnego, a scena, w której opisuje gwałt na samym sobie, jest szczególnie poruszająca. W przeciwieństwie do bohaterki Bizeta, dla tej Carmen – eksperta od mediów społecznościowych – miłość jest niemal obcym pojęciem, a blade, wycofane i oniryczne zejście Farthinga ze sceny budzi głęboki niepokój.
Noma Dumezweni jest jak zwykle niezawodna, a jej głos brzmi wspaniale, gdy wyrzuca z siebie opowieść o losach kierowcy, którym jest Don José. Choć postać ta wydaje się napisana przez Stephensa z nieco mniejszym pazurem niż pozostałe, sama charyzma Dumezweni całkowicie to rekompensuje. Sharon Small jest odpowiednio enigmatyczna i melancholijna jako śpiewaczka operowa, która porzuca swój bezpieczny, sztuczny świat opery dla niepewnych, ale fascynujących ulic Europy.
Mniej przekonująca jest Katie West jako Micaëla – jej postać jest zbyt ulotna, by można było ją w pełni uchwycić: zmienna i beztroska, a jednocześnie kompletnie zagubiona dziewczyna szukająca czegokolwiek trwałego. Tu również tekst nie ułatwiał zadania, ale bardziej sugestywna aktorka mogłaby wycisnąć z tego materiału więcej.
Przejmująca i posągowa Viktoria Vizin jako Chór wnosi do spektaklu powiew poetyckiego nadmiaru i muzycznego blasku. W każdym jej geście kryje się eteryczny majestat, który znajduje odzwierciedlenie w grze Jamie'ego Camerona i Harry'ego Napiera na wiolonczelach. Zderzenie światów. Fuzja tematów.
Projekt Lizzie Clachan jest jednocześnie cudownie surowy i pełen przepychu. Poczucie bycia nigdzie i wszędzie w Europie jest dojmujące, a kostiumy i rekwizyty wzmacniają jedną z głównych tez Stephensa – że tożsamość jednostki, podobnie jak tożsamość miast, zaciera się stopniowo i nieuchronnie w dążeniu do powszechnej homogenizacji. Przekrzywiony, jarmarczny żyrandol – symbol bogactwa i władzy, ale w starym stylu – to genialny pomysł. Podobnie jak wyświetlacz LED, który momentami służy za sumienie bohaterów lub odbicie społeczeństwa owładniętego obsesją na punkcie Twittera czy Tumblra.
Z czasem trwania nieco ponad 90 minut, jest to teatralny spektakl i gobelin tak eteryczny i żywotny, jak dziwny i nieodgadniony. Poetyckie niuanse w tekście sprawiają, że ponowna wizyta w teatrze wydaje się wręcz obowiązkowa. Nie sposób przejść obojętnie obok takich fragmentów:
„Jest taki moment, kiedy wypowiadasz słowo i ono wzbija się do lotu. Coś, co jest tylko kształtem, staje się dźwiękiem. Coś, co jest tylko kształtem, staje się gestem. Coś, co jest tylko kształtem, może roztrzaskać czyjeś serce na milion drobnych kawałków. A potem. Jest taki moment. Kiedy to wyśpiewujesz”.
Carmen Bizeta jako DNA naszych czasów? Simon Stephens twierdzi, że tak – i udowadnia to na scenie.
Spektakl Carmen Disruption można oglądać w Almeida Theatre do 15 maja 2015 roku
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności