Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Once We Lived Here, King's Head Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Once We Lived Here. Fotografia: Roy Tan Once We Lived There

King’s Head Theatre

24 kwietnia 2014

4 gwiazdki

Złamałem świętą zasadę (nigdy nie wchodź na widownię po rozpoczęciu spektaklu; to wyraz braku szacunku wobec artystów i pozostałych widzów) w miniony czwartek, a wszystko przez zazwyczaj sprawną londyńską kolejkę naziemną Overground, która tym razem wyjątkowo zawiodła, pędząc spóźniona niczym Biały Królik z Alicji w Krainie Czarów. Ale dzięki niebiosom, że się udało, bo w przeciwnym razie ominęłaby mnie londyńska premiera musicalu „Once We Lived Here” autorstwa Deana Bryanta i Matthew Franka, wystawianego w King's Head Theatre.

A to byłaby prawdziwa tragedia, gdyż mamy do czynienia z ważnym i wręcz niezwykłym dziełem teatru muzycznego, które zasługuje na wsparcie i które po prostu trzeba zobaczyć.

Gdyby ten tekst powstał w Wielkiej Brytanii, jestem niemal pewien, że instytucja taka jak National Theatre natychmiast by go przejęła, otoczyła opieką i wypielęgnowała. Lata warsztatów i zaplecze bogatego domu produkcyjnego zapewniłyby mu przyjazny proces twórczy, zwieńczony wystawną inscenizacją ze wszystkimi niezbędnymi fajerwerkami. Jednak Australia nie posiada odpowiednika National Theatre, a chęć rządu, by rzetelnie wspierać rodzimą dramaturgię, jest praktycznie zerowa.

„Once We Lived Here” jest pod każdym względem lepszą sztuką niż „The Light Princess”, a mimo to ta druga doczekała się okresu inkubacji i premiery z wielką pompą, o jakiej pierwsza mogłaby tylko marzyć – a na którą w pełni zasługiwała.

Tekst tętni bezpośredniością i wrażliwością, która jest rdzennie australijska. Postacie są nakreślone po mistrzowsku, a narracja, przez którą galopują, jest pełna zakrętów niczym wiejski strumień. Nieustannie wyczuwalny jest też żar – zarówno ten fizyczny, w którym żyją bohaterowie na farmie, jak i ten ukryty w wiecznie tlących się emocjach, wyostrzonych lub stępionych przez demony przeszłości, nieporozumienia, wstyd i poczucie obowiązku.

Koncept jest prosty. Farma na australijskiej prowincji. Jedna córka uciekła do wielkiego miasta; jeden syn ruszył w świat. Najstarsza córka została na gospodarstwie, prowadząc życie, którego – jak sądzi – oczekiwałby od niej zmarły ojciec. Matka umiera na raka, więc dzieci wracają do domu – a nierozwiązane napięcia rozkwitają i wybuchają w sposób bolesny, niekomfortowy, ale uderzająco realistyczny. Dorzućmy do tego nieprzewidywalny element w postaci powracającego dawnego pracownika farmy i mamy gotowy przepis na emocjonalny pożar.

Pisanie Bryanta jest zwięzłe, szczere, pełne bólu i nadziei. Autor zgrabnie bawi się liniową narracją, dzięki czemu poznajemy rodzinę w różnych momentach ich życia na farmie. Warstwa po warstwie odkrywane są rzeczy, które dzielą bliskich, ale także te, które ich ze sobą wiążą.

Muzyka Franka jest w większości czarująca, momentami wręcz genialna, a na pewno nigdy nudna. Jest przesiąknięta duchem Australii, a jej najlepsze fragmenty robią kolosalne wrażenie: „Ordinary Day”, „Guitar Lesson”, „Only You”, „We Like It That Way” czy „The Leaves In Summer”. Każdy z tych utworów to prawdziwy klejnot.

Bryant jest również reżyserem tej produkcji. Podejrzewam jednak, że to, czego ten spektakl naprawdę potrzebuje, to reżyser bez osobistego związku z tekstem. Jak wiele dzieł teatralnych, ten show jest w rzeczywistości czymś więcej niż sumą jego składników, a świeże spojrzenie pomogłoby wydobyć ukryte niuanse postaci i historii.

Najlepsze kreacje aktorskie są tutaj naprawdę wysokiej próby.

Shaun Rennie jest zachwycający jako Burke, koczowniczy pomocnik, którego powrót na starą farmę Macphersonów ma konsekwencje dla każdego członka rodziny. Męski, nieco szorstki i opanowany, Rennie stanowi uosobienie swobodnego mieszkańca buszu, dogadującego się z każdym, gotowego do każdej pracy i zawsze szukającego swojej szansy – czy to u boku żony farmera, czy w perspektywach zawodowych. Z brodą świadczącą o długich okresach samotności i kontemplacji, stworzył rolę relaksującą, a jednocześnie złożoną, śpiewając przy tym z ogromną lekkością.

Jako Lecy, córka, która porzuciła farmę dla blasku, powierzchowności i ekscytacji wielkiego miasta, Belinda Wollaston jest wyśmienita – jednocześnie ostra i bezbronna. Świetnie radzi sobie z lekko zwariowanymi scenami komediowymi, ale jest też niezwykle skuteczna w zawiłych momentach rodzinnych konfrontacji. To właśnie Wollaston najskuteczniej przekonuje widownię, że Macphersonowie to prawdziwa rodzina – spaja postacie matki, brata i siostry w hojnej aktorsko kreacji, pełnej blasku i nienagannych detali. Śpiewa z werwą i ciepłem, a jej końcowa scena refleksji „Kiedy byliśmy mali, tak dobrze się tu bawiliśmy” jest autentycznie poruszająca.

Melle Stewart z entuzjazmem wcieliła się w rolę starszej siostry, Amy – chłopczycy i „małej wersji” ojca-farmera, wiecznie żyjącej w jego cieniu. Najlepiej wypadła w scenach z Rennie’em (Amy i Burke’a łączy przeszłość i niedokończone sprawy), które były bezpośrednie, pełne uroku i boleśnie szczere. Jej utarczki z Lecy grana przez Wollaston również były bezbłędne, stanowiąc trafne przywołanie specyficznej więzi łączącej siostry – bez taryfy ulgowej, gdzie każde słowo jest ważone na rodzinnej wadze. Stewart dysponuje świetnym głosem, który idealnie współgrał z partyturą, tworząc jedne z najlepszych muzycznych momentów wieczoru.

Opanowanie autentycznego australijskiego akcentu to trudne zadanie, a jeszcze trudniejsze, gdy cała obsada wokół to rodowici Australijczycy, ale Lestyn Arwel poradził sobie z tym lepiej niż wielu by przypuszczało (choć chwilami brzmiał bardziej jak brat Macphersonów z Nowej Zelandii). Arwel ma w sobie naturalny sceniczny urok, który, co ciekawe, zdawał się kontrastować z mroczną, dąsającą się i kompletnie zagubioną postacią najmłodszego z rodzeństwa, Shauna. Podczas gdy siostry były jasno zdefiniowane, Shaun pozostał postacią bardziej amorficzną i nieuchwytną. Wydaje się to raczej wyborem aktorskim lub reżyserskim niż kwestią tekstu – i to wyborem dziwnym, bo w miarę rozwoju akcji Shaun okazuje się postacią równie złożoną i precyzyjnie napisaną jak jego siostry.

Claire, matriarchini rodu Macphersonów, to jedna z tych opalonych, twardo stąpających po ziemi i niezmordowanych kobiet, na których zbudowano australijski outback – nie do powstrzymania, ironiczna, bystra, mądra i o wielkim sercu. Typ kobiety, która nie pozwoliłaby, by taka „błahostka” jak nieuleczalny rak stanęła na przeszkodzie w całodziennej pracy i opiece nad innymi. Simone Craddock poradziła sobie z tą rolą przyzwoicie, ale zabrakło mi u niej nieco więcej tej surowej, bezkompromisowej energii, która jest wpisana w tę magnetyczną postać. Claire ma w sobie więcej wzlotów i upadków, niż udało się tu wydobyć Craddock.

Alex Beetschen i niewielki zespół zagrali muzykę energicznie i z klasą. Ogólnie rzecz biorąc, śpiew stał na bardzo wysokim poziomie, pozwalając w pełni docenić walory tej ścieżki dźwiękowej.

Przestrzeń jest niewielka, ale scenografia Christophera Hone’a świetnie oddała klimat różnych miejsc na farmie i wokół niej.

To wielka radość słyszeć i widzieć kreatywne australijskie głosy w Londynie. Ten spektakl zasługuje na pełnowymiarową produkcję z odpowiednim finansowaniem i promocją. Prawdziwa szkoda, że jego krótki sezon właśnie dobiegł końca.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS