WIADOMOŚCI
WSPOMNIEŃ CZAR: Amy West
Opublikowano
Autor:
Sarah Day
Share
W tym tygodniu w cyklu „Throwback Thursday” Sarah Day rozmawia z Amy West, która wczorajszego wieczoru zadebiutowała w obsadzie „Lakieru do włosów” (Hairspray) w London Coliseum.
Jaki był Twój pierwszy występ w dzieciństwie i co sprawiło, że wciągnął Cię świat teatru?
Jako dziecko nie brałam udziału w profesjonalnych produkcjach. Od trzeciego roku życia co dwa lata występowałam w przedstawieniach mojej lokalnej szkoły tańca. Do świata teatru przywiodła mnie po prostu pasja. Moja wiedza o musicalach nie była wtedy zbyt wielka, ale uwielbiałam oglądać stare filmy z Gene’em Kellym i Fredem Astaire’em. Kochałam taniec, a zawsze powtarzano mi, żebym wybrała zawód, który daje mi szczęście – wtedy nigdy nie będę miała poczucia, że jestem w pracy.
Gratulujemy angażu w „Hairspray”! Opowiedz nam o samym spektaklu, procesie przesłuchań i prób oraz o tym, jak pracowało się w samym środku pandemii.
Dziękuję! Przesłuchania odbyły się jeszcze w 2019 roku. Grałam wtedy w Cardiff w „Annie”. Pamiętam to jak przez mgłę: pobudka o 5 rano, żeby zdążyć na pierwszy pociąg do Londynu, casting, a potem bieg z powrotem na spektakl. Pierwszym etapem był taniec do „The Nicest Kids In Town”, potem śpiew. W drugiej rundzie tańczyliśmy do „You Can't Stop The Beat” i znów śpiew. Finał to taniec i praca nad konkretnym materiałem. Poszło naprawdę sprawnie i bezstresowo. Zdążyliśmy odbyć tylko dwa dni prób, zanim uderzył lockdown! To było szaleństwo. Na szczęście jeszcze przed przerwą założyliśmy grupę na WhatsAppie, więc jako zespół cały czas byliśmy w bliskim kontakcie, co było wspaniałe.
Jak wygląda Twój proces wchodzenia w rolę?
Z racji tego, że jestem swingiem (dublerką wielu ról), często nie mam w ogóle czasu na taki proces. Moim celem jest po prostu czerpanie z tego radości, ponieważ za każdym razem, gdy wychodzę na scenę, robię to od razu przed płacącą publicznością. Szczerze mówiąc, skupiam się głównie na przygotowaniu do roli, w której mam największe szanse wystąpić jako pierwsza. Analizuję ruch sceniczny, harmonie i staram się bawić tym tak bardzo, jak to tylko możliwe.
Dlaczego teatr jest dla Ciebie ważny? Teatr to eskapizm. Szczególnie w ciągu ostatniego roku ludzie potrzebowali go bardziej niż kiedykolwiek… Myślę, że powrót teatru jest nam potrzebny mocniej, niż nam się wydaje. Możliwość przeniesienia się w inne miejsce i spędzenia dwóch godzin bez zmartwień i stresu to dar, zwłaszcza przy takim tytule jak Hairspray, który porusza tak aktualne tematy (jak ruch Black Lives Matter). To spektakl niosący nadzieję, czystą radość i akceptację. Branża teatralna nawołuje do większej różnorodności w obsadach, zespołach kreatywnych i technicznych. Co to dla Ciebie oznacza? Czy czujesz pozytywną zmianę atmosfery, czy przed naszą branżą jeszcze długa droga?
Wcześniej nie czułam, by branża miała aż tyle do nadrobienia, ale mam wielkie szczęście być częścią niezwykle różnorodnego zespołu, który jest otwarty na takie rozmowy i edukowanie osób takich jak ja. Już teraz tak wiele nauczyłam się od moich kolegów i koleżanek z obsady – to niesamowite środowisko. Jednak ta praca otworzyła mi oczy na fakt, że przed nami wciąż długa droga. Tak, powoli kruszymy ten mur i zmiany następują, ale wciąż jest wiele do zrobienia.
Jak dbałaś o kreatywność podczas lockdownu?
Miałam szczęście uczyć w kilku świetnych szkołach aktorskich – zarówno przez Zoom, jak i osobiście. To trzymało mnie przy życiu. Wróciłam też do malowania i rysowania, co było cudownym powrotem do dawnej pasji.
Opowiesz nam o jednym ze swoich najlepszych lub najzabawniejszych wspomnień ze sceny?
Jest ich tyle! Najpiękniejszym wspomnieniem była praca jako asystentka reżysera (Associate) przy „Annie”. To było moje marzenie, a zaufanie, którym obdarzyli mnie Nick Winston i David Ian, jest czymś, za co zawsze będę wdzięczna. Wieczór premierowy był pełen wzruszeń i dumy. A najzabawniejsze sytuacje… rany, jest ich mnóstwo. Tyle razy zaliczyłam „glebę” na scenie, że trudno to zliczyć.
Jakie trzy rzeczy zawsze znajdziemy w Twojej garderobie? Np. talizmany, coś co pomaga na scenie, niebieskie m&msy…
Ooo, maseczki w płachcie. Uwielbiam je. Zwłaszcza jako swing – czasem ma się mnóstwo wolnego czasu. Notatnik… jestem ze starej szkoły i wolę zapisywać rzeczy ręcznie. I mój luźny sweter z Zary… jest już mocno znoszony, ale to w nim praktycznie mieszkam, gdy jestem w teatrze.
Gdyby Twoje życie było spektaklem, jak by brzmiał jego tytuł?
To strasznie trudne. Hmm… myślę, że musiałoby to być jakieś klasyczne powiedzonko z Essex. Ciągle nabijam się ze swojego akcentu, ale jestem bardzo dumna ze swoich korzeni, więc pewnie byłoby to coś w stylu „Shut Up” albo „Oh my Christ” (śmiech).
To był bardzo trudny rok dla młodych aktorów wchodzących do zawodu. Jaką radę dałabyś tegorocznym absolwentom?
Nie porównujcie się do innych. Podążajcie własną ścieżką. Skupcie się na sobie i traktujcie innych tak, jak sami chcielibyście być traktowani – w tej branży to procentuje. Ale patrzcie przede wszystkim na własny cel… Wasz czas nadejdzie.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności