Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

WYWIAD: Andy Moss opowiada o musicalu Ghost

Opublikowano

Autor:

redakcja

Share

Andy Moss i Carolyn Maitland w musicalu Ghost. Fot. Pamela Raith Jakie to uczucie występować w Ghost – The Musical?

Cudowne! Tuż po studiach zagrałem w kilku rzeczach, ale niczym większym, więc to mój pierwszy prawdziwy kontakt z deskami teatru od tamtego czasu. Jestem zachwycony, choć to też spore wyzwanie – nie samo występowanie przed publicznością, ale fakt, że to kultowa rola. Patrick Swayze postawił poprzeczkę bardzo wysoko, a mój kumpel Richard Fleeshman był niesamowity jako Sam w oryginalnej produkcji na West Endzie. Jest więc lekka presja, ale nie staramy się kopiować kropka w kropkę wersji z Londynu czy Broadwayu.

Co sprawiło, że zdecydowałeś się akurat na ten spektakl?

Po pierwsze, uwielbiam film. Po drugie, od dawna marzyłem o powrocie na scenę. Kocham telewizję, ale nic nie daje takiej satysfakcji jak występy na żywo. Oczywiście reakcje można śledzić na Twitterze, ale możliwość natychmiastowego feedbacku od widzów to najbardziej ekscytująca część tej pracy. W końcu jako wykonawcy do tego jesteśmy szkoleni. Po trzecie – muzyka. Napisał ją Dave Stewart z Eurythmics oraz Glen Ballard, który produkował mnóstwo moich ulubionych albumów. Gdy usłyszałem te piosenki, od razu poczułem ich styl. Cały ten pakiet – tacy twórcy, kultowy film i fakt, że to trzymiesięczna trasa – momentalnie mnie przekonał.

Masz za sobą doświadczenie telewizyjne, ale jakie wyzwania rzuca teatr?

Głównym wyzwaniem jest zadbanie o głos, by wytrzymał codzienne granie. Są tu trudne numery i choć śpiewałem wcześniej w zespołach, to osiem czy dziewięć spektakli tygodniowo to ciężki orzech do zgryzienia. Trzeba wiedzieć, kiedy „przyłożyć”, a kiedy odpuścić, żeby oszczędzać struny głosowe. Do tego dochodzi technika – wszystko musi być zgrane z dźwiękiem, muzyką, kwestiami innych aktorów czy światłem. W telewizji nie jestem do tego przyzwyczajony. Jeśli nieco zmienimy tekst, bo brzmi to autentyczniej, zazwyczaj przechodzi, ale tutaj trzeba być wiernym scenariuszowi co do słowa. Chodzi o to, by trafiać w punkty ważne dla reszty zespołu, a jednocześnie sprawiać wrażenie, że mówi się to po raz pierwszy.

Występowałeś też na koncertach rockowych, ale czy musical to zupełnie inna bajka?

Zdecydowanie. Lubię musicale, ale wcześniej żaden nie sprawił, że pomyślałem: „Boże, to jest genialne, muszę w tym zagrać”. Tutaj, gdy usłyszałem muzykę, poczułem, że to jest to. Twórcy powiedzieli mi, że nie szukają typowo musicalowego głosu, ale kogoś z innym „pazurem” – i mam nadzieję, że właśnie to wnoszę do kompozycji Dave’a i Glena. Staram się to łączyć. Śpiewam tak, by nie zniszczyć głosu, więc jestem ostrożny, ale w tych wielkich, emocjonalnych utworach dorzucam trochę rockowej chrypki. Szukanie tego balansu to świetna zabawa.

Andy Moss i Sam Ferriday w Ghost. Fot. Matt Martin Jak postrzegasz postać Sama?

Sam jest szaleńczo zakochany w Molly, ale jak każdy facet w tym wieku, boi się deklaracji. Wie, że to miłość jego życia, chce z nią być na zawsze, ale trudno mu wypowiedzieć na głos „kocham cię” czy „wyjdź za mnie”. To fajny chłopak, który po śmierci dąży do ponownego kontaktu z Molly i szuka zemsty na przyjacielu, który go zdradził. To emocjonalny rollercoaster, zwłaszcza w scenach komediowych z Odą Mae Brown. Muszę przeprowadzić tę postać od bycia uroczym gościem na początku, przez mrok po śmierci, aż po walkę o sprawiedliwość i próbę wyznania miłości, bawiąc się przy tym relacją z Odą Mae. To trudna rola, szczególnie że gram ducha.

Czy czujesz z nim jakąś więź?

Chciałbym wierzyć, że jestem sympatycznym gościem. Mam nadzieję, że mam w sobie coś z niego i że gdyby ktoś mnie zabił, też szukałbym sprawiedliwości. Jest więc jak ja – zwyczajny facet, który marzy o żonie, przyjaciołach, fajnym miejscu do życia i dobrej pracy. Stara się iść przez życie najlepiej jak potrafi, nikogo nie krzywdząc, nawet jeśli pracuje w bankowości.

Dlaczego ta historia jest tak ważna dla tak wielu osób?

Chodzi o motyw wiecznej miłości, do tego film wszedł do kin na początku lat 90., kiedy nie było wielu tak poruszających opowieści. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. To historia o miłości silniejszej niż śmierć, a przecież każdy kogoś stracił i marzy, by móc się jeszcze raz spotkać. Do tego Whoopi Goldberg, Patrick Swayze i Demi Moore byli wtedy u szczytu formy. Gwiazdorska obsada w połączeniu z historią, z którą każdy może się w jakimś stopniu utożsamić, sprawia, że to wciąż tak mocno rezonuje. Dlatego ludzie kochają film i przychodzą do teatru – to już niemal nostalgia, prawda?

Andy Moss w Ghost. Fot. Matt Martin Czy musiałeś nauczyć się czegoś nowego do tej roli? Może lepienia garnków? Umiem trochę grać na gitarze, a poproszono mnie o wykonanie Unchained Melody, więc chętnie się tego podjąłem. W tej wersji koło garncarskie pojawia się częściej niż w oryginalnym spektaklu, ale to głównie domena postaci Carolyn. Ja najbardziej musiałem nauczyć się wytrzymałości i tego, że spektakl musi toczyć się dalej bez względu na wszystko. Jeśli się pomylimy albo dźwięk nie wejdzie na czas, musimy grać dalej, podczas gdy w telewizji można powiedzieć: „Sorki, to było słabe, powtórzmy to”. Co więcej, jeśli coś pójdzie nie tak, nie mogę nikogo „uratować”, bo jako Sam jestem martwy i nikt mnie nie widzi ani nie słyszy. Jak poszła nauka amerykańskiego akcentu?

Z tym nie ma problemu. Od początku mówiłem: „Grać mogę cały dzień, akcenty też zrobię, martwię się tylko o śpiewanie tych wielkich piosenek kilka razy w tygodniu”. Na szczęście dostałem mnóstwo wsparcia przy pracy nad wokalem i teraz wszystko brzmi tak, jak powinno. Mam to opanowane.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz widziałeś film i jakie zrobił na Tobie wrażenie?

Oglądałem go z rodzicami. To był taki niedzielny seans rodzinny. Zainteresowałem się wtedy duchami. To był pierwszy raz, kiedy widziałem je w filmie nie jako coś strasznego, ale mającego inny cel, którego jako dzieciak jeszcze do końca nie rozumiałem. Wtedy zacząłem o tym rozmyślać. Dziś te cienie, które przychodzą po czarne charaktery pod koniec filmu, nie wydają się groźne, ale wtedy przerażały mnie nie na żarty.

Na co najbardziej cieszysz się w trasie?

Na odwiedzanie miast, w których nigdy nie byłem. To ekscytujące, choć jestem raczej domatorem. Nawet jak idę na imprezę, lubię wrócić na noc do własnego łóżka, więc ta rozłąka będzie dziwna, ale to nieodłączna część zawodu. Mam nadzieję, że otworzy mi to drzwi do kolejnych projektów. Dzięki temu znów poczułem pasję do aktorstwa – nie musi to być tylko plan filmowy, mogę być w trasie, grać w innym kraju. To świetny spektakl i wspaniała rola, mam nadzieję, że uda mi się jej sprostać.

KUP BILETY NA BRYTYJSKĄ TRASĘ GHOST

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS