Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Lyrics and Lyricists, Theresa L Kaufmann Concert Hall ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Od lewej do prawej: Kate Baldwin, Jason Danieley, Liz Callaway, Jeremy Jordan, James Clow, Heidi Blickenstaff. Fotografia: dzięki uprzejmości 92Y Lyrics and Lyricists

Theresa L Kaufmann Concert Hall

92nd Street Y (Off Broadway)

12 stycznia 2015

3 Gwiazdki

Cóż za znakomity pomysł na koncert: sześcioro wykonawców, narrator i niewielka orkiestra przyglądająca się owocom niezwykle płodnej l współpracy Hala Prince'a ze Stephenem Sondheimem. Współpracy, która na dobre zaczęła się od Company, a zakończyła tragedią w postaci fatalnie przyjętej premiery Merrily We Roll Along. I co za wyśmienity pomysł, by w roli narratora obsadzić Davida Louda, który należał do obsady pierwotnej produkcji Merrily z 1981 roku.

Loud pełnił również funkcję dyrektora artystycznego tego koncertu, będącego częścią 45. cyklu Lyrics & Lyricists – jednej z najważniejszych serii koncertowych poświęconych Great American Songbook w USA – a także wziął na siebie rolę kierownika muzycznego i autora tekstów łączących utwory.

Loud jest stworzony do tego typu wydarzeń. Materiał prezentuje z lekką ironią i świetnym wyczuciem komizmu, nie sili się na bycie przesadnie przymilnym, a do historii kryjących się za tą muzyczną współpracą wnosi odświeżającą szczerość i inteligencję.

Jeśli celem cyklu jest rzucenie światła na teksty i ich autorów, to duet Sondheim/Prince stanowi niewyczerpane źródło inspiracji. Sześć musicali, nad którymi pracowali jako reżyser i tekściarz/kompozytor, reprezentuje ogromny wachlarz stylów, a każdy z nich obfituje w numery podkreślające genialny kunszt literacki Sondheima.

Nieco zastanawiające jest więc to, że dobór utworów był dość przewidywalny i nie ukazał w pełni skali talentu Sondheima na przestrzeni tych sześciu dzieł. On właściwie nie pisze słabych tekstów, ale z pewnością istnieją piosenki, w których warstwa liryczna jest błyskotliwsza i bardziej kunsztowna niż sama muzyka. Gdybym miał wskazać utwory najlepiej promujące kunszt tekściarza, wątpię, by pierwszym wyborem było Being Alive z Company, Beautiful Girls z Follies, Send in the Clowns z A Little Night Music, Poems czy Pretty Lady z Pacific Overtures, Johanna ze Sweeney Todd czy też The Hills of Tomorrow lub Our Time z Merrily We Roll Along.

Nie chodzi o to, że to złe piosenki – w większości są wspaniałe – ale niemal każda z tych partytur posiada utwory o znacznie bardziej iskrzących, błyskotliwych czy dowcipnych tekstach.

Prawdopodobnie założenie było takie, że koncert ma się podobać szerokiej publiczności, więc postawiono na znane melodie. To zrozumiałe. Jednak w tych sześciu spektaklach jest mnóstwo świetnych melodii z genialnymi tekstami, które mogły – i powinny – zostać wybrane w pierwszej kolejności. Dla przykładu: zarówno Someone In A Tree, jak i Please Hello charakteryzują się znacznie lepszymi tekstami niż Poems czy Pretty Lady z Pacific Overtures.

Z drugiej strony, dobór utworów mógł być podyktowany możliwościami wykonawców. Choć mówimy przecież o Nowym Jorku, gdzie można by się spodziewać nieskończonych zasobów prawdziwych talentów.

Nie było żadnych zastrzeżeń do jakości występów pań: Liz Calloway, Kate Baldwin i Heidi Blickenstaff były po prostu fenomenalne.

Calloway była magiczna w Not Getting Married Today – jej dykcja i intonacja były bezbłędne, gdy z zawrotną prędkością pokonywała kolejne przeszkody postawione przez Sondheima. To chyba najlepsze wykonanie tej piosenki, jakie słyszałem. W Old Friends tchnęła prawdziwe emocje, a w Now You Know – odwagę i werwę. Jej Send In the Clowns urzekało kunsztowną prostotą. Prawdopodobnie najlepszy popis wokalny popołudnia należał jednak do Kate Baldwin, która po zabójczo precyzyjnym i komicznym Bless This Day zaprezentowała zmysłową, jazzową wersję You Could Drive A Person Crazy, wprawiając widownię w absolutną euforię. Zaraz po tym wykonała seksowne i zabawne Could I Leave You? – było to zapierające dech w piersiach. Mniej szczęścia miała do Hills of Tomorrow, ale dzięki swoim umiejętnościom i niezwykłemu urokowi potrafiła ożywić ten nieco zapomniany numer. Trio wokalnych femme fatale dopełniła Heidi Blickenstaff, zaczynając z ogromną energią od karkołomnego Another Hundred People. Choć zaśpiewała to świetnie, Blickenstaff jest jeszcze zbyt młoda, by w pełni oddać ból zawarty w słowach Losing My Mind, ale okazała się fantastyczną i unikalną Panią Lovett w wielkim finale pierwszego aktu Sweeney Todd – A Little Priest. Doskonale wypadła też w Not A Day Goes By, szczególnie w wersji finałowej. Te wspaniałe kobiety wzbogaciły też znacząco numery zespołowe, w tym A Weekend In The Country, Remember, Our Time, The Advantages of Floating In The Sea oraz The Ballad of Sweeney Todd. Wielkie brawa dla każdej z nich.

Panowie nie wypadli już tak olśniewająco.

Najlepszy z nich był James Clow – wysoki mężczyzna o dużej scenicznej charyzmie i właściwej skali bas-barytonowej. Niewytłumaczalne, że nie otrzymał własnego solo, ale był znakomitym Toddem w A Little Priest i powinien mieć szansę zaśpiewać Sorry-Grateful solo. Był też najlepszym głosem w Pretty Lady. Szkoda, że nie mógł w pełni zaprezentować swoich możliwości wokalnych.

Zarówno Jeremy Jordan, jak i Jason Danieley wydawali się zupełnie zagubieni w repertuarze Sondheima.

Głos Danielly’ego nie jest wystarczająco pewny w średnim rejestrze i bywa nieczysty w górach; wydawał się zupełnie oderwany od tekstu. Otwierające koncert Good Thing Going niemal zabiło atmosferę zanim na dobre się zaczęło... Nic, co zrobił później, nie przyniosło poprawy. Nienaganna fryzura nie czyni z nikogo wybitnego śpiewaka. Jordan, z brodą, przez którą wyglądał, jakby właśnie wysiadł na Flatbush Avenue tuż przed szabatem, emanował zupełnie nieuzasadnioną arogancją. Przesmęcił piosenkę po piosence z uśmiechem na ustach, nie odnajdując ani sensu w słowach, ani pasji w melodiach. Zadziwiające. Jordan potrafi być imponujący w odpowiedniej roli – ale ewidentnie Sondheim nie jest dla niego. Jego Being Alive było martwe, God-Why-Don't-You-Love-Me-Blues samo odpowiedziało na zawarte w tytule pytanie, a duet Poems z Danielly'm był absolutnie fatalny. Pozwolę sobie nie wspominać o ich akcentach w Pretty Lady... Na szczęście finał był promienny – cała szóstka ciężko pracowała, by stworzyć spójną całość. Sekstet oparty na „mash-upie” Not A Day Goes By, Send In The Clowns, Could I Leave You, Pretty Lady, Being Alive oraz Sorry Grateful – sześciu wykonawców i sześć utworów z sześciu musicali. „Sondheim 666” sprawdził się idealnie. Mimo wszystko, było to przyjemne popołudnie z genialną twórczością Sondheima. Lepsza obsada męska przyniosłaby lepsze efekty, podobnie jak odważniejszy dobór utworów. Ale za 25 dolarów, z orkiestrą i kilkoma fantastycznymi kobietami śpiewającymi z całego serca, była to absolutna okazja. Co więcej, sama możliwość usłyszenia Louda czytającego list, który Richard Rodgers napisał do Prince'a i Sondheima po premierze Company, była warta tej ceny.

Był to koncert pełen merytorycznej wiedzy i kilku gwiazdorskich popisów. Gdyby tylko panowie nie zawiedli reszty drużyny.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS