Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Salad Days, Union Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Udostępnij

Obsada spektaklu Salad Days w Union Theatre. Zdjęcie: Scott Rylander Salad Days Union Theatre

18 sierpnia 2017

4 gwiazdki

Zarezerwuj teraz

Był czas, kiedy nikt nie traktował spektaklu „Salad Days” poważnie: grupa Monty Pythona słynęła z parodii będącej lekceważącą mieszanką stylu Sama Peckinpaha, zmieniając delikatny świat angielskiej letniej fantazji w krwawą jatkę pełną odciętych kończyn. Cieszę się, że od tamtego bolesnego dna show odzyskało szczere uznanie brytyjskiej publiczności. Siedem lat temu Tete-a-Tete Opera wznowiła tę sztukę z pełnymi honorami wokalnymi w nieistniejącym już Riverside Studios, zdobywając nową widownię dla tej prostej, choć nieco pretensjonalnej opowieści o powojennej „złotej młodzieży” (jeunesse doree) z epoki Festival of Britain. A teraz, w mistrzowskiej inscenizacji Bryana Hodgsona, która jest kolejnym sukcesem w jego dorobku, otrzymujemy bogatą panoramę Brytanii sprzed kryzysu sueskiego, gdzie dawne wartości hierarchii i imperialnej pewności jeszcze nie zderzyły się z siłami, które miały je obalić. W pewnym sensie, gdy dziś znów stoimy na krawędzi olbrzymich zmian, wznowienie tego tytułu nie mogło być bardziej aktualne.

Obsada Salad Days. Zdjęcie: Scott Rylander

Catherine Morgan przekształciła szeroką przestrzeń teatru we wspaniały, rozległy trawnik, po którym maszeruje osobliwa parada angielskiego społeczeństwa; pierwszy rząd widowni zastąpiono nawet linią poduszek piknikowych (zabierzcie własny kosz z prowiantem!). Jednak to być może kostiumografowi Mike'owi Leesowi (wspieranemu przez The Attic Costume Collective) produkcja ta zawdzięcza największy sukces wizualny: przeszukał on swój bogaty skarbiec szat, aby ubrać mieszkańców minionej epoki w imponująco wyważoną kolekcję kolorów, tkanin i dodatków – oraz, o tak, peruk! Wszystko dobrane z chirurgiczną precyzją sprawia, że ten spektakl z kręgu teatrów off-owych wygląda jak wysokobudżetowy musical z West Endu. Kiedy na scenie tętni życie za sprawą całej 14-osobowej obsady, aż iskrzy od zaskakująco wysokiego poziomu szyku lat pięćdziesiątych, co czyni to przedstawienie najbardziej widowiskowym, jakie widzieliśmy pod tym adresem od dłuższego czasu. Jack Weir zadbał o to, by całość była pięknie oświetlona, dodając do tego kilka trafionych w dziesiątkę efektów specjalnych.

Lowri Hamer i Laurie Denman w Salad Days. Zdjęcie: Scott Rylander

To świat ludzi młodych, a obiecujący zespół nowicjuszy i niedawnych absolwentów szkół aktorskich najwyraźniej bawi się wyśmienicie w tym wystawnym widowisku. Para romantycznych protagonistów – energiczna Lowri Hamer i nieco niezdarny Laurie Denman – budzi sympatię. Wokół nich skupia się spora gromadka przyjaciół, krewnych i kochanków, zagranych z werwą przez wyrazistą Francescę Pim, rześką Ashlee Young, zadziorną Emmę Lloyd, melancholijnego Jamesa Gulliforda, arystokratycznego Lewisa McBeana oraz Jacoba Seickella, który w niemym wcieleniu Troppo znalazł genialny sposób na przedstawienie „piątego brata Marx”.

Karl Moffatt i Sophie Millett w Salad Days. Zdjęcie: Scott Rylander

Naprzeciw młodzieńczej energii stają szeregi dorosłych. W rolach dezaprobujących i wzajemnie wrogich matek głównej pary, Darrie Gardner i Sophie Millett dostarczają nam źródła komplikacji wystarczającego, by wątła fabuła nie ulotniła się całkowicie na naszych oczach. Tymczasem Karl Moffat wciela się w szereg wścibskich krewnych w stylu Aleca Guinnessa, co wprowadza kolejną dawkę humoru. Jednak moim zdaniem najlepszą sceną jest błyskotliwy skecz rewiowy z udziałem dwóch policjantów starających się ogarnąć ten cały nonsens: w wykonaniu Toma Normana i niezawodnego Stephena Patricka jest to tak dobre jak najlepsze numery Willa Haya i przypomina nam o pełnych gier słownych skeczach Ronniego Barkera. Ten moment to stuprocentowy sukces, wskazujący kierunek, w jakim może dojrzeć reszta produkcji.

Emma Lloyd i Tom Norman w Salad Days. Zdjęcie: Scott Rylander

Lekka komedia lat 50. nie jest gatunkiem „nauczanym” obecnie w szkołach aktorskich i wymaga dość złożonego zestawu umiejętności, by wypadła wiarygodnie: ten zespół śmiało podejmuje wyzwania, wkładając w swoje role mnóstwo energii. Najlepiej widać to we wspaniałej choreografii Joanne McShane, która czule reaguje na każdy niuans dawnych form tanecznych obecnych w partyturze. Jej inscenizacja scen zbiorowych jest godna podziwu – od czysto ekspozycyjnego otwarcia „All The Things That Are Done By A Don” po niemal dionizyjskie uniesienia w wielkich numerach tanecznych. Niemniej jednak, choć trio złożone z fortepianu, perkusji i kontrabasu pod kierownictwem muzycznym Elliota Styche'a brzmi idealnie jako akompaniament, mogłoby zyskać na większej elastyczności i zróżnicowaniu tempa oraz dynamiki aranżacji. Pozwoliłoby to na wydobycie większej głębi oraz gry świateł i cieni w spokojniejszych numerach wokalnych: na przykład „I Sit In The Sun” pędzi przed siebie, jakby chciało zdążyć na pociąg, podczas gdy w rzeczywistości jest to oaza zmysłowego rozleniwienia i spokoju przed rozpoczęciem głównej akcji. Przez to obsada musi się mocno napracować, byśmy uwierzyli w romantyzm tej historii.

Maeve Byrne w Salad Days. Zdjęcie: Scott Rylander

A co z samą „historią”? Motyw radosnych dzieciaków, którym tajemniczo zamożny Tramp (Tom Self) płaci sowicie za „opiekowanie się” pianinem (które okazuje się posiadać magiczne moce), to rodzaj tropu w stylu „The Titfield Thunderbolt”. Łączy on, niczym rozwieszone nad głowami girlandy, ogromną gamę postaci i zdarzeń. Samo w sobie pianino nie jest najważniejszym punktem opowieści, ale wyznacza trasę, którą podążamy przez tę lekką komedię, nadając pikareskowym elementom pewną spójność. A jednak dygresji jest wiele i są zachwycające: obdarzona czystym głosem Maeve Byrne serwuje dwie z najbardziej wyniosłych – jako Kleopatra (ubrana z zapierającym dech przepychem) oraz, wskazując na zupełnie nowy kierunek, pozaziemska Electrode, wyglądająca, jakby właśnie wyszła z planu „Saucy Jack and the Space Vixens”, zapowiadając rewolucje czekające to uśpione, samozadowolone społeczeństwo.

Mimo wszystko to kapitalny sposób na cieszenie się latem, a po sezonie w Southwark spektakl ruszy w trasę do Theatre Royal w Bath, gdzie na głównej scenie jego splendor zrobi jeszcze większe wrażenie. Trzy razy hura dla tych „Salad Days”!

Grange do 9 września 2017

BILETY NA SALAD DAYS

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS