WIADOMOŚCI
RECENZJA: Waste w National Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Waste
Lyttleton Theatre
10 listopada 2015
4 gwiazdki
Dźwięk był nagły i wstrząsający: krótki, gardłowy świst, rzężenie kości i oddechu – nieomylny sygnał skrajnego wyczerpania organizmu. Jedna z kobiet podniosła alarm. Na pomoc rzucił się lekarz. Na scenie dwójka aktorów znieruchomiała. Inspicjent wezwał do zachowania spokoju i wyjaśnił, że spektakl musi zostać przerwany, aby udzielić pomocy choremu widzowi. Proszono wszystkich o pozostanie na swoich miejscach.
Sztuka niemal dobiegła już końca; zostało zaledwie pięć minut. Mimo to wielu widzów wstało i opuściło teatr, zamiast czekać na wznowienie i finał. Co za strata dla nich. Te ostatnie, kluczowe minuty miały bowiem wiele do zaoferowania.
Sugestywny obraz przewróconego kosza na śmieci, którego zawartość rozsypała się na pozór chaotycznie: nieprawdopodobnie piękny, trafnie podsumowujący elegancję i sens sztuki. Moment, w którym osamotniona Frances uświadamia sobie, że jej zaufanie i przyjaźń zostały nadużyte przez chciwych ludzi, których uważała za swoich przyjaciół z wyższych sfer i Partii Konserwatywnej. Ale przede wszystkim rozdzierająca serce sekwencja, w której Walter, młody asystent brata Frances (prawnika), załamuje się, przeprasza za to, a potem z furią mówi o marnotrawstwie – przez cały czas starając się wypełnić pustkę, przykryć nieobecność i być najlepszą wersją siebie.
Oto wznowienie sztuki Waste Harleya Granville'a Barkera z 1907 roku w reżyserii Rogera Michella, wystawiane obecnie w Lyttleton Theatre. Jest to bez wątpienia najlepsza inscenizacja na deskach National Theatre, odkąd stery przejął Rufus Norris. Spektakl jest elegancki w każdym calu, z piękną scenografią i kostiumami autorstwa niezwykłej Hildegard Bechtler oraz znakomitymi rolami głównymi.
Świadectwem siły sztuki i imponujących umiejętności obsady jest fakt, że udało się odzyskać tę magiczną chwilę po zasłabnięciu widza i zrozumiałym zamieszaniu, które nastąpiło później. Co więcej, świadomość, że ktoś mógł właśnie stracić życie, dodała niezwykłego dreszczu emocji sztuce, której tematy obejmują bezcelowość jednostkowego istnienia w świecie zdominowanym przez konwenanse, plemienne sumienie oraz zasady i obyczaje dyktowane przez tych, którzy czerpią zyski z braku zmian. Na szczęście, gdy widownia opustoszała, okazało się, że życiu widza nie zagraża niebezpieczeństwo; jednak dla tych, którzy tam byli, był to wieczór w teatrze, którego niełatwo będzie zapomnieć.
Sztuka Barkera jest niezwykła, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że powstała ponad sto lat temu i została przez niego poprawiona pod koniec lat 20., po tym jak pierwotna wersja otrzymała zakaz wystawiania. Koncepcje i złożone filozofie leżące u podstaw narracji są tak samo świeże, żywotne i ważne dziś, jak i wtedy. Potrzeba inwestowania w przyszłość, właściwej edukacji młodych. Beznadzieja politycznych koterii. Marginalizacja kobiet. Podwójne standardy w życiu publicznym. Brudne kompromisy partyjnej polityki. Postach, jaki prawdziwy buntownik z konkretną misją potrafi wzbudzić w ludziach zadowolonych z siebie i przekonanych o swoim prawie do rządzenia.
Niejednokrotnie w trakcie dramatu, gdy dialogi trzeszczały niczym dzieła Czechowa, Shawa, Ibsena i Stopparda – błyskotliwie i donośnie – nachodziła mnie myśl, że po kilku aktualizacjach mogłaby to być sztuka o współczesności, traktująca o Jeremym Corbynie i służbie zdrowia, ulgach podatkowych czy kolejach. Tak wiele z celnie wyrażonych tu punktów i napięć pasuje idealnie do spektrum politycznego roku 2015. Doprawdy, urzędujący politycy powinni zostać zmuszeni do obejrzenia tej inscenizacji w ramach swojej ustawicznej edukacji.
Sztuka ma staroświecką strukturę, ale w niczym jej to nie umyka. Postacie i sytuacje wprowadzane są bez ciężkiej ekspozycji; jak powiedziałby Willy Loman: Trzeba Uważać. To nie jest teatr dla miłośników skakania po kanałach; to wciągające, pochłaniające widowisko, które wymaga pełnej, skupionej uwagi i wynagradza ją z nawiązką.
Wizja reżyserska Michella jest wymowna i przekonująca. Główni bohaterowie są wyraziści, a przerysowana i abstrakcyjna scenografia Bechtler idealnie oddaje główny motyw – ludzie są mali w wielkim schemacie rzeczy. Widać tu ogromną dbałość o detale zarówno w scenografii, kostiumach, jak i podejściu aktorskim, a także symetrię i piękno. Obraz księżyca w drugiej części pierwszego aktu jest spektakularnie piękny, stanowiąc doskonały kontrast dla rozgrywającej się pod nim akcji. Pierwsza połowa otwiera się kluczowym działaniem i milczącym obserwatorem; druga połowa zaczyna się tak samo, ale okoliczności są zupełnie inne. Im więcej się zmienia, tym bardziej wszystko pozostaje takie samo.
Olivia Williams, będąca uosobieniem emocjonalnej powściągliwości w znakomitym serialu Manhattan, tutaj jako Amy O’Connell jest osobą roztrzepaną, lekkomyślnie korzystającą z wolności, kruchą emocjonalnie ekscentryczką, którą w równym stopniu kieruje pasja, co rozpacz. Jest w genialnej formie, a kruchość i zmysłowa szczerość emanują z każdego jej pełnego wdzięku ruchu. Williams pięknie pokazuje spustoszenie, jakiego dokonało w niej okrucieństwo mężczyzn, a jej narastające poczucie rozpaczy w obliczu sprzysięgających się okoliczności jest idealnie wyważone. To kreacja o wielkiej subtelności, konfrontacyjna i ożywcza. Choć jej postaci nie ma w drugim akcie, obecność Williams jest stale wyczuwalna.
Jako siła napędowa sztuki, Henry Trebell – wizjoner edukacji dla wszystkich – Charles Edwards jest magnetyczny w każdym momencie. Bezbłędnie oddaje introspekcję i nonszalancję swojej postaci, dając nam jasno do zrozumienia, że Trebell to człowiek, który pasjonuje się wyłącznie swoimi zasadami i ideami – nie potrafi żywić namiętności do ludzi tworzących jego otoczenie. Najlepszy jest w trudnej scenie konfrontacji z Amy (Williams) oraz w napiętym wystąpieniu przed szychami torysów, kiedy kwestia jego reputacji koliduje z marzeniami o zmienianiu przyszłości. Generalnie jego cichsze momenty są również doskonałe, choć finałowa scena wydawała się mniej mocna, niż sugerowałaby to reszta kreacji Edwardsa.
Ale być może o to właśnie chodziło. Trebell widzi tylko to, co chce, i reaguje tylko na to; nie dają mu rady takie nieistotne kwestie jak miłość czy przyjaźń, mimo że jego obecność inspiruje innych. Zatem jego ostatnie sceny, w których nadzieje na przyszłość zostają pogrzebane przez otrzymany list, być może to odzwierciedlają. On po prostu się poddaje. Ale tak jak inni wyrażają gniew z powodu obrotu spraw, tak mógłby zrobić i Trebell: pasja po stracie ideowego marzenia mogłaby być równie potężna, jak wiara w jego realizację. To jednak drobny szczegół w ogólnym rozrachunku tej wytwornej, zrównoważonej kreacji.
W imponującym debiucie w National Theatre Hubert Burton jest wyjątkowo dobry jako Walter, niemal „mini-wersja” Trebella, pracujący jako jego asystent. Burton stanowi idealny kontrast dla postawy swojego szefa: goni za wymarzoną narzeczoną (świetna Emerald O’Hanrahan jako asertywna, swoista feministka) i zaręcza się, zaczynając pracę i w zasadzie czekając, aż życie mu się przydarzy. Wnosi wiele komicznych akcentów w toku sztuki, reprezentując – zgodnie ze swoją postacią – osoby uprzywilejowane i niezaangażowane. Ale Walter to obserwator i uczeń, a Burton pokazuje subtelny, lecz niezaprzeczalny wpływ, jaki wywarł na niego kontakt z zasadami i praktykami Trebella. Jego ostatnia scena jest idealnie wyważona i niezwykle poruszająca.
Jako sztuka przyglądająca się psychice jednego kluczowego człowieka w wirze politycznych intryg i towarzyskich plotek, Waste nieuchronnie wprowadza typy rządowe. Niektórzy, jak pokazano tutaj, są hałaśliwymi, oklepanymi karykaturami, trudnymi do zrozumienia. Inni są niezwykli.
Jako przebiegły lider parlamentarny, Horsham, Michael Elwyn jest studium śliskiej, wyrachowanej finezji. Niczym dobre masło, jest słony i wszędzie się wciska, pilnując, by być na wierzchu wszystkiego, co warto mieć. Krąży jak pobudliwa papuga, czekając, aż kostki domina zaczną upadać, zdeterminowany, by czekać na ostatnią, która ulegnie, by on mógł stać niewzruszenie. Elwyn był całkowicie wiarygodny jako patrycjuszowski krętacz stojący na czele torysów, tak samo gotowy uciszyć skandal, jak i go rozdmuchać – zależnie od tego, co najlepiej służyło jego celom politycznym. Znakomita rola.
Andrew Havill jako lekarz specjalista Sir Gilbert Wedgecroft oraz Louis Hilyer jako butny milioner z północy, który do wszystkiego doszedł sam, Russell Blackborough, obaj skutecznie ożywiają swoje nieco schematyczne postacie. W tych rolach – jak i u pozostałych „pracujących” członków partii politycznej, która albo poprze, albo porzuci plan Trebella – wyczuwa się prawdziwą jedność grupy. Trebell jest wyraźnie naznaczony jako outsider w tej bandzie.
Innym tego typu outsiderem, kolegą Trebella w kwestiach zasad, ale nie przyjacielem, jest Lord Charles Cantilupe, brawurowo zagrany przez Gerrarda McArthura. Odcinając się od reszty torysów zarówno fizycznie, jak i wokalnie, McArthur stanowi autentyczną przeciwwagę dla Trebella (Edwardsa). Przesuwa się po scenie lakonicznie i gładko, niczym pająk Shere Khan, igrając z tymi, którzy wpadli w sieci, po których on kroczy. Silne przekonania religijne Cantilupe'a doprowadzają do konfliktu z kolegami politykami i Trebellem, ale z zupełnie innych powodów. Sposób, w jaki McArthur podaje jedną genialną kwestię o krzywoprzysięstwie, wywołuje salwy śmiechu, ale każdy jego wybór wokalny sprawia, że jego Cantilupe jest czymś więcej niż tylko spodziewanym, sztywnym mandarynem z wyższych sfer. To popis aktorstwa najwyższej próby.
Jako siostra Trebella, Frances, Sylvestra Le Touzel zbyt mocno polega na swoim wspaniałym, matowym głosie, by naprawdę ożywić swoją postać, szczególnie w furiackim odrzuceniu beztroskiej Lady Julii (Lucy Robinson). W tej postaci drzemie więcej, niż wydobywa Le Touzel; jest ona w końcu siostrą Trebella. Doreen Mantle jest zachwycająca jako nestorka z dobrą pamięcią i małym entuzjazmem do zmian – przy niej Violet Grantham wygląda na niemal radykalną. Fleur Keith zapada w pamięć jako niezwykle sprawna Bertha.
Cudowne światła Ricka Fishera (ten piękny Księżyc!) i znakomita muzyka ilustracyjna Matthew Scotta łączą się z pracami Michella i Bechtler, tworząc przestrzenie, które są jednocześnie sterylne i niezwykle szykowne. Finałowy obraz rozsypanego kosza na śmieci jest doprawdy niezwykły.
Barker w późniejszym życiu niestrudzenie pracował na rzecz powołania National Theatre i bez jego starań mógłby on nigdy nie powstać. Jakże trafne jest więc to, że ta wielka sztuka zajmuje honorowe miejsce na scenie Teatru Narodowego, by siać magię – zwłaszcza w czasach, gdy teatralnej magii ostatnio nam brakowało.
Waste jest wystawiane w National Theatre do 19 marca 2016 r. Zarezerwuj Bilety
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności