Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Animus w Laban Theatre

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Obsada spektaklu Animus. Fot. J K Photography Animus

Laban Theatre

2 grudnia 2017

To był bardzo udany powrót na deski teatru niezwykłego dramatu muzycznego autorstwa Michaela Webborna i Daniela Finna. Akcja toczy się w osiemnastowiecznych dokach Londynu, w atmosferze niejasnych interesów i intryg, gdzie rodzina Donne’ów – nad którą zdaje się ciążyć fatum – prowadzi swoją działalność. Najjaśniejszym punktem tej produkcji była muzyka. Louisa Green brawurowo poprowadziła zespół zza klawiszy, nadając mrocznej partyturze głębię, a towarzyszyli jej: Sandra Thompson na skrzypcach, Brenda Sancho na wiolonczeli, Greg Hagger na basie oraz Becky Brass na instrumentach perkusyjnych. Śpiew w wykonaniu młodych aktorów ze szkoły teatralnej był po prostu znakomity. Webborn i Finn potwierdzili, że są mocnym autorskim duetem, serwując nam po sukcesie uroczego „The Clockmaker's Daughter” tę pełną przygód i tarapatów melodramatyczną sagę rodzinną z klasy kupieckiej w roli głównej.

Sztuka, pierwotnie przygotowana dla MTA w zeszłym roku (w pamiętnej, spójnej inscenizacji w Bridewell Theatre), jest gęsta od warstwy muzycznej. Każdy w tej licznej obsadzie ma swoją szansę, by zabłysnąć i zaprezentować pełnię talentu. W przypadku części wykonawców, jak Laura Barnard (występująca zamiennie jako Lily Donne), profesjonalizm jest już ugruntowany dzięki występom z takimi zespołami jak NYMT. Podczas wieczoru, w którym uczestniczyłem, Laura zachwyciła publiczność pewnością sceniczną i świetnym opanowaniem trudnej wokalnie partii. Jako Charlotte Donne wystąpiła Claire Kennan, stanowiąc intrygujący kontrast – była żywiołowa, zmienna, z nienaganną dykcją i darem celebrowania każdej scenicznej chwili. Z kolei Danielle Whittaker wniosła sporą dawkę twardego realizmu do nieco wyniosłego świata rodziny Donne, wcielając się w postać Fanny Penhaligon – właścicielki lupanaru. To rola z ogromnym potencjałem komediowym, który został w pełni wykorzystany. Lizzie Burgess jako Eleanor Bray była z kolei uosobieniem elegancji i słodyczy. Niewiele jest musicali, w których wszystkie cztery główne role są kobiece – to jeden z wielu elementów, które czynią tę sztukę tak ożywczą i nowoczesną.

W barwnej galerii postaci tworzących tkankę metropolitalnego życia zobaczyliśmy wielu utalentowanych młodych artystów. Philip Murch stworzył postać przystojnego i charyzmatycznego Harlanda Manderville’a, a Harvey Westwood jako Joe Grey przykuwał uwagę widzów swoją niezwykle przekonującą obecnością na scenie. Przedstawicielami prawa i porządku w tym duszno-mrocznym świecie byli Jonathan Barakat jako konstable Farrow oraz Jochebel Ohene MacCarthy w roli siostry Edith. Prawdziwie wyróżniała się Becky Stockley jako nieustępliwa i zdeterminowana dziennikarka. W podwójnych rolach wystąpili: Michael Karl-Lewis (Mr Bolt i Lighterman), David Sharp (Mr Borage i Mr Erridge), Daniel-Thomas Forster (Mr Quilt i Mr Fipps). Alex West wcielił się w postacie Earnesta Donne’a i Kowala, a Aaron Gwilliam-Stone zagrał Adama Donne’a oraz postać o imieniu Chrysanthemum. Martha Burke była uroczą pokojówką, Christian Andrews wystąpił jako Sir Walter Gladstone, a Elric Doswell jako przewoźnik. Przyjemnością było również oglądać na scenie Ciarę Ennia (Daisy), Johannę Pearson-Farr (Jasmine) i Elizę Roadnight (Violet), a także Ellę-Jane Thomas jako sprzedawczynię ostryg i Lady Rutherford. W obsadzie alternatywnej, której nie miałem okazji zobaczyć, wystąpili: Molly Osborne (Charlotte), Simone Sullivan (Penhaligon), Lauren Poulson (Bray) oraz Rebecca Wickes (Lily).

Wizualnym zwieńczeniem spektaklu była pełna ekspresji choreografia Fabiana Aloise’a. Dla kontrastu, minimalistyczna scenografia Amy Yardley była surowa i oszczędna, a jej wybory kostiumowe dość eklektyczne. Podczas gdy panowie nosili stroje z epoki, panie – z niewiadomych przyczyn – ubrane były w żakiety i długie szyfonowe spódnice z lat 50. Pokojówka z kolei wyglądała, jakby urwała się z planu „Wizyty inspektora” w pełnym edwardiańskim rynsztunku. Dlaczego? Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. W spektaklu, który w innych aspektach dba o brudny realizm, takie fantazyjne interpretacje były trudne do zrozumienia. Jestem jednak pewien, że reżyser Simon Greiff miał ku temu swoje powody.

Zgodnie z przyjętą praktyką, nie przyznajemy ocen gwiazdkowych produkcjom studenckim.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O TRINITY LABAN

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O DUECIE WEBBORN I FINN

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS