Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Amadeusz, Chichester Festival Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Rupert Everett jako Salieri i Joshua McGuire jako Mozart w sztuce „Amadeusz” Petera Shaffera w Chichester Festival Theatre. Fotografia: Tristram Kenton Amadeusz Chichester Festival Theatre 26 lipca 2014

3 gwiazdki

Odrestaurowany Festival Theatre w Chichester to prawdziwa perełka. Fotele są niezwykle wygodne, zwiększono miejsce na nogi, a nachylenie widowni poprawiono tak, że widzowie znajdują się bliżej sceny i mogą cieszyć się lepszą widocznością. Akustyka jest doskonała, a elektryzująca atmosfera miejsca przesiąkniętego wspomnieniami i pełnego obietnic robi ogromne wrażenie.

Z okazji otwarcia tej wspaniałej, odświeżonej przestrzeni, dyrektor artystyczny Jonathan Church postawił na wielki hit. „Amadeusz”, arcydzieło Petera Shaffera o muzyce, sztuce i siłach nimi rządzących, to genialna sztuka, która po premierze w 1979 roku stała się natychmiastowym klasykiem. Każdy, kto widział transmisję jubileuszu 50-lecia National Theatre, z pewnością domyśla się, dlaczego tak się stało.

Już po wejściu na widownię znakomita scenografia Simona Highletta wprowadza nas w operowy klimat. Barokowe inspiracje, marmurowe powierzchnie, lśniące żyrandole, półprzepuszczalne lustra służące jako ekrany dla projekcji tworzących różnorodne scenerie – od szpitala po teatr. Całość wygląda elegancko, wyrafinowanie i z wielkim rozmachem. Dodajmy do tego bajeczne kostiumy i można by pomyśleć, że jesteśmy na operze Mozarta w Royal Opera House, a nie na sztuce o relacji Wolfganga Amadeusza Mozarta z Antonio Salierim.

I to dobrze. Ponieważ sztuka Shaffera przypomina symfonię – jest tak muzyczna, jak to tylko możliwe bez przechodzenia w formę opery. Opowiada o muzyce, ale nie jest od niej całkowicie zależna, choć jej najmocniejsze punkty to właśnie te muzyczne.

Jednym z największych rozczarowań jest fakt, że Church nie wyeksponował muzyki tak bardzo, jak powinien. Momentami odnosi się wrażenie, że reżyser chce jak najszybciej przebrnąć przez fragmenty muzyczne, podczas gdy to właśnie one potrzebują przestrzeni i oddechu, by sztuka mogła w pełni wybrzmieć. Sceny, w których Mozart z entuzjazmem opowiada o planach dotyczących „Wesela Figara” lub gdy zmienia banalny marsz Salieriego w nieśmiertelny klasyk, są zbyt pośpieszne. Podobnie scena, w której Salieri po raz pierwszy uświadamia sobie geniusz Mozarta – niemal odchodząc od zmysłów z zachwytu – nie daje muzyce wybrzmieć. Aby te momenty zadziałały, publiczność musi poczuć tę muzykalność i podziw; samo mówienie o nich nie wystarczy.

W drugim akcie Salieri mówi o twórczości Mozarta:

„Patrzyłem z osłupieniem, jak ze swojego zwyczajnego życia tworzy sztukę. Obaj byliśmy zwyczajnymi ludźmi, on i ja. Jednak on ze zwyczajności tworzył legendy — a ja z legend tworzyłem tylko zwyczajność!”

I to właściwie podsumowuje inscenizację Churcha. Wziął on materiał o legendarnym statusie i potencjale, i uczynił go zwyczajnym. Stało się tak mimo genialnej scenografii, absolutnie spektakularnej choreografii utalentowanego Stephena Meara (który sprawia, że aktorzy poruszają się z niezwykłą elegancją, oddając ducha epoki) oraz obsady z najwyższej półki.

To wręcz sztuka sama w sobie.

Jessie Buckley jest wybitna jako Konstancja, żona Mozarta. Piękna, zabawna, seksowna i pełna świeżości. Simon Jones jako nieco gapowaty cesarz Józef II jest po prostu doskonały; jego wyczucie komizmu i ironiczne podejście do absurdu są bezbłędne.

Jego dwór to prawdziwa galeria aktorskich perełek. Timothy Kightley i John Standing są wspaniali jako kostyczni hrabiowie, mający władzę nad śmiertelnikami i wpływ na to, co zostanie zamówione i wystawione. Richard Clifford jako baron van Swieten („Fuga”) jest wyjątkowy – emanuje z niego duma i pewność siebie bogatego, wpływowego masona.

James Simmons i Derek Hutchinson w pełni wykorzystują potencjał Venticellich; ich kostiumy i zawiłe dialogi to czysta aktorska maestria.

W obsadzie drugoplanowej nie ma słabych ogniw. Wszyscy są znakomici, a Emily Shaw jako Katherina Cavalieri, Jack Edwards w roli Kucharza i Jeremy Bennett jako Majordomus zasługują na szczególne uznanie. W zespole wyróżniają się Marc Antolin i Harry Francis.

Jednak sztuka działa tylko wtedy, gdy Salieri i Mozart błyszczą na scenie. Rupert Everett, świeżo po sukcesie w roli Oscara Wilde'a w „The Judas Kiss”, wydawał się oczywistym wyborem do roli Salieriego. Ma odpowiednią charyzmę, wyczucie komizmu i ten rodzaj teatralnej obecności, który pozwala mu wiarygodnie grać postać na różnych etapach życia.

Tyle że „The Judas Kiss” reżyserował Neil Armfield, a nie Jonathan Church.

Everett w roli Salieriego sprawia wrażenie nieco zagubionego. Nie gra źle, ale też nie wzlatuje na wyżyny swoich możliwości. Przez większość czasu jest zbyt gniewny. Choć bunt przeciwko Bogu jest jednym z głównych motywów sztuki, Salieri nie musi wściekać się nieustannie. To postać zimna, będąca antytezą porywczego i krwistego Mozarta. Owszem, Salieri kipi gniewem, ale nie musi być przy tym przerysowany, zwłaszcza tak wcześnie, jak interpretuje to Everett.

Cesarz Józef II słynie z komicznego stwierdzenia, że muzyka Mozarta ma „za dużo nut” – podobnie jest z Salierim w wydaniu Everetta. Mamy tu zbyt wiele wulkanicznych erupcji, a za mało momentów chłodnej, wyrafinowanej i niemal bezgłośnej nienawiści.

Everett świetnie czuje styl, a jego komizm jest nienaganny. Szczególnie dobrze wypada jako sędziwy Salieri na początku i końcu sztuki. Potrzebuje jednak więcej elastyczności i niuansów, bo tekst daje ku temu ogromne możliwości. (Nie jestem też przekonany, czy tryskająca krew w stylu „Sweeney Todda” przy podrzynaniu gardła była w ogóle potrzebna).

Z kolei Mozartowi w wykonaniu Joshui Maguire’a „nut” brakuje. Aktor musi znaleźć spójną linię dla swojej postaci, by nadać jej pełnowymiarowy kształt. Mozart może być porywczy, wulgarny, nieokrzesany i arogancki, ale widz musi mu kibicować – inaczej dramatyzm drugiego aktu nigdy nie osiągnie odpowiedniej temperatury. I tak też dzieje się tutaj.

Nie chodzi tylko o ten głupkowaty, irytujący śmiech.

Poczucie majestatu, naturalnej doskonałości i geniuszu musi być stale obecne, obok zwątpienia, niepewności i lęku o przyszłość. Kiedy w drugim akcie Salieri „dokręca śrubę”, widz musi współodczuwać ból Mozarta.

Tymczasem u Maguire’a widzimy głównie miny i szerokie uśmiechy, brakuje natomiast głębokiej rozpaczy człowieka, którego praca nie jest doceniana. Jedyny autentyczny żal, jaki czujemy do Mozarta, wynika z jego relacji z Konstancją.

W obu przypadkach wydaje się to raczej kwestią decyzji reżyserskich niż braku umiejętności. Zarówno Everett, jak i Maguire to aktorzy zdolni do stworzenia kreacji wybitnych. Być może wraz z kolejnymi spektaklami, gdy poczują się pewniej w tym materiale, tak się właśnie stanie.

Mimo to, inscenizacja ma wiele do zaoferowania. Nie jest nudna, zachwyca wizualnie, a tekst Shaffera wciąż bawi i porusza. Poniższy fragment – uznanie geniuszu Mozarta przez Salieriego w połączeniu z genialną kompozycją – to wciąż jeden z najbardziej sugestywnych momentów we współczesnym dramacie:

Niesamowite! Na papierze to nic takiego! Początek prosty, niemal komiczny. Tylko pulsowanie. Fagoty, rożki basetowe – jak stara harmonia. I nagle, wysoko nad tym, obój. Jedna nuta, zawieszona w powietrzu, niezachwiana. Póki nie przejął jej klarnet, osładzając ją w frazę tak zachwycającą! To nie była kompozycja tresowanej małpy! To była muzyka, jakiej nigdy nie słyszałem. Pełna takiej tęsknoty, takiej niespełnialnej tęsknoty. Zdawało mi się, że słyszę głos Boga.

I na swój sposób ten fragment jest kluczem do całej sztuki.

Miejmy nadzieję, że jeśli spektakl trafi na West End, Church odpowiednio użyje tego klucza i w pełni uwolni potencjał Salieriego i Mozarta, jaki drzemie w Everetcie i Maguire’u.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS