Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Hey Old Friends, Theatre Royal Drury Lane ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Bonnie Langford i tancerze w Hey Old Friends Hey, Old Friends

Theatre Royal Drury Lane

25 października 2015

4 gwiazdki

Gdyby krążyły jeszcze jakieś wątpliwości – w co szczerze wątpię – że West End nie narzeka obecnie na nadmiar męskich gwiazd teatru muzycznego, to wczorajsza gala charytatywna na rzecz The Silver Line oraz Stephen Sondheim Society, Hey, Old Friends, zorganizowana z okazji 85. urodzin Stephena Sondheima w Theatre Royal Drury Lane, ostatecznie je rozwiała.

Jako radosny hymn na cześć fantastycznego, a często niewykorzystanego wachlarza kobiecych talentów w Londynie, Hey, Old Friends nie mogło zostać lepiej pomyślane. Wszechstronność i kunszt artystek był imponujący, a klamrę dla tych popisów stanowiły: znakomicie wyśpiewane Beautiful Girls (Joseph Shovelton przywrócił wiarę w ten utwór po fatalnym wykonaniu w Follies w Royal Albert Hall wcześniej tego roku), które nadało ton całości, oraz nienaganna, pełna pasji interpretacja Being Alive w wykonaniu Michaela Xaviera (co musiało być najlepszym publicznym przesłuchaniem do roli Bobby’ego w Company, jakie kiedykolwiek widział świat).

Tego typu koncerty charytatywne są niezwykle trudne do zrealizowania, po części dlatego, że muszą zadowolić zbyt wielu wpływowych decydentów i oczekiwań: od szczytnych celów fundacji, przez fanów pragnących zobaczyć swoich idoli w akcji (zazwyczaj śpiewających to, co dwadzieścia lat temu), po aficjonados szukających „świeżych interpretacji”, a nie tylko klasyków, nie zapominając o nostalgicznej aurze poprzednich produkcji.

Hey, Old Friends udało się zachować tę równowagę lepiej niż komukolwiek. Choć przemówień o fundacjach było nieco za dużo (głównie w wykonaniu urokliwego, choć działającego już w wolniejszym tempie Nicholasa Parsonsa, ale i Dame Esther Rantzen, która – co nie dziwi – była błyskotliwą mówczynią), sednem był doskonały akompaniament muzyczny Garetha Valentine'a i jego sprawnej Concert Orchestra.

Muzyka Stephena Sondheima jest skomplikowana i często trudna nie tylko do wyśpiewania, ale i do zagrania. Valentine zadbał o to, by orkiestrowa tekstura była niezmiennym fundamentem wieczoru. Na szczęście projekt dźwięku Garetha Owena zapewnił niemal idealny balans – co w przypadku Sondheima kluczowe, bo teksty są tu równie ważne jak melodia.

W programie nie brakowało uroczej mieszanki powagi i humoru, dzięki czemu publiczność czuła się nie tylko zabawiana, ale i dopuszczona do środowiskowych żartów. Preludium People Who Like Sondheim (wykonane z werwą przez duet Kit i McConnel) było świetną zabawą – para pojawiała się zresztą przez cały wieczór niczym Sondheimowscy Statler i Waldorf złośliwie i błyskotliwie komentując wydarzenia. Jednak w drugim akcie prawdziwą niespodzianką okazał się pięciominutowy rajd przez 33 kompozycje Sondheima w wykonaniu Martina Milnesa i Dominica Ferrisa. Ten kabaretowy wkład wniósł do programu bardzo potrzebny powiew nowatorstwa.

Występ Milnesa i Ferrisa nasunął jednak pytanie, które często powraca przy takich okazjach: sam Sondheim nadzorował przecież powstanie wiązanki swoich największych hitów, niezwykłego Conversation Piece z Side By Side By Sondheim, a utwór ten prawie nigdy nie pojawia się na koncertach. Dlaczego? Zwłaszcza w takim zestawieniu, gdy na scenę powróciły dwie oryginalne gwiazdy tamtego show – Julia McKenzie i Millicent Martin.

Millicent Martin w Hey Old Friends.

Millicent była w doskonałej formie, serwując radosne repris I Never Do Anything Twice, które zasłużenie nagrodzono owacjami. Aż chciało się ją zobaczyć w roli Madame Armfeldt w A Little Night Music. McKenzie, niestety, nie zaśpiewała ani jednej nuty solo, ale jej pełna godności obecność i zabawna uwaga, że Martin wciąż „porusza się bez pomocy”, dodały wieczorowi sentymentalnego uroku.

Trzeba przyznać, że niektóre wybory utworów były dość osobliwe. W pierwszym akcie perełki trafiały się rzadko, ale gdy już się pojawiały, były wyjątkowe: swobodny sopran Marianne Benedict w Comedy Tonight; Rosemary Ashe i Laura Pitt-Pulford dające upust swoim wewnętrznym „złośnicom” w There's Always A Woman; ponownie Ashe, triumfująca w Last Midnight; Anna Francolini, czuła i skupiona w Move On; porywający, chóralny Sunday; i wreszcie iskrząca, nie do zatrzymania Sally Ann Triplett w dynamicznym Lucy and Jessie.

Drugi akt był znacznie bardziej angażujący, mimo że zawierał też słabsze momenty: nużące i momentami nieczyste Old Friends w wykonaniu siedmiu laureatów nagrody Sondheim Society; niezbalansowane Come Play Wiz Me (Tiffany Graves była świetna, choć zmarnowana w tym numerze); oraz Rula Lenska udowadniająca, że Ah! But Underneath nie jest najlepszym dziełem mistrza, a musical nie jest jej najmocniejszą stroną.

Lenska wykazała się jednak odwagą, wychodząc na scenę tuż po popisowym numerze Bonnie Langford Can That Boy Foxtrot!, w którym u boku piosenkarki wystąpił Anton Du Beke w roli... rekwizytu. Langford była fenomenalna: śpiewając, tańcząc i wykonując akrobacje, udowodniła, że kondycji i talentu mogłaby jej pozazdrościć niejedna dwudziestolatka.

Program zamknęła sekwencja utworów zwanych „11 O'Clock Numbers” (finałowe petardy) – Broadway Baby, Send In The Clowns, Losing My Mind, I'm Still Here oraz Being Alive. Choć technicznie nie każdy z nich pełni tę funkcję w swoich musicalach, każdy potrafi rzucić widownię na kolana. I tak też się stało.

Tracie Bennett, niczym naładowana bateriami najwyższej jakości, przebojowo wykonała Broadway Baby. Haydn Gwynne, mimo trudnego zadania zmierzenia się z legendarną interpretacją Judi Dench w Send In The Clowns, stworzyła szczere i unikalne wykonanie, pokazując ukrytą siłę tej kompozycji.

Charlotte Page zachwyciła w trudnym Losing My Mind; Kim Criswell, ze swoją wokalną pirotechniką, po prostu rozniosła salę w I'm Still Here. Pięć różnych, imponujących talentów, a na koniec potężny finał Michaela Xaviera w Being Alive. To zestawienie ostatecznie potwierdziło dominację Sondheima jako kompozytora.

Michael Xavier w Hey Old Friends

Przez cały wieczór gwiazdy wspierane były przez studentów Arts Ed. Wokalnie nie można było im nic zarzucić – tłum ubranych na czarno młodych talentów zapewnił doskonałe wsparcie harmoniczne. Choreografia Billa Deamera, choć precyzyjna, mogłaby być momentami mniej „estradowa”, a bardziej męska w ruchach ansamblu, jednak synchronizacja młodych wykonawców zasługuje na najwyższe uznanie.

Był to swobodny, celebrujący sztukę koncert, który przypomniał o wielkim potencjale artystek rzadziej oglądanych na West Endzie. Aż kusi, by zapytać: co będzie następne? Michael Xavier w Company? Follies z prawdziwym rozmachem? Ashe i Pitt-Pulford w Putting It Together? A może wreszcie polska premiera którejś z tych pozycji?

Jak głoszą słowa piosenek: Sondheim wciąż tu jest, nie trzeba iść dalej; zawsze znajdzie się Kobieta, która przypomni nam, jak to jest żyć i czuć muzykę.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS