Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: My Children! My Africa, Trafalgar Studios 2 ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

My Children! My Africa!

Trafalgar Studios 2

10 sierpnia 2015

4 gwiazdki

Rezerwuj bilety

Wygląda to ponuro. Złowieszczo. Drut kolczasty – to pierwsza rzecz, którą rzuca się w oczy. Drut kolczasty. Potem dostrzegasz coś na kształt strefy odosobnienia, ogrodzonej tymże drutem. Wygląda to jak spacerniak w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Albo obóz koncentracyjny. W każdym razie: miejsce złe.

Za ogrodzeniem siedzą bez słowa trzy osoby. Czekają. Kobieta ma białą skórę, mężczyźni czarną. Do strefy prowadzą dwoje drzwi, a każde z nich jest wyraźnie oznakowane: mogą z nich korzystać tylko osoby o określonym kolorze skóry. Wtedy zauważasz podział w wąskim przejściu za ogrodzeniem. Czekające trio jest od siebie odizolowane; choć siedzą blisko, wcale nie są razem.

W audytorium cicho rozbrzmiewają urywki nagrań: przemówienia, wiece, reportaże. Brak klimatyzacji sprawia, że w pomieszczeniu szybko robi się gorąco, duszno i sucho. Obserwowanie milczącej trójki przez pryzmat drutu kolczastego, w scenerii przywodzącej na myśl opresyjne więzienie, jest niekomfortowe, niepokojące i szokujące. Bezbłędnie oddaje to klaustrofobiczną atmosferę apartheidu.

Oto „My Children! My Africa!”, bezkompromisowe spojrzenie Athola Fugarda na zmianę pokoleniową, edukację i rolę przemocy w opozycji politycznej w RPA u szczytu ery apartheidu. Reżyserowany przez Rogera Mortimera i Deborah Edgington, ten wciągający i poruszający spektakl w produkcji Two Sheds jest obecnie wystawiany w Trafalgar Studios 2.

Trudno przypomnieć sobie współczesną produkcję dramatyczną, w której scenografia odgrywałaby tak fundamentalną rolę w odbiorze dzieła. Można odnieść wrażenie, że scenografia, światło i dźwięk są pełnoprawnymi bohaterami opowieści. Projekt Nancy Surman jest niezwykły. Stała, symetryczna obecność elementów sugeruje w równej mierze porządek, co opresję i duszne poczucie przedłużającego się uwięzienia. Tabliczki segregujące wejścia według koloru skóry nie rażą nachalnością; ich groza i horror tkwią właśnie w ich powszedniości.

Scenografia nieustannie przypomina, że w tamtym czasie RPA właśnie tak wyglądała: jako bezlitosne, surowe więzienie, gdzie w cieniach działy się rzeczy niewypowiedziane, gdzie biali i czarni byli rozdzieleni i trzymani w niewiedzy, a zmiany nadchodziły zbyt wolno. Ciemność jest w tej sztuce siłą namacalną, a wyjątkowe reżyseria światła Jacka Weira sprawia, że mrok we wszystkich formach jest stale obecny – nawet gdy blask oślepia, Weir nie pozwala zapomnieć o potędze ciemności. Poziomy światła falują w pionie i poziomie; cienie tańczą na twarzach, przesłaniają rysy, zacierają akcję. Zmienne stany światła i mroku odbijają lub łamią jasne i ciemne strony charakterów oraz wypowiadanych kwestii. Strach i nadzieja są tu mistrzowsko oddane poprzez panowanie Weira nad cieniem.

Wszystko to jest punktowane i akcentowane przez oprawę dźwiękową Erin Witton, która realizuje swój niepokojący cel przy każdym zwrocie akcji. Subtelna, a chwilami wybuchająca przemocą lub dysonansem, dźwiękowa aura Witton pozwala cieniom Weira tańczyć w „piekle z drutu kolczastego” Surman. Fuzja tych elementów nadaje całości niemal operowy lub baletowy sznyt, który doskonale pasuje do kwiecistych metafor Fugarda i podniosłych tonów jego pisarstwa.

Sztuka skupia się na trzech postaciach: nauczycielu i jego dwojgu uczniach. Jedną z nich jest biała dziewczyna z zamożnej rodziny, drugim – niezwykle bystry czarnoskóry chłopak. Nauczyciel, pan M (nieprzypadkowo noszący ten sam inicjał co Mandela), całe swoje trudne życie poświęcił edukacji. Uporczywe dążenie rządu do tego, by czarnoskórzy uczniowie byli uczeni oddzielnie i według gorszego programu, odcisnęło na nim piętno. Pan M sprzeciwia się „szkołom bantu” (gdzie czarnoskórym serwuje się edukację gorszej kategorii) i stara się, w sposób łagodny, podkopywać system od środka.

Wspiera on wybitnie zdolnych uczniów. W momencie rozpoczęcia sztuki obserwujemy owoc jego subtelnej rebelii: debatę, w której genialny Thami mierzy się z równie zdolną Isabel. Pan M chce, aby ta dwójka pracowała i uczyła się razem. Wie, że Thami zyska na kontakcie z Isabel. I ma rację.

W jednej z najwspanialszych scen uczniowie rzucają sobie wyzwanie na wiedzę z literatury angielskiej. Imponują, sypiąc faktami i cytatami z Wordswortha; czysta radość z tej intelektualnej potyczki sprawia, że oboje wznoszą się na wyżyny, a ich porozumienie i przekomarzanie się przypomina relację kolegów z Eton. I o to właśnie chodzi: jeśli zadbasz o bystre umysły, bez względu na pochodzenie i kolor skóry, doskonałość przyjdzie sama.

Jednak lud Thamiego ma już dość, a na horyzoncie pojawia się przemoc, gdy uciemiężeni próbują wymusić zmiany. Thami zostaje zmuszony do opowiedzenia się po jednej ze stron i odwrócenia od metod obywatelskiego nieposłuszeństwa wyznawanych przez pana M. Prowadzi to do starcia między mistrzem a uczniem, w którym Isabel pozostaje rozdartym, niepewnym obserwatorem.

Pisarstwo Fugarda ma wielką skalę, jest nasycone detalami i momentami hipnotyzujące, ale posiada też fundamentalne wady. Jest jednocześnie odkrywcze i swojskie, i nie czuje się najlepiej w tej dziwnej konfiguracji. Poetycka strona opowieści jest niezwykła, ale nie zawsze współgra z szorstkim realizmem; choć ten kontrast stylów działa zaskakująco dobrze, pozostaje pewien niedosyt co do formy i celu, co osłabia ogólny efekt.

Genialne aktorstwo mogłoby przykryć te strukturalne problemy. Choć obsada radzi sobie momentami wyśmienicie, nie w pełni sprostała zadaniu postawionemu przez autora. Muszą oni jednocześnie zaakceptować błędy tekstu i je przeskoczyć – i prawie im się to udaje. Jednak w całej trójce występuje lekka skłonność do melodramatyzmu, która być może wynika z egzotycznego stylu pisania, co nieco osłabia dramaturgię.

Najlepszą kreację tworzy Nathan Ives-Moina jako Thami. Jest ujmujący w roli ucznia, który pragnie edukacji, ale ulega presji otoczenia i zmienia swoją drogę. Najlepsze sceny spektaklu (poza błyskotliwą debatą literacką) to te, w których bije się z myślami: wybrać powolną ewolucję pana M czy szybką, gwałtowną drogę przemocy.

Rose Reynolds i Anthony Ofoegbu są w dobrej formie jako Isabel i pan M, choć obojgu zdarzają się momenty melodramatycznej emfazy godnej opery mydlanej. Dwóch reżyserów powinno było utrzymać te występy w ryzach, więc należy założyć, że był to efekt zamierzony – a jeśli tak, to błędny. Ten tekst wymaga absolutnej prostoty i powściągliwości.

Są to jednak kwestie drugorzędne. Jako całość – scenografia, światło, dźwięk i gra aktorska – to po prostu działa. Spektakl intryguje i zmusza do myślenia. Choć Fugard pisał o RPA, sztuka dotyczy każdego społeczeństwa, w którym traktuje się ludzi nierówno, szczególnie w kwestii dostępu do nauki. Biorąc pod uwagę obecną sytuację w Wielkiej Brytanii i napięcia społeczne, sztuka ta znajduje oddźwięk na wielu poziomach, od sporów klasowych po kondycję usług publicznych.

To sztuka o niesprawiedliwości, irracjonalnych podziałach i upadku wartości. Jej przesłanie wykracza daleko poza granice RPA.

„My Children! My Africa!” w Trafalgar Studios 2 potrwa do 29 sierpnia 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS