WIADOMOŚCI
RECENZJA: Speed-The-Plow, Playhouse Theatre ✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fotografia: Simon Annand Speed-The-Plow
Playhouse Theatre
22 października 2014
2 Gwiazdki
Zgodnie z musicalem Sweet Charity, rytm życia to potężna siła. Fani Davida Mameta twierdzą to samo o rytmie jego dialogów. I rzeczywiście, jego sztuki tętnią specyficzną energią; frazy mają określone kształty, ich powtórzenia tworzą melodię, a nawet pauzy i oddechy są ściśle wyliczone. Z tego rytmu rodzi się swoista logika – zrozumienie czasu, miejsca, władzy i charakteru postaci. Klarowność.
Przynajmniej w teorii.
Nigdy nie uważałem Speed-the-Plow za sztukę szczególnie porywającą, prowokującą do myślenia czy przełomową. Wręcz przeciwnie – jej całkowity brak teatralności sprawia, że bardziej nadaje się na scenariusz krótkiego metrażu niż na deski teatru. Nijaka inscenizacja w reżyserii Lindsaya Posnera, którą gości obecnie Playhouse Theatre, w żaden sposób tej opinii nie zmienia.
Trudno wręcz pojąć, dlaczego zdecydowano się na wznowienie tego tytułu, skoro niedawno w Old Vic oglądaliśmy świetnie przyjętą produkcję z Kevinem Spacey i Jeffem Goldblumem. Co jest tak fascynującego w tym tandetnym i mizoginistycznym dramacie, że powraca on na afisz z częstotliwością godną klasyków pokoju „Blithe Spirit” Cowarda czy „Tramwaju zwanego pożądaniem”?
Samej tematyki trudno nazwać przecież nieskończenie fascynującą.
Dwaj starzy znajomi z branży filmowej spotykają się w biurze jednego z nich, świeżo awansowanego na dyrektorskie stanowisko. Ten „słabszy” ma pomysł na murowany hit, którym zainteresowana jest wielka gwiazda. „Potężny” zgadza się przedstawić projekt Wielkiemu Szefowi i podzielić zyski oraz chwałę z kolegą. Będąc mężczyznami w marnym wydaniu, zakładają się, czy ten „Potężny” zdoła uwieść nową, tymczasową sekretarkę.
Wabikiem ma być książka, którą „Potężny” daje kobiecie do przeczytania w ramach służbowej uprzejmości. Ona zachwyca się lekturą, odnajdując w niej głębię i ważne tematy, których mężczyźni nie dostrzegają. Przekonuje dyrektora, by dał zielone światło dla ekranizacji tej właśnie książki, a umowę przypieczętowują seksem. (Cóż, David Mamet nigdy nie aspirował do miana feministy).
Następnego dnia „Potężny” brutalnie niszczy marzenia przyjaciela, odrzucając jego komercyjny hit. (Sztuka nie wyjaśnia, dlaczego nie można zrealizować obu filmów, ale mniejsza z tym...). „Słabszy” wymierza koledze cios w twarz, by go otrzeźwić, a potem upokarza kobietę, zmuszając ją do przyznania, że nie poszłaby z szefem do łóżka, gdyby ten nie obiecał jej ekranizacji ambitnej książki. Ta prawda (skądinąd oczywista) sprawia, że „Potężny” wraca do pierwotnego planu realizacji hitu. Kobieta zostaje wyrzucona poza nawias, a panowie wracają do planowania milionowych zysków.
Sztuka nie jest specjalnie zabawna, przynajmniej w tej inscenizacji, a nawet w lepszych wydaniach teza, że to błyskotliwa satyra, wydaje się naciągana. Pokazywanie uprzywilejowanych białych mężczyzn na szczytach władzy Hollywood, którzy knują, zdradzają się i niszczą kobietę po drodze do fortuny, wygląda bardziej na smutny realizm niż satyrę. Owszem, wątek „uprzejmościowej lektury” ma potencjał komiczny, ale jest toporny i mało odkrywczy.
Skoro więc nie fabuła i nie satyra – to dlaczego to wznowiono?
Dla gwiazdy.
W tym przypadku jest to Lindsay Lohan i bez wątpienia stanowi ona najjaśniejszy punkt spektaklu. Gra swobodnie, naturalnie, ma ciekawy, ochrypły głos i w dużej mierze radzi sobie z powierzonym zadaniem. Zdarzył się moment, w którym wypadła z roli, dostała ataku śmiechu i zasłoniła twarz książką, by po chwili wrócić do gry (choć jej partnerzy również mylili kwestie). Mimo ograniczeń samej postaci, Lohan tchnęła w nią życie.
Czego niestety nie można powiedzieć o jej partnerach. Richard Schiff i Nigel Lindsay zostali kompletnie niedobrani do swoich ról. Schiff, skądinąd znakomity aktor, wyglądał na wręcz zażenowanego swoim udziałem w tym przedsięwzięciu, ograniczając się do mechanicznego odgrywania scen. Jego blada twarz podczas ukłonów mówiła więcej niż tysiąc słów.
Z kolei Lindsay (Nigel, nie Lohan) dwoi się i troi, ale efekt jest daleki od zamierzonego. Ilość pompowanej agresji i przesadnego „macho” w jego wydaniu sprawia, że trudno na niego patrzeć, a jeszcze trudniej słuchać. Jest w tym całkowicie niewiarygodny.
Trzecie rozczarowanie to reżyser, Lindsay Posner. Jego praca jest, szczerze mówiąc, godna pożałowania. Spektaklowi brakuje energii, rytmu, wizji i ostatecznie – sensu. Finałowy cios i sztuczna krew wyglądają tak przekonująco jak plastry przy operacji serca. Relacje między aktorami nie istnieją, a całość sprawia wrażenie taniej produkcji, pozbawionej filmowego blichtru, który powinien stanowić tło.
W trzecim akcie człowiek wciąż ma nadzieję, że drzwi się otworzą, zadzwoni telefon i okaże się, że Wielki Szef naprawdę zatwierdził ambitny projekt Sekretarki. Ale niestety – to sztuka Mameta, u którego kobiety służą albo do seksu, albo do upokarzania.
Zagadką pozostaje, dlaczego Lindsay Lohan wybrała akurat ten tytuł na swój debiut na londyńskiej scenie. Może wiedziała, że będzie w nim najlepsza? To jedyne racjonalne wyjaśnienie. Zwłaszcza że miała rację.
To nieuniknione, że West End będzie regularnie gościł hollywoodzkie gwiazdy w pogoni za zyskami z kas. Nie zawsze są to projekty tak chybione jak ten. Wina nie leży jednak po stronie gwiazdy, lecz producentów i ich lekceważącego stosunku do rzemiosła teatralnego oraz widzów. Nie da się jednak zaprzeczyć, że nazwisko Lohan przyciągnęło do teatru nową publiczność. To sukces. Pytanie tylko, czy po obejrzeniu tego spektaklu, ktokolwiek z nich zechce tu jeszcze wrócić.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności