WIADOMOŚCI
RECENZJA: Musical Barnum, trasa po Wielkiej Brytanii ✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fotografia: Johan Persson Barnum
Churchill Theatre, Bromley: Trasa po Wielkiej Brytanii
18 marca 2015
2 gwiazdki
Wyobraźcie sobie dźwięk metalu ciągniętego po betonie. Albo głos Lee Marvina, który niemal bezustannie przeżuwa melodię w „I Was Born Under A Wandering Star”. Ten głuchy, odbijający się echem, grobowy i atonalny dźwięk. Macie go już w głowie? To nie jest dźwięk, jakiego spodziewalibyście się usłyszeć, piosenka po piosence, w wykonaniu głównego bohatera musicalu, prawda?
A jednak to właśnie taki dźwięk wydobywa z siebie Brian Conley w swojej popisowej roli w „Barnumie”, granym obecnie w Churchill Theatre w Bromley w ramach brytyjskiego tournée. Dokładnie ten dźwięk – taki, przy którym Harvey Fierstein brzmi niczym Howard Keel.
Wiadomo, że przedstawienie ma kłopoty, gdy to wykonawca grający Tomacio Palucha (Tom Thumb) daje najbardziej dopracowany popis wieczoru. A tak właśnie jest w tym przypadku.
Trudno pojąć, jak do tego doszło. Ta produkcja narodziła się w Chichester, gdzie była dopieszczona, ożywcza, ekscytująca i pełna serca. (Przeczytaj naszą recenzję z Chichester). Tamtejszy scenariusz był jednak zupełnie inny, podobnie jak ogólne podejście do spektaklu. Obsadę stanowili ludzie, którzy potrafili grać, śpiewać i tańczyć, a całość wykonywana była z prawdziwym polotem.
Cameron Mackintosh nie zaakceptował jednak tamtej inscenizacji, co jasno pokazał serial dokumentalny Channel 4 „The Sound of Musicals”. Ujawniono w nim kulisy i trudności, z jakimi ówczesny zespół produkcyjny musiał się mierzyć w starciu z wizją Mackintosha. Nie do końca wiadomo, co mu nie pasowało, ale wydawało się – o dziwo – że kością niezgody była rola Christophera Fitzgeralda, którego Barnum był postacią bardziej złożoną, ciekawszą i mniej „pod publiczkę”, niż można by oczekiwać. Skończyło się na tym, że produkcja z Chichester nie trafiła na West End, a Mackintosh ogłosił, że po kraju ruszy nowa wersja z odświeżoną obsadą.
Zatem wersja objazdowa, którą gościmy w Bromley, to „Barnum” zatwierdzony przez Mackintosha (który nawet poprawił tekst wraz z autorem oryginału, Markiem Bramble’em). Nawiązuje ona do pierwotnych inscenizacji z lat 80., w których na Broadwayu błyszczeli Jim Dale i Glenn Close, a na West Endzie Michael Crawford. Podobnie jak tamte, sercem tej produkcji jest efektowna, stylowa gwiazda z darchem do estradowych sztuczek; w przeciwieństwie do nich – jest niemal całkowicie pozbawiona muzykalności.
Program przypomina, że gdy „Barnum” debiutował na Broadwayu, istniał poważny problem z orkiestracją radosnej i dźwięcznej partytury Cy Colemana: „Były to szalone wersje 'turkey in the straw' – brzdąkające, przeładowane skrzypcami, koszmarne i zupełnie niezdatne do użytku”. Adaptacje orkiestracji Williama Davida Brohna autorstwa Stephena Metcalfe’a mogą nie być szalone, ale ograbiają muzykę z jej radosnego potencjału i tworzą płaską, mdłą, syntetyczną powłokę dla każdej nuty i melodii.
Partyturze nie pomaga kierownictwo muzyczne Iana Townsenda, oprawa dźwiękowa Mike'a Pottera ani gra dziesięcioosobowego zespołu. Ta muzyka potrzebuje dziarskiego, skocznego tempa w numerach zbiorowych, ale też leniwego rytmu tam, gdzie wymaga tego dramaturgia; asekuracyjne, umiarkowane tempo na nic się tu nie przydaje. „One Brick At A Time” jest zbyt wolne, by stać się porywającym numerem, jakim być powinno; nie ma sensu wystawiać „The Museum Song”, jednego z najsprytniejszych i najbardziej karkołomnych popisów solowych w musicalach, jeśli nie robi się tego z nienaganną dykcją i w zawrotnym tempie, które pod koniec jeszcze przyspiesza. To nie jest numer do bezpiecznego drepczania.
Czy to kwestia gry, czy nagłośnienia, perkusyjny puls big-bandu, który napędza i definiuje numery takie jak „Come Follow The Band” czy „Join The Circus”, jest niemal nieobecny. Brakuje precyzji i pewnego fundamentu rytmicznego, przez co partytura Colemana w tym wykonaniu traci ten blask i żar, które czynią ją wyjątkową.
Śpiew w większości również nie zachwyca. Gdy jednak pojawiają się wyjątki, od razu przykuwają uwagę i dają wyobrażenie o tym, czym „Barnum” mógłby być. Mikey Jay-Heath jest znakomity jako Tomacio Paluch, a jego wielki numer „Bigger Isn’t Better” wypada wspaniale pod każdym względem. Jay-Heath śpiewa z wielką wprawą, tańczy energicznie i z precyzyjną, czystą linią, wypełniając scenę talentem. Landi Oshinowa dwukrotnie popisuje się świetnym wokalem – jej numer jako Joyce Heth, „Thank God I’m Old”, promienieje, a utwór z drugiego aktu, „Black and White”, to solidna dawka jazzu i bluesa, stanowiąca kojącą oazę w morzu niemal martwych wykonań wokalnych.
Problemem nie jest zespół (Ensemble), który składa się z utalentowanych, pracowitych i pełnych energii ludzi. Śpiewają z zapałem, dbając o harmonie i melodię. Brzmienie, jakie wydobywają w wielkich numerach, mimo całkowitego oddania żywiołowej i wymagającej fizycznie choreografii Andrew Wrighta, jest doskonałe i pełne. Czasami wyprzedzają niemrawy rytm, starając się oddać sprawiedliwość krokom i piosenkom, co nie świadczy o nich źle, a raczej pokazuje, że błędy leżą w kanale orkiestrowym i u głównych gwiazd.
Właśnie, gwiazdy. Oddając cesarzowi, co cesarskie, Brian Conley bez trudu radzi sobie z aspektami roli showmana: swobodnie żartuje z publicznością, stylowo wykonuje sztuczki magiczne, połyka ogień, zbiera salwy śmiechu, a w trzeciej próbie udaje mu się przejść po linie. Stosuje gładką taktykę handlarza „cudownymi miksturami”, co czyni jego Barnuma rasowym przedsiębiorcą. Na powierzchni Conley jest świetnym P.T. Barnumem.
Jednak aby musical zadziałał jako musical, pod tym błyszczącym opakowaniem musi kryć się serce, a pod stylem – treść. Umiejętność śpiewania również bywa przydatna. Conley nie dostarcza ani emocji, ani głębi, jego gra jest powierzchowna, a śpiewać zdecydowanie nie potrafi – nawet w stylu Reksa Harrisona. Przez to muzyczna strona spektaklu, będąca jego kręgosłupem, po prostu kuleje.
Ani Linzi Hateley jako Chairy Barnum, ani Kimberley Blake jako Jenny Lind nie stanęły na wysokości zadania. Obie kreacje są jednowymiarowe, chłodne i zwyczajnie nużące. Między aktorkami a Conleyem brakuje jakiejkolwiek chemii, choć nie można ich za to winić. Sporo jest też śpiewania nieczystego, szczególnie w wykonaniu Blake, co jest niefortunne, biorąc pod uwagę, że Lind ma być „najlepszą śpiewaczką świata”. Trudno nie współczuć Hateley; jej duety z Conleyem powinny być delikatne i refleksyjne, ale chrypienie Conleya całkowicie niszczy ten efekt.
W spektaklu pojawia się kilka świetnych ról epizodycznych w wykonaniu Nicka Butchera i Edwarda Wade’a – obaj są wszechstronnie utalentowani i czeka ich świetlana przyszłość. Wśród wyróżniających się członków zespołu, nieustępujących energią i umiejętnościami wokalnymi, znaleźli się Courtney-Mae Briggs, Louis Stockil, Jennifer Robinson, Georgie Ashford i Silvia Dopazo. David Birch bardzo pewnie gra Wiltona i jest kolejnym świetnym tancerzem i śpiewakiem w tym gronie.
Cały zespół znakomicie ze sobą współpracuje, przemieszczając scenografię i zapewniając odpowiednie wsparcie dramatyczne i wokalne, a wszystko to z zaraźliwym entuzjazmem. Akrobacje cyrkowe pod okiem Juliette Hardy-Donaldson robią wrażenie i dają mnóstwo frajdy. Piruety, salta, skoki, szczudła i ewolucje wszelkiego rodzaju – to cyrk w najlepszym wydaniu. Ich występy w „Black and White”, „Come Follow The Band” i „Join The Circus” oglądało się z prawdziwą przyjemnością.
Scenografia i kostiumy Scotta Paska, Paula Willsa i Lone Schacksen są kolorowe i trafnie oddają nastrój jarmarcznego szaleństwa. Dekoracje nie zawsze są dobrze oświetlone i towarzyszy im dziwny efekt przygaszenia, co jest zastanawiające, choć współgra z brakiem muzykalności akompaniamentu.
To nie jest „Barnum” w swojej najlepszej formie. Trudno powiedzieć, co właściwie zamierzył reżyser Jean-Pierre Van Der Spuy. Całość nie umywa się do ciepłej, czarującej produkcji z Chichester. Publiczność, z którą oglądałem spektakl, wydawała się bawić całkiem dobrze, ale to raczej zasługa (niezaprzeczalnych) walorów samej historii i muzyki oraz niespożytej energii zespołu, a nie ról pierwszoplanowych. Albo po prostu widzowie nie mają porównania z innymi wersjami.
Ten „Barnum” należy do Tomacia Palucha. A jak często zdarza się okazja, by to powiedzieć?
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności