Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Beowulf, Etcetera Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Beowulf

Etcetera Theatre, Camden

13 lutego 2015

3 gwiazdki

Najlepsze w oglądaniu nowych sztuk jest to, że nigdy do końca nie wiadomo, czego się spodziewać. Sławni, uznani autorzy, aktorzy czy reżyserzy mogą zaliczyć wpadkę. Z kolei zupełnie nieznani twórcy potrafią wykrzesać na scenie prawdziwą alchemię. Często też efekt końcowy nijak ma się do tego, co zapowiadał opis czy tytuł.

Beowulf był pierwszym tekstem literackim, o którym musiałem napisać esej na studiach. To potężny, rozlewny poemat epicki, pełen archaicznych zwrotów, który według mojego uczonego profesora był najdoskonalszym przykładem tradycyjnej narracji ustnej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, by w końcu zostać spisanym. Taka poezja dokumentalna – trudna w odbiorze, ale miejscami niesamowicie wciągająca.

Zespół Autojeu Theatre prezentuje obecnie „Beowulfa” w Etcetera Theatre w Camden. Choć tytuł pokrywa się z wielkim poematem, na tym właściwie kończą się podobieństwa.

To spektakl autorski, stworzony zapewne przez jego dwie gwiazdy: Sama Gibbsa i Pete'a Buffery'ego. Trochę tu improwizacji, trochę dopracowanego numeru komediowego, szczypta pantomimy, musicalu, teatru fizycznego i kompletnego absurdu. Ten „Beowulf” to pomysłowa, komiczna jazda bez trzymanki, czerpiąca pełnymi garściami z tradycji wodewilu. Wymyka się on wszelkim klasyfikacjom i bynajmniej nie jest to zarzut.

Sercem przedstawienia jest nietypowy, ale autentycznie genialny duet komiczny. Gibbs to brodaty, swojski typ „męskiej divy”, który opowiada publiczności swoją wersję losów Beowulfa. Wciela się we wszystkie role z ogromnym dowcipem i bezczelnością, co chwila burząc czwartą ścianę, by wywołać wybuch śmiechu lub wziąć na celownik kogoś z widzów. Z jego perspektywy tylko on się liczy; jakiś tam blondas z instrumentem jest jedynie żywą maszyną do efektów dźwiękowych.

Blondas (Buffery) widzi to inaczej. Dla niego to pełnoprawny duet, w którym obaj wykonawcy są kluczowi dla sukcesu show. Jest oburzony faktem, że Gibbs zagarnia całe światło jupiterów i traktuje go z góry. Knuje więc zemstę, zdeterminowany, by przy ukłonach zająć należne mu miejsce.

Przy takim założeniu para serwuje nam niedorzeczną opowieść o niedorzecznym Beowulfie, który przeżywa niedorzeczne przygody i kładzie trupem smoki, którym do powagi również daleko. Spektakl luźno trzyma się wątków ze starego poematu, ale to nie sama treść jest tu istotna, lecz sposób jej podania.

Zarówno Gibbs, jak i Buffery to znakomici, choć skrajnie różni komicy. Obaj posiadają tę rzadką umiejętność przykuwania uwagi widza jednym spojrzeniem, filuternym uśmieszkiem czy idealnie wymierzonym uniesieniem brwi. Najlepsze momenty „Beowulfa” to te, w których między aktorami iskrzy, a salwy śmiechu wywołuje ich idealna synchronizacja i ta udawana, pobłażliwa pogarda wobec siebie nawzajem.

Gibbs ma ogromne pole do popisu, bo to na jego barkach spoczywa większa część narracji. Jest nieprawdopodobnie pomysłowy w kreowaniu kolejnych postaci, bez trudu zmieniając głos i postawę w zależności od potrzeb akcji. Dodatkowe punkty wędrują do niego za absurdalną pantomimę, a zwłaszcza za sekwencję pływania w świetle kuli dyskotekowej (jeszcze więcej punktów, jeśli – jak mi się wydaje – jego popisy były inspirowane podwodną walką Shelley Winters w „Tragedii Posejdona”).

Buffery w niczym nie ustępuje mu pola w kwestiach komediowych. Jego kamienna twarz i wymowne spojrzenia przypominają styl wielkiego Jacka Benny'ego; w tym duecie świetnie odnajduje się w roli wiecznie pomijanego partnera. Jest sprawnym wokalistą, a jego kompozycje (zakładam, że autorskie) są intrygujące i wpadają w ucho. Sprawnie operuje całym arsenałem instrumentów, zapewniając genialne i punktualne tło dźwiękowe dla wyczynów Gibbsa.

Sztuka jest odrobinę za długa (mimo że trwa około 60 minut) i zbyt często Buffery zostaje bez konkretnego zajęcia na scenie. Nie zmienia to jednak faktu, że całość jest szalenie kreatywna i dostarcza mnóstwo radości. Do perełek należą: naśladowanie przez Buffery’ego świstu miecza, którym wywija bohater Gibbsa, scena, w której kontrola nad tempem marszu armii przechodzi z rąk do rąk, oraz genialny moment, w którym Gibbs odgrywa parę kochanków trzymających się za ręce.

Na swojej stronie internetowej teatr Autojeu pisze: „Jako zespół dostrzegamy granice kreatywności i zabawy narzucane dzieciom, dlatego w naszej pracy zachęcamy najmłodszych do swobodnej zabawy, a dorosłym pomagamy odkryć w sobie dziecko i przypomnieć sobie, czym jest czysty 'fun'. Zabawa to nie tylko bycie zabawnym; to mentalność, którą można (i należy) przenosić do pracy i codziennego życia. Chcemy zarażać nią naszą widownię. Zabawa to znajdowanie frajdy we wszystkim – nawet w najbardziej nietypowych sytuacjach: gdy zmyślasz szefowi powód spóźnienia, gdy ucieknie ci ostatni autobus albo gdy właśnie pochowałaś chomika. Zabawa jest wszędzie, trzeba ją tylko odnaleźć – i to właśnie robimy”.

Wierni swojej dewizie, znaleźli masę frajdy w tak nieoczywistym miejscu jak staroangielski epos.

Zdecydowanie warto zobaczyć, jeśli szukacie w teatrze czegoś zupełnie innego.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS