Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Cream, Canal Café Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Cream Canal Café Theatre

2 lipca 2017

3 Gwiazdki

Zarezerwuj teraz

Osoby siedzące przy moim stoliku podczas tej wysokokalorycznej wieczornej „chmurki” przyznały, że do teatru przyciągnęły je dwie rzeczy z opisu: obietnica czegoś „przezabawnego” oraz hasło „komedia muzyczna”. I tyle w temacie. Wiedzieli, czego chcą i dostali to z nawiązką. Czworo zaprawionych w bojach artystów – Danielle Morris, Brendan Matthew, Katriona Perrett i Daniel Mack Shand – stanęło na scenie u boku znakomitego kierownika muzycznego, Arona Clinghama, by zaserwować nam godzinę dowcipu i ciepła w formie składanki numerów z zapomnianych, pechowych, zignorowanych lub wyszydzonych musicali sprzed lat. A urocza młoda para obok mnie była w pełni usatysfakcjonowana tym, co zobaczyła.

Na otwarcie – będące poniekąd wyjątkiem – idzie „It’s A Musical” z dalekiego od porażki „Something Rotten” i bardzo miło było znów to usłyszeć. Dzięki reżyserii, a także choreografii autorstwa wszechstronnie utalentowanego Tima McArthura, numer ten ma mnóstwo uroku i w pewien sposób nadaje ton całemu wydarzeniu. Szybko przechodzimy do „I’m Ev’rybody’s Girl” z „Steel Pier” duetu Kander i Ebb, wypełnionego potrójnymi rymami i figlarnym amoralizmem. Kolejną perełką jest „Blue Crystal” z równie niedocenianego „The Rink”, a potem „It’s A Business” z niemal całkowicie zapomnianego „Carmen” tych samych twórców.

Wracając na nasze brytyjskie podwórko, odkrywamy ukryte uroki partytury Toma Jonesa (tak, TEGO Toma Jonesa) do „Matadora” – spektaklu prawdopodobnie lepiej znanego z plakatu niż z jakichkolwiek występów: „The Boy From Nowhere” to śliczny tekst i pięknie ukształtowana melodia, niesprawiedliwie omijana. Cóż, właściwie Michael Ball ją nagrał. Jak widać, wytrawni artyści wiedzą, jak podtrzymać życie w takich utworach; dotyczy to zresztą sporej części repertuaru tego wieczoru.

Komicznie czarująca pieśń Hobbitów z „Władcy Pierścieni” jest – szczerze mówiąc – poza granicą parodii, będąc żywiołową celebracją bełkotu. (A bełkot nie jest oficjalnym językiem hobbitów: to efekt stworzony przez Matthewa Warchusa i Seana McKennę – bez wątpienia świadomie – poprzez potwornie nieudolną werbię). Serce rośnie, gdy odkrywa się wielkich artystów zdolnych do wielkich grzechów, a – miło mi donieść – przed nami jeszcze więcej...

Składanka musicali typu jukebox lub „katalogowych” z lat 80. i 90. zawiera kilka skocznych kawałków z „9 to 5” (show, który świetnie radzi sobie na scenie i z każdym, kto uważa inaczej, będę walczyć na śmierć i życie zrolowanymi programami w tej chwili na parkingu), „Flashdance” – co jest już nieco bardziej dyskusyjne – oraz naprawdę fatalnego „Viva Forever”. To jednak drobnostka w porównaniu z horrorem groteskowego „Sherlocka Holmesa” z 1989 roku: dzieła będącego przykładem najbardziej prymitywnej, tandetnej paszy scenicznej.

W rywalizacji z nim, „March of the Falsettos” wciąż budzi skrajne emocje. „Four Jews in A Room, Bitching” brzmi źle, ale tak właśnie miało być. I muszę wam powiedzieć: ten show nigdzie się nie wybiera. Wręcz przeciwnie, wraca. W każdej chwili. Odświeżcie Talmud. I poczytajcie o fudze i kontrapunkcie przy okazji, bo partytura jest co najmniej neurotycznie „wyrafinowana”.

A potem powrót do UK i do wystawnej katastrofy, jaką było „Metropolis”. Było? Jest? Spektakl jest właśnie wznawiany w prężnie działającym Ye Olde Rose and Crowne (kierownikiem muzycznym jest nie kto inny jak sam maestro Clingham, październik 2017: rezerwacje otwarte!!). Prawdę mówiąc, głównym powodem do niechęci wobec tego tytułu był występ Briana Blesseda w głównej roli: widziałem to trzy razy i do dziś nie potrafię powiedzieć, co on właściwie miał robić, ale był niemal w każdej scenie. A przynajmniej tak się wydawało. Myślę, że był po prostu nietrafiony obsadowo: robił co mógł, by wypaść dobrze, ale to niewiele pomogło. Spektakl jest niesłusznie pomijany. Na przykład, ma jeden z najlepszych numerów otwierających drugi akt, jakie kiedykolwiek widziałem – zwłaszcza w efektownej choreografii i kostiumach z Piccadilly Theatre – ale to niestety nie wystarczyło, by ożywić martwy twór. Szkoda. Piosenkę taką jak „It’s Only Love”, uwzględnioną w tej rewii, warto usłyszeć.

Z kolei scena budowania łodzi z „Moby Dicka” – wręcz przeciwnie. To słaby numer z przedstawienia, które ma w sobie znacznie lepszy materiał. Jeśli jednak celem tego zestawienia jest okazyjne sypanie soli na rany uśmierconych rozrywek, to nic nie zaboli bardziej niż to. To jest okropne.

Zupełnie inaczej jest z wielkim miłosnym motywem z „Les parapluies de Cherbourg”. Co? Nie mówicie po francusku? Zut alors! Tytuł po angielsku to „The Umbrellas of Cherbourg”. To delikatny wyrób cukierniczy, upleciony z cukru syropowatych melodii Michela Legranda, wsparty jedynie galijską pewnością siebie. Zabierzcie francuski pierwiastek, a całość rozpadnie się w niesmaczny pył. „I will wait for you” jest tu rozciągnięte do granic wytrzymałości, daleko poza punkt krytyczny cierpliwości widzów, i podane jako okrutna, bezduszna farsa. Auć. Michel, przepraszam, że ci to robią!

Z kolei „Out, out, out!” z „Batboy” ma nam przypomnieć o czym właściwie? Ten show to pewnego rodzaju satyra, ciesząca się kultową złą sławą, co zdaje się było głównym celem twórców od samej premiery. Ten spektakl jest jak pułapka w filmie klasy B, która nigdy się nie kończy. Cóż, istnieje zakończenie – i to na wskroś jak z tragedii jakobińskiej – a piosenek trzeba słuchać właśnie w takim makabrycznym kontekście. Dobra, przyznaję się do stronniczości: akurat lubię ten show. No dobra, lubię go bardzo. Naprawdę bardzo. Podobnie „Glitterboots” z niewiarygodnie katastrofalnego – ale wiecznie wznawianego – „Saucy Jack and the Space Vixens” to kolejny numer, który gdy raz usłyszy się w wykonaniu Jamie Birkett i reszty, nie chce wyjść z krwiobiegu. Zakaża cię. A tutaj dostajemy nawet oryginalną choreografię (wyzywam każdego, by spróbował wystawić to bez niej!). Jak tego nie kochać? To jak niezbyt udany numer taneczny z dawnego „Top of the Pops”. Czy to zbrodnia?

A co powiecie na „Taniec Wampirów”, show, który nie odważył się pokazać w świetle westendowskiego teatru, a mimo to grają go bez końca w większości krajów germańsko-madziarskich, jak gdyby nic innego nie mogło go zastąpić. Utwór Jima Steinmana „Total Eclipse of the Heart” jest – podobno – wykorzystany w tym spektaklu, ale gdzie? Nie widzę go w spisie. „Po co w ogóle próbujesz to sprawdzić?” – słyszę wasze pytanie... Brak mi słów, by opisać zabójczo śmieszną inscenizację tej piosenki tutaj i – nie, nie, nie – żadne tortury ani pieniądze nie wycisną ze mnie szczegółów. Idźcie i zobaczcie sami. To punkt kulminacyjny wieczoru, moment, w którym dzieje się prawdziwa magia! (Miło by było, gdyby takich chwil było więcej w ciągu godziny spędzonej z tymi uroczymi ludźmi, ale jest jak jest).

Och, i jest jeszcze koda. Kończymy uroczym, charakterystycznym numerem w stylu Lishy z „See-Saw” Cy Colemana: „It’s Not Where You Start, It’s Where You Finish”. I nie mógłbym się bardziej zgodzić. Tak, cały ten show – sklecony pośpiesznie w ledwie tydzień – mógłby lśnić jaśniej przy większej liczbie prób, ale finał bije optymistyczną energią i dobrym humorem. A to jeszcze nie koniec. Słuchajcie uważnie i obserwujcie scenę! Nie pożałujecie.

W każdą niedzielę do 23 lipca

REZERWUJ BILETY NA CREAM W CANAL CAFE THEATRE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS