WIADOMOŚCI
RECENZJA: Eureka Day, Old Vic Theatre w Londynie ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
Libby Purves
Share
Nasza redakcyjna specjalistka od teatru, Libby Purves, ocenia Helen Hunt w komedii Jonathana Spectora „Eureka Day” wystawianej w londyńskim teatrze Old Vic.
Kirsten Foster, Susan Kelechi-Watson, Mark McKinney i Helen Hunt. Fot. Manuel Harlan Eureka Day
Old Vic Theatre
5 Gwiazdek
KUP BILETY NA EUREKA DAY LITOŚCI, CO ZA GŁUPCY Z NAS, LIBERAŁÓW...
W wypełnionej pufami bean-bag, kolorowej szkole podstawowej w Berkeley w Kalifornii, pięcioosobowy komitet wykonawczy usiłuje wypracować konsensus w sprawie zmiany kategorii w menu wyboru dla kandydatów. Czy „adoptowane dziecko transrasowe” to równie istotna definicja co „Rdzenny Amerykanin”? Czy „Żyd” powinien być opcją oddzielną od „Białego”? Nowo przybyła – Carina – popełnia faux pas, nazywając swoje dziecko „on”, a nie „oni”, co jest oficjalną polityką szkoły, choć członkowie komitetu uprzejmie ją uspokajają: „nie twierdzimy, że nie znasz zaimków własnego dziecka”.
Helen Hunt (Suzanne) i Mark McKinney (Don) w spektaklu Eureka Day. Fot. Manuel Harlan
Dowiadujemy się, że Eureka Day to szkoła, w której dzieci kibicują drużynie przeciwnej, szkolne przedstawienie „Piotruś Pan” zostało oczyszczone z kolonialnych naleciałości poprzez przeniesienie akcji w kosmos, a toalety są za wielkie pieniądze uniseksualizowane przez wykonawcę, który odpowiedzialnie pozyskuje lokalne materiały. A jednak od razu przypomina nam się, że instynkt obronny rodziców bywa bezwzględny: problemem w poprzedniej szkole Cariny było to, że jej dziecko jest wybitnie zdolne i „nie mogło liczyć na wsparcie dla osób ze specjalnymi potrzebami, dopóki nie zaczęło oblewać przedmiotów”. Na co otrzymuje protekcjonalną odpowiedź: „u nas jest mnóstwo neuroróżnorodności”. Mimo to, stary hippe Don, nim przeczyta kolejny komunał perskiego mistyka Rumiego o tym, że lampy nie dają światła, póki się ich nie zapali, rzuca bezsensownie: „Jesteśmy szkołą wyboru w społeczności intencji”. A na spotkaniach zawsze zajadają się ekologicznymi pączkami pieczonymi przez niepełnosprawnego intelektualnie, ale sławnego fizyka.
Susan Kelechi-Watson (Carina) i Ben Schnetzer (Eli) w Eureka Day. Fot. Manuel Harlan
Wiemy więc doskonale, gdzie jesteśmy: to radosna satyra na lęki liberalnej klasy średniej o hippisowskich korzeniach, na nadopiekuńczość i erę chronicznego obrażania się – w duchu uwielbianych komedii, takich jak „Bóg mordu” czy „Clybourne Park”. Jednak w miarę jak atmosfera gęstnieje, punkt ciężkości przesuwa się na jeszcze bardziej aktualny temat: cyfrową dezinformację, plotki i fake newsy, które są bezkrytycznie chłonięte i przekuwane w politykę tożsamościową. Wybucha epidemia świnki, a władze domagają się kwarantanny. Wielu rodziców – w tym dwoje z komitetu – to antyszczepionkowcy, przekonani, że „Big Pharma” nie oszuka ich i nie zmusi do „trucia” dzieci. Z kolei zwolennicy szczepień są równie oburzeni ryzykiem dla odporności zbiorowej, która chroni ich własne pociechy. Sztuka Jonathana Spectora powstała przed pandemią Covid, ale nie mogłaby być bardziej na czasie.
Ostatnie dziesięć minut pierwszej godziny to coś naprawdę wyjątkowego – komitet łączy się przez Zoom z niewidocznymi rodzicami, których wypowiedzi są wyświetlane na tylnej ścianie i suficie – w formie klasycznej, genialnej i przerażająco rozpoznawalnej „bełkotu z WhatsAppa”. Zaczyna się od miliona od czapy rzuconych „Cześć wszystkim” i rozmów o zupie czy o kimś, kto przeprowadził się do Vancouver, a może do Montrealu? Ale gdy Don i komitet wspominają o zamknięciu szkoły i kwarantannie, temperatura rośnie. Najpierw pojawia się nabożne „czucie się niekomfortowo” z pewnymi słowami, potem przechodzimy do uwag osobistych o tym, czy kręgarze to prawdziwi lekarze, aż w końcu – w pięknie wyreżyserowanej kakofonii jadu – padają nieuchronne słowa: „faszysta” i „nazista”. Cały geniusz tkwi w technicznie precyzyjnym wykorzystaniu tego internetowego szturmu, podczas gdy obsada na środku sceny, stłoczona wokół laptopa, dzielnie recytuje elegancki scenariusz, będąc niemal całkowicie niesłyszalną: po prostu przez salę przetaczają się salwy bezradnego, duszącego, nieustannego śmiechu widzów czytających posty.
Obsada Eureka Day w teatrze Old Vic. Fot. Manuel Harlan
Właściwie to właśnie ten kwadrans zapewnia spektaklowi „piątą myszkę” (najwyższą ocenę): nie dlatego, że cała sztuka jest wybitna, ale dlatego, że od dwóch lat wszyscy ogromnie potrzebowaliśmy tego doświadczenia – siedzenia i śmiania się do rozpuku ramię w ramię z tysiącem nieznajomych. Finałowa kwestia Dona: „Mam wrażenie, że ten format nie wyzwala w nas tego, co najlepsze” sprawiła, że autentycznie się zakrztusiłam.
Drugi akt pokazuje, jak komitet zbiera szczątki swojej działalności, dotknięty znacznie mroczniejszym, realnym bólem: dziecko Eliego jest poważnie chore, prawdopodobnie zaraziło się od antyszczepionkowej May, z którą Eli sypiał, ku obrzydzeniu swojej niewidocznej dla nas żony. Choć koleżanka z troską dopytuje: „Myślałam, że macie już etap monogamii za sobą?”. Dowiadujemy się, że współzałożycielka Suzanne – wniuansowanej roli Helen Hunt – przeżyła w przeszłości tragedię, która uformowała jej, być może nieracjonalną, niechęć do nauk medycznych. Widzimy, jak Eli Bena Schnetzera ewoluuje z przewrażliwionego, niemal idiotycznego „wokey” z początku sztuki w dojrzałego mężczyznę. May w wykonaniu Kirsten Foster funduje nam popis wściekle agresywnego dziergania przez zaciśnięte zęby, a potem szalony wybuch nienawiści do wszystkiego, co nowoczesne – od antybiotyków po plastik. Z satysfakcją obserwujemy też nieszczęsnego Dona w jego szortach safari, próbującego „z szacunkiem” spisać wspólne wartości na flipcharcie, podczas gdy Carina (Susan Kelechi Watson) miażdży go swoimi ripostami. No i Suzanne, stająca się jeszcze bardziej żałosną, gdy Carina w końcu wybucha na założenie białej kobiety, że czarnoskóra matka na pewno korzysta z „zasiłku”. Nie korzysta. Ach, ten ból, ten wykwintny ból toczący ich wszystkich.
Podsumowując – zachwyciło mnie to. I choć sztuka znajduje pewne rozwiązanie, to nigdy więcej nie osiąga już tak satysfakcjonującego poziomu przerysowania jak w scenie z Zoomem kończącej pierwszą połowę. Cóż, trudno byłoby to przebić. Ale to wspaniały wieczór, bolesny w swojej aktualności, zgrabna dwugodzinna przeciwwaga dla wszystkich naszych problemów pierwszego świata.
Www.oldvictheatre.com. Do 31 października
Grane do 31 października w Old Vic w Londynie. KUP BILETY NA EUREKA DAY
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności