Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: How To Hold Your Breath, Royal Court ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Maxine Peake i Peter Forbes w sztuce How To Hold Your Breath. Fotografia: Manuel Harlan How To Hold Your Breath

Royal Court

24 lutego 2015

2 gwiazdki

W czasach naiwności i prostoty zawołanie z komiksów o Supermanie i pierwszych filmowych przygód bohatera z Kryptonu zawsze skupiało się wokół pytań: „Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to Superman!”. Tłum widział, co ma przed oczami, ale miał problem z identyfikacją. Podobne, tyleż intrygujące, co irytujące doświadczenie serwuje nam Royal Court, gdzie swoją premierę ma nowa sztuka Zinnie Harris pt. „How To Hold Your Breath”.

Czy to dramat? Komedia? Farsa? Parabola? Alegoria? Melodramat? Pantomima? Tekst poetycki? Naturalistyczny? Surrealistyczny? Czy może wszystko naraz? A może nic z tych rzeczy? Czy suma części daje tu nową jakość, czy wręcz przeciwnie? Czy to coś ważnego, czy zupełnie błahy utwór?

Po 110 minutach można być pewnym tylko dwóch rzeczy: „How To Hold Your Breath” ciągnie się w nieskończoność, a Zinnie Harris Supermanem (ani Superwoman) nie jest.

Sztuka zaczyna się w dość naturalistycznej scenerii i wydaje się dotyczyć następstw przypadkowego zbliżenia mężczyzny i kobiety. Szybko jednak staje się jasne, że cokolwiek to jest, daleko mu do normalności. Pierwszy sygnał pojawia się, gdy mężczyzna proponuje kobiecie pieniądze za wspólnie spędzony czas. Jej reakcja jest gwałtowna – i to nie tylko dlatego, że oferuje jej marne 45 euro.

On twierdzi, że jest demonem, diabłem, uderzeniem pioruna, a jego nasienie jest czarne. Nalega, by wzięła pieniądze; ona stanowczo odmawia. Wyrzuca go, po czym odkrywa na swoim ciele dziwne czerwone znamię, które bolesnym żarem daje o sobie znać. Czeka ją rozmowa o pracę, i tak zaczyna się jej podróż.

To podróż przedziwna pod każdym względem. Bohaterka spotyka osobliwego bibliotekarza, który z uporem oferuje jej poradniki z serii „Jak...”; to on również inicjuje pierwszą z wielu sytuacji, w których – bezpośrednio lub nie – proponuje się jej 45 euro. Ona, jak zwykle, odmawia, a bibliotekarz (któremu demony, jak się okazuje, nie są obce) ostrzega przed nadchodzącą tragedią.

A tragedii jest co niemiara: banki plajtują, Unia Europejska upada, narasta anarchia i niepokoje społeczne, siostra bohaterki traci dziecko. Kobiety uciekają z Europy, która stała się jałowym pustkowiem pełnym zagubionych i brutalnych mieszkańców. Wsiadają na przepełniony statek, który wpada w kłopoty w drodze do Afryki, i umierają. A może umiera tylko jedna z nich? Trudno wyczuć. Wygląda jednak na to, że nawet w obliczu śmierci rozmowy o pracę są wciąż aktualne. Podobnie jak pełne pasji monologi i bibliotekarze oferujący kolejne poradniki o krzykliwych tytułach w stylu: „Jak nie dławić się gnijącym członkiem w ustach”.

Ale co to wszystko ma znaczyć? Czy w ogóle ma jakiś sens?

Czy to diagnoza stanu Europy, współczesnego społeczeństwa, czy coś w tym rodzaju? Czy to seria scenek obrazujących aspekty nowoczesnego życia w sposób niespójny i drażniący – co miałoby odzwierciedlać chaos dzisiejszej egzystencji? A może to rodzaj gobelinu, utkany z migawek obserwacji i wróżb na bliską przyszłość, które mają nas zmusić do myślenia?

Czy po prostu kiepsko przemyślany miszmasz omenów i „prawd objawionych”? Wielki biznes to diabeł; banki są złe i zniszczą społeczeństwo; polityka jest złem prowadzącym do upadku cywilizacji; współczesność jest bezradna; idea wspólnoty i altruizmu przepadła na rzecz egoizmu; przyszłość nie niesie nadziei; trzymanie się zasad prowadzi do zguby.

Język Harris jest niespójny i dziwaczny. Fragmenty, które w założeniu miały być zabawne, kompletnie nie trafiają w punkt. Często pojawiają się wulgaryzmy, które ewidentnie mają szokować lub nadawać tekstowi „pazura”, ale brzmią banalnie i nietrafienie. Jest to tym bardziej rażące, że pod koniec sztuki Harris potrafi stworzyć fragmenty o wielkiej, złożonej urodzie.

Reżyseria Vicky Featherstone w żaden sposób nie rozjaśnia, co sztuka ma na celu ani do jakich przemyśleń ma skłaniać. Chloe Lamford stworzyła osobliwie banalną, dystopijną scenografię, zagraconą przedmiotami symbolizującymi tymczasowość ery konsumpcjonizmu, z centralnym punktem w postaci latających, obramowanych tła, z których każde sugeruje inne miejsce akcji.

Chwilami tempo jest wręcz pogrzebowe, co potęguje brak jasnego celu w tekście. Można odnieść wrażenie, że twórcy uznali, iż powolne tempo jest tożsame z głębią. Otóż nie jest.

Na szczęście jest Maxine Peake – utalentowana i wrażliwa aktorka, która robi wszystko, co w jej mocy, by tchnąć życie w swoją postać, Danę, i jej dziwaczną podróż. Peake ogląda się i słucha z prawdziwą przyjemnością; ma kilka popisowych monologów, w których pokazuje swój kunszt i energię. Widząc, jak jej ogromny talent marnuje się w tak niedoskonałym materiale, trudno było nie marzyć o zobaczeniu jej w sztuce, która dorównałaby jej klasie.

Dana ma być kobietą przed trzydziestką i Peake, zwłaszcza w początkowych scenach, zręcznie oddaje ten ogień młodości. W miarę jak podróż staje się mroczniejsza, jej Dana starzeje się i dojrzewa. To precyzyjnie przemyślana rola, wyciskająca wszystko, co ciekawe z każdej sceny, próbująca nadać całości spójny sens.

Dobrze wypadli również Peter Forbes jako tajemniczy Bibliotekarz oraz Christine Bottemley w roli Jasmine, młodszej siostry Dany. Michaelowi Shaefferowi zabrakło jakiegokolwiek uroku jako Jarronowi (temu od czarnego nasienia), ale być może był to celowy zabieg – sposób na pokazanie chłodnego i odpychającego oblicza wielkiego biznesu.

Scena, w której obie siostry zostają uwięzione na przepełnionej łodzi uchodźców uciekających z upadłej Europy, była przejmująca – wyróżniała się na tle tego eklektycznego i dezorientującego miszmaszu.

W programie do spektaklu czytamy:

Rozpoczynająca się pozornie niewinną przygodą na jedną noc, mroczna, dowcipna i magiczna sztuka Zinnie Harris zagłębia się w najnowszą historię Europy. To epickie spojrzenie na prawdziwą cenę zasad i na to, jak żyjemy dzisiaj.

Mroczna – zgadza się.

Dowcipna? Magiczna? Epicka?

Cóż, nie liczcie na zbyt wiele.

Aby poznać inny punkt widzenia, przeczytaj recenzję Marka Ludmona. Jeśli widzieli Państwo to przedstawienie, zachęcamy do dzielenia się opiniami. Publikujemy obie recenzje, aby zachęcić do dyskusji.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS