Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: If/Then, Richard Rodgers Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Idina Menzel i obsada If/Then. Fot. Joan Marcus If/Then

Richard Rodgers Theatre

18 kwietnia 2014

4 gwiazdki

Z reguły nowym musicalom bardzo trudno jest odnieść sukces. Sztuki dramatyczne cieszą się większą wyrozumiałością zarówno publiczności, jak i krytyków. Mogą być o czymkolwiek, robić cokolwiek, ale od musicali – paradoksalnie – wymaga się konkretnych celów i przestrzegania określonych reguł. Z jakiegoś powodu wciąż pokutuje przekonanie, że nowy musical musi mieć „wpadające w ucho” melodie, by zdobyć uznanie.

Często producenci decydują się wspierać dzieła oparte na innych mediach – filmach, książkach, opowiadaniach czy poezji. Wychodzą z założenia, że widzowie chętniej przyjdą zobaczyć spektakl, jeśli opowiada o historiach lub postaciach, które już znają i lubią.

Całkowicie oryginalne musicale, w których libretto jest świeże i opowiada nową historię, to rzadkość. A jednak mogą one odnieść sukces komercyjny i artystyczny. W ostatnich latach jedyną nagrodą Tony dla Najlepszego Musicalu, która trafiła do w pełni oryginalnego dzieła, był „Księga Mormona” (The Book of Mormon) w 2011 roku. Spektakl „Next to Normal”, choć nie zdobył głównej Tony, został uhonorowany Nagrodą Pulitzera.

Często przy zupełnie nowym materiale producenci zabezpieczają się, nalegając na obsadzenie „gwiazdy”. Czasami więcej niż jednej. (Dotyczy to również musicali opartych na znanych markach: wystarczy spojrzeć na „Dirty Rotten Scoundrels” na West Endzie, by znaleźć potwierdzenie tej tezy). To zawsze skłania do pytania, czy producenci w ogóle wierzą w materiał. Dobry materiał, świetnie obsadzony i wykonany, zawsze się obroni. Czasami to właśnie on tworzy gwiazdy – tak jak „Wicked” uczynił gwiazdę z Idiny Menzel.

W teatrze Richard Rodgers na Broadwayu grany jest właśnie drugi całkowicie oryginalny musical zespołu twórców, którzy zdobyli Pulitzera za „Next To Normal”: enigmatycznie zatytułowany „If/Then” z La Menzel w roli głównej.

W teatrze nie ma kurtyny, więc publiczność wita klimatycznie oświetlona scenografia autorstwa Marka Wendlanda (projekt) i Kennetha Posnera (światło). Widzimy dwa poziomy: jeden, bujny i zielony, z klatkami schodowymi pełniącymi rolę przestrzeni do gry; drugi, poniżej, oszczędny, ale sugerujący luksus i bogactwo, przypominający ekskluzywny kurort z leżakami i parasolami. Dwa światy?

To wygląda ekscytująco i przyciąga uwagę. Stanowi imponujące wprowadzenie. Nastrój jest refleksyjny, skąpany w zieleni.

Nagle światła na widowni gasną, zapada ciemność i po chwili w pojedynczym snopie światła pojawia się La Menzel. Sala szaleje na jej punkcie. Idina czeka, aż owacje ucichną.

Wtedy zaczyna się to naprawdę.

I nie przypomina to niczego, co sugerowała scenografia przed spektaklem.

Scena się porusza, zmienia kształty. Wspaniała lustrzana powierzchnia staje się raz tłem, raz sufitem, odbijając to, co dzieje się na deskach. Jest to hipnotyzujące i uwodzicielskie; w bardzo prosty sposób projekt Wendlanda daje klucz do zrozumienia całej sztuki. Później zamienia się w rozgwieżdżone niebo, wizualizację gwiezdnych możliwości, odzwierciedlając prawdziwe ustawienie ciał niebieskich. Możliwych zakrętów w życiu.

To historia, która mogłaby być zainspirowana wierszem Roberta Frosta „Droga nie wybrana”. Opowiada o wyborach i konsekwencjach, możliwościach i żalu, o tym „co mogło by być” i o tym, „co jest tu i teraz”.

I opiera się mocno na trzech filarach: miłości, zaufaniu i przyjaźni.

La Menzel gra Elizabeth, którą poznajemy krótko na samym początku. Elizabeth jest w nastroju do przemyśleń, zastanawiając się, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby nie dokonała konkretnego wyboru. Od tego momentu śledzimy alternatywne ścieżki. W jednym scenariuszu Beth odświeża dawną miłość do Lucasa i flirtuje z nowym szefem, Stephenem. W drugim Liz, zachęcona przez przyjaciółkę Kate, wykorzystuje przypadkowe spotkanie z Joshem w Central Parku i zakochuje się w nim, podczas gdy Josh przedstawia Lucasa swojemu koledze Davidowi, u których również zaczyna kiełkować uczucie.

W miarę rozwoju pierwszego aktu obie rzeczywistości przeplatają się, a podobne sytuacje powtarzają się, gdy Liz i Beth stają przed skutkami swoich decyzji.

To spektakl absolutnie upajający. Żywe, porywające studium możliwości, przepełnione radością, nadzieją i nieskrępowanymi emocjami.

Co niezwykłe, muzyka (Tom Kitt) i teksty (Brian Yorkey) stanowią nierozerwalną część narracji. Bardziej niż w „Next To Normal”, to zintegrowane połączenie fabuły i partytury tworzy piękno, które przetacza się przez widownię, obejmując tak postacie, jak i widzów. Każda piosenka pogłębia nasze rozumienie sytuacji i złożoności bohaterów. A ponieważ mamy dwie rzeczywistości, widzimy różne postacie śpiewające te same melodie z innymi tekstami i dające zupełnie inny efekt.

Pod koniec pierwszego aktu wątpię, by ktokolwiek na widowni nie miał swojej ulubionej wersji rzeczywistości, by nie trzymał kciuków za pomyślny obrót konkretnych zdarzeń.

Jednak tak naprawdę nic nie jest w stanie przygotować widza na to, co dzieje się w drugim akcie. Jest on na zmianę tragiczny, wstrząsający, zaskakujący i całkowicie zwyczajny; na pierwszy plan wysuwają się ludzkie reakcje na trudne sytuacje.

A potem kończy się tak, jak się zaczęło: cykl zatacza pełne koło. A na samym końcu pojawia się zupełnie nowa szansa. W nienaganny sposób różne światy zbiegają się, a możliwość nowej nadziei jest wręcz podsuwana widzowi pod nos.

Być może spędziłem niemal dwie trzecie spektaklu we łzach: bo był prawdziwy, szczery i pełen autentycznych dylematów, pasji, napięć oraz boleśnie realnych rozczarowań i trudów. To dzieło jest zdumiewająco szczere.

Tak się składa, że „If/Then” to najbardziej niezwykły musical, z jakim zetknąłem się od 1987 roku, kiedy to oryginalna australijska obsada „Les Misérables” zaparła mi dech w piersiach w Sydney.

„If/Then” całkowicie zmienia zasady gry – jest nieskazitelny i przejmujący pod każdym względem, w każdej melodii i każdej myśli.

Carmel Dean wykonuje kawał świetnej roboty, prowadząc muzyków: gra jest żywa, precyzyjna i porywająca. Każda nuta wybrzmiewa idealnie, a śpiew jest – w przeważającej mierze – rewelacyjny. Warstwa muzyczna tej uczty jest w pełni satysfakcjonująca.

Jeśli miałbym jakiekolwiek zastrzeżenia do zespołu (ensemble), to dotyczyłyby one zbyt przeładowanych scen zbiorowych, w których każdy musiał „odrobić swoją pańszczyznę”. Ostatecznie spektakl opowiada o wyborach pięciorga głównych bohaterów i o niczym innym. Jednak w drugim akcie zespół wydawał się bez wysiłku wzbogacać główną oś fabuły. To jasny sygnał, że życie to coś więcej niż tylko doraźne wybory.

W obsadzie znajdziemy kilka naprawdę świetlanych ról.

James Snyder jako Josh jest wprost nadzwyczajny. Jest stuprocentowo męski, przekonujący jako żołnierz, kochanek i ojciec, a śpiewa z niezwykłą swobodą. Posiada czysty, dźwięczny głos, który bezbłędnie radzi sobie z wymaganiami partytury. Śpiewa i gra z wielką sprawnością i pełnym przekonaniem. Wątpię, by ktokolwiek na widowni nie uległ urokowi jego kreacji mężczyzny „idealnego”.

W roli lesbijskiej przyjaciółki, Kate, La Chanze była absolutnie genialna. Śpiewa z niepodważalną wirtuozerią: potrafi wyrzucić z siebie świetliste wysokie nuty, jak i śpiewać pełną mocą, od delikatnych tonów po potężny, „wulkaniczny” belt. To porywająca, zwycięska rola.

Jenn Colella jako Anne, partnerka, a później żona Kate, jest błyskotliwa i pewna swego. Śpiewa dobrze, wręcz znakomicie, a jej doskonale wyważona postać to czysta radość dla oka.

Jason Tam błyszczy jako partner Lucasa. Gra tę rolę z ogromną wyczuciem, unikając stereotypów i stawiając na prawdę: jego David kocha Lucasa i bez wstydu walczy o ten związek. To postać narysowana idealną kreską – a do tego śpiewa wspaniale, całkowicie w duchu muzyki.

Anthony Rapp jako Lucas jest poprawny, ale nie rzuca na kolana. Wydaje się, że nie jest w stanie sięgnąć wyżyn, których wymaga partytura. Nie ma w jego występie nic fatalnego, ale wypada blado na tle reszty obsady. Jego śpiew jest poprawny, lecz pozbawiony iskry i nie w pełni oddaje możliwości, jakie daje ten materiał. Tam przyćmiewa go na każdym kroku.

La Menzel jest wyjątkowa w podwójnej roli Liz i Beth, sprawiając, że obie kobiety są autentyczne i zrozumiałe. Jest w zasadzie każdą z nas – a przynajmniej każdą kobietą interesującą się urbanistyką i życiem u boku partnera, czy też macierzyństwem (lub nie). W zależności od tego, czy akurat jest Liz, czy Beth.

Jej komediowe wyczucie czasu i zrozumienie prawdy o każdej z tych kobiet są wzorcowe. Każda scena jest zagrana klarownie i szczerze. Kreuje obie postacie w sposób wyrazisty, wnikliwy i z ogromnym sercem. Numer „What The Fuck” w jej wykonaniu to prawdziwa perełka.

Jednak... jej śpiew, podobnie jak u Rappa, wydawał się nieco „obok”. Nigdy nie wchodziła idealnie w centrum nuty, nie trafiała w punkt linii wokalnej. Zamiast tego oscylowała wokół dźwięku każdej frazy, tworząc raczej szeroką smugę brzmienia niż precyzyjne uderzenie w nutę. Produkuje fale dźwięku, które krążą wokół właściwego tonu, ale rzadko uderzają w niego z chirurgiczną precyzją.

Nie chodzi o to, że śpiewa źle; po prostu brakuje jej skupienia w dźwięku. Partytura wymaga precyzyjnego śpiewu, podczas gdy La Menzel stosuje technikę „rozrzutową”: jej głos bywa blady, gdy powinien być krwisty i mocny. Gdyby śpiewała tak jak La Chanze czy Snyder, efekt byłby piorunujący.

W obecnej formie jest to śpiew po prostu „ładny”. Spełnia swoją rolę, ale nie zapiera tchu w piersiach.

A to wielka szkoda.

Gdyby w głównych rolach obsadzono osoby z prawdziwym „ogniem” w głosie zamiast Rappa i Menzel, byłoby to dzieło wybitne. Ten musical bije na głowę „Rent”: to kameralna opowieść o prawdziwych ludziach żyjących i odnajdujących się w Nowym Jorku. Jest pełna komicznych, tragicznych i celnych odniesień do życia w tej metropolii.

Gdyby tylko producenci mieli odwagę postawić wyłącznie na umiejętności wokalne: w takim przypadku ani Rapp, ani Menzel nie znaleźliby się w obsadzie. Zamiast nich mielibyśmy wykonawców, którzy potrafią rozświetlić tę partyturę pełnym blaskiem.

Gdyby tak się stało, mielibyśmy do czynienia ze spektaklem milenium.

Nawet w obecnej formie jest to rzecz naprawdę niezwykła. Nie przegapcie tego. To nowy, oryginalny musical, który bije na głowę większość produkcji z ostatniej dekady.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS