Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: La Poule Plombée, Live At Zédel ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

La Poule Plombée

Live At Zedel

19 lutego 2017

4 Gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Uroczy kabaretowy numer „skubanej kury” (a l’anglaise) to zwodniczo lekka kreacja pary znakomitych twórców piosenek: kierownika muzycznego Michaela Roulstona oraz aktorki i wokalistki Sarah-Louise Young. Radość z ich pracy płynie głównie z niezwykle dopracowanych i żywo zrealizowanych wykonań serii piosenek utrzymanych w konwencji pastiszu, których stylistyka obejmuje lata od 90. XIX wieku po 60. XX wieku. Są one prezentowane z niezwykłą dbałością i „autentyzmem” przez wszechstronną diwę, przy akompaniamencie wytwornego pianisty. Jako zespół autorski, Roulston zajmuje się głównie muzyką, a Young tekstami, choć wspólnie odpowiadają za całokształt swojej pracy.

Podczas niedawnego cyklu występów w szykownym Café Zedel przy Piccadilly, ten duet podbił publiczność swoimi druzgocąco przekonującymi i pięknymi hołdami złożonymi pokoleniom francuskich szansonistów. Już od pierwszego wejścia – przeszywające, stalowe spojrzenie, mała czarna (z piórami) i zaciśnięty w dłoni duży nóż kuchenny – było jasne, że postać ta ma być postrzegana jako potencjalnie „trudna” i „wymagająca”, a być może nawet coś znacznie gorszego. I niech tak będzie. Przygotowaliśmy się na coś traumatycznego. Jednak to, co usłyszeliśmy, to „My Voice”: wspaniały utwór wizytówka, mistrzowsko nakreślający postać i jej znaczenie, ale nie zdradzający jeszcze zagrożenia. Niemniej jednak, piosenka ta ugruntowała fakt, że jesteśmy tu, by oddać hołd głosowi, który potrafi „…ostrzec statek we mgle./ Gdy próbuję sięgnąć wysokich nut,/ potrafię sparaliżować psa”. Te żarty, połączone z wyrafinowanym kunsztem scenicznym, dają mnóstwo frajdy.  Skąd więc ten nóż?

„Some men just don’t translate” to kolejna błyskotliwa wyliczanka, w której rymy wpadały z naturalną lekkością i dobrym humorem, a całości nadano teatralny sznyt dzięki stylowo perfekcyjnej ekspresji. Utwór „Surrender” mocniej porwał całą salę, a „That night, that wonderful night” stał się komediowym duetem obojga wykonawców. Żarty utrzymano na wyrafinowanym i dość dystyngowanym poziomie, mieszając jej złudzenia o wielkim luksusie z jego realistycznym podejściem do twardych faktów. Ponownie, wszystko to było raczej lekkie i sympatyczne, dalekie od wizerunku potencjalnie morderczej harpii, jaki pokazano nam na początku.

Kreacje doczekały się własnego numeru – przyjemnego walczyka, po którym nastąpił komediowy moment Roulstona w stylu Vica Reevesa: było to sprawnie poprowadzone, choć wyważenie tych dwóch ról to delikatna sprawa. „Look At You” było wspaniałą beguiną, a po niej nastąpiła błyskotliwa narracja w „Every Wednesday Afternoon”, prawdopodobnie najbliższa parodii chanson réaliste, jaką usłyszeliśmy tego wieczoru. Następnie nadeszło wspaniałe „Baggages”, oferujące mądrą metaforę życia zawartą w opowieści o zagubionym bagażu, wzbogaconą o elegancki pastisz Brela w powtarzających się motywach „karuzeli” – zarówno w muzyce, jak i tekście.

Fot.: Clive Holland

Pojawiły się elementy „aktywizacji widowni”, wyrastające z „namierzania” i „manipulowania” publicznością. Każdy z tych etapów zdawał się wynikać z innego aspektu obsesji głównej bohaterki i choć każdy był zabawny sam w sobie, nie zawsze miało się wrażenie, że cały materiał koniecznie pasuje do siebie na jednej scenie w tym samym czasie. Choć nie chciałbym robić bezpośrednich porównań, przychodzą mi na myśl nieliczne występy klubowe, którym udaje się utkać spójną biografię z różnych piosenek i gagów. Gdy utwory są tak dobre jak te, zachwycony widz chciałby, aby ogólny koncept był równie solidny.

Wczesna tyrada przeciwko Piaf wprowadziła jednak nieco gorzki posmak urazy do postaci, w której przed chwilą się zakochaliśmy. I ta odrobinę odpychająca ostrość utrzymywała się przez cały wieczór w sposób, który regularnie osłabiał ciepło i piękno muzycznych wykonań. Choć tworzyło to rodzaj kampowego, kiczowatego napięcia, wprowadziło też nutę niespójności w kreowaniu postaci, co podkopuje zdolność publiczności do całkowitego oddania się spektaklowi.

Show jest pełne silnego ładunku emocjonalnego, ale być może potrzebuje głównego punktu oparcia, a postacie poboczne mogłyby mocniej wspierać ten centralny wizerunek, zamiast odciągać nas od niego dygresjami. Utwór „Thin Skin” w stylu Michela Legranda lśnił jako wybitna kompozycja, w pełni zdolna do samodzielnego bytu i otwierająca przed twórcami nowe horyzonty. A kiedy powrócił motyw przewodni w wersji „Your Voice”, prowadząc nas do finału „Encore!”, byliśmy gotowi opuścić kabaret z ciepłymi uczuciami w sercach i egzemplarzem płyty CD w kieszeni.

Ostatni spektakl: 5 marca 2017

KUP BILETY NA LA POULE PLOMBÉE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS