WIADOMOŚCI
RECENZJA: Seth Rudetsky i Megan Hilty online ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje najnowszy koncert online Setha Rudetsky’ego z udziałem gwiazdy Broadwayu, Megan Hilty, który był transmitowany w poniedziałek.
The Seth Concert Series – Megan Hilty
Transmisja online
27 lipca 2020
5 gwiazdek
„The Voice”, „The Belter”... w ten weekend wspaniała Megan Hilty połączyła się z L.A. przez cały kontynent Ameryki Północnej z niezmordowanym panem Rudetskym w Nowym Jorku na trzeci z rzędu kameralny kabaret w czasie lockdownu. Jak zwykle Seth sypał żartami jak z rękawa („Dzisiaj nie będzie śpiewania” – to była jedna z pierwszych rzuconych z uśmiechem piłek). Ten jego humor niczym wytrawne martini to wisienka na torcie, która dodaje koktajlowi blasku. Oczywiście doczekaliśmy się muzyki. Jeden z hitów Hilty z serialu „SMASH”, nominowane do nagrody Grammy „Let Me Be Your Star” (Marc Shaiman i Scott Wittman), zapewnił genialny start, prezentując zmysłowe ciepło jej niesamowitego głosu. Oficjalnie można ją zaliczyć do sopranów o zachwycającym górnym rejestrze, ale jej piersiowy dół jest po prostu zabójczy i – co naturalne – posiada perfekcyjne „passagio” między wszystkimi dźwiękami, jakich tylko kompozytor mógłby sobie zażyczyć.
Jednak siłą sprawczą stojącą za tym pięknie obsadzonym tronem jest producent Mark Cortale, który śledzi komentarze i pytania wpisywane przez publiczność na czacie obok ekranu, a następnie przekazuje kilka starannie wybranych z powrotem „obsadzie”. Daje nam to element interakcji z „widownią” zamiast zwyczajowych braw, okrzyków, śmiechu, westchnień i zachwytów! Wiadomo o co chodzi.
Celem Rudetsky’ego w tej serii – i właściwie we wszystkim, co robi – wydaje się być wniesienie pozytywnego wkładu nie tylko w lepsze docenienie sztuki i kunsztu teatru muzycznego (oraz pokrewnych form rozrywki), ale także w jaśniejsze zrozumienie procesów psychologicznych z tym związanych. To z pewnością coś, czego dokładnie potrzebujemy w dobie lockdownu i całych hektarów kosztownych, zamkniętych teatrów. Nie oznacza to jednak, że niepotrzebnie rozpamiętujemy rzeczy, które nas dołują. Hilty zaprezentowała nam następnie dowcipne, niemal lalkowate wykonanie „You Will Be Popular”: radosny popis komediowy z megahitu „Wicked” (autorstwa geniusza Stephena Schwartza). Jakby tego było mało, usłyszeliśmy również z tego samego spektaklu „For Good” – jeden z najbardziej wzruszających i wykwintnych utworów ostatnich lat.
https://vimeo.com/442040602
Oczywiście łatwiej jest patrzeć wstecz na to, co zostało zrobione, gdy „branża” jeszcze normalnie funkcjonowała, niż spoglądać w nieprzenikniony mrok nieodgadnionej przyszłości. Ale Hilty snuje plany i wprowadza nowe projekty w świat animacji z zachowaniem dystansu społecznego, choć konkretne szczegóły często pozostają jeszcze objęte embargiem. Tym samym wróciliśmy do rozważań nad „Somewhere That’s Green” (niegdyś osobista domena Ellen o tym samym nazwisku – choć innej pisowni!) z kolejnej wielkiej marki Hilty, „Little Shop of Horrors” – nieskazitelny tekst Howarda Ashmana do zwodniczo prostej melodii Alana Menkena. Seth dołączył do niej w świetnym duecie „Suddenly Seymour”. Takie występy naprawdę wskazują na „ludowy” etos tkwiący głęboko w sercu amerykańskiego teatru muzycznego, RDZENNEJ formy sztuki dramatycznej tamtej ziemi. Te hymniczne, gospelowe tony mogłyby z łatwością rozbrzmiewać podczas niedzielnego maratonu w kaplicy, gdzie panie i panowie, chłopcy i dziewczęta oraz osoby o innej tożsamości, wszyscy w swoich najlepszych strojach, tworzą muzykę i dzielą się wspólnym duchem.
Proces produkcji spektakli na Broadwayu jest jednak bardziej skomplikowany: zazwyczaj długi, często trudny i bardzo wymagający. Hilty uraczyła nas anegdotą o swojej roli w procesie powstawania „9 to 5: The Musical” i o tym, jak pracowała z zespołem prowadzonym przez wielką Dolly Parton. Współpraca w teatrze to coś, czego teraz wszystkim brakuje, a ta więź społeczna – od pierwszej prezentacji pomysłu producentowi po pożegnanie (idealnie) zadowolonych widzów wychodzących po spektaklu – jest właśnie istotą rzeczy. Jako ilustrację swojej wszechstronności i zdolności adaptacyjnych Megan pokazała panowanie nad akcentem i stylem, z prawdziwym brzmieniem Dolly w „I’m Just A Backwoods Barbie”, które gładko przeszło w porywający utwór tytułowy.
Jakby na scenie było mało presji, świat telewizji jest jeszcze bardziej ekstremalny, jeśli chodzi o ryzyko i silną kontrolę, jaką firmy produkcyjne lubią sprawować nad artystami, zapraszając ich na „testy” do ról. Jeśli cię zaangażują, nie będą ci płacić, ale nie możesz startować do niczego innego i możesz mierzyć się z kilkoma innymi osobami – z których tylko jedna zostanie wybrana do roli. To twarda szkoła! Zatem, drodzy państwo, za każdym razem, gdy oglądacie amerykański serial, pomyślcie, że obsada, aby tam trafić, prawdopodobnie musiała przejść przez ogień.
Tym bardziej warto docenić, jak ważny jest „rodzinny” wymiar tej branży, a właściwie całego życia. Hilty nie tylko sama tym żyje, ale wspiera „You Gotta Believe” – organizację zapewniającą stałe wsparcie „rodzinne” dla sierot, które nie mają nikogo bliskiego. „That Second-hand White Baby Grand”, kolejna piosenka ze „Smash”, była idealnym numerem, by podsumować ten aspekt jej życia i pracy. Raz po raz repertuar ten skłania się ku historiom o zmaganiach z przeciwnościami losu, oddając głos tym, którym w życiu ciężko, a mimo to dają z siebie wszystko, by sięgnąć po coś lepszego, „coś pięknego”. To samo odnaleźliśmy w „The Alto’s Lament” Emily Skinner – wirtuozerskim, kabaretowym popisie dla każdej fantastycznie utalentowanej i doskonale wykształconej wokalistki, który Hilty zaśpiewała po prostu po mistrzowsku.
Musimy jednak zastanowić się, w jakim stopniu historie teatralne służą również umacnianiu stereotypów społecznych. Megan zmierzyła się i z tym tematem, doskonale znając niewygodne prawdy, które często kryją się pod powierzchownym blichtrem. W szczególności, jak często spotykamy narrację o kobietach „skłóconych ze sobą” lub przedstawianych jako złe matki i żony, zasługujące na karę? Czy może być lepsza riposta na te bzdury niż „She Used To Be Mine” Sary Bareilles z musicalu „Waitress”? Utwór ten został tu zaśpiewany z pełną pasją i oddaniem, z których słynie Hilty.
Otwieranie drzwi to jednak kolejny cel tego show – poznaliśmy kolejnych szczęśliwców, którzy zostali wybrani, by zaprezentować swój talent gościowi: mało tego, tym razem mieliśmy solistę oraz trio wokalne, którzy przygotowali wielki finał, zwieńczony koronną harmonią o niebotycznym zasięgu. To kolejny sprytny sposób na nawiązanie kontaktu z publicznością i przypomnienie nam o ogromnym potencjale talentów w USA. Hilty zwieńczyła to pięknie zmodulowanym wykonaniem numeru „eleven o’clock” z musicalu „Ragtime” duetu Ahrens i Flaherty – „We Can Never Go Back To Before”. Jakże prawdziwie i trafnie brzmiało to dzisiaj. I wreszcie, by wszystko spiąć klamrą, wróciliśmy do świata „Smash” i „They Just Keep Moving The Line”: kolejny idealnie dobrany komentarz do obecnych czasów i dzisiejszego świata.
Trafne? Przebojowe? Zachwycające? Zdecydowanie tak. Szczerze mówiąc, kabaret rzadko bywa lepszy niż w tym wydaniu.
ODWIEDŹ STRONĘ SERII KONCERTÓW SETHA Recenzja koncertu Norma Lewisa Recenzja koncertu Audry McDonald
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności