Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Somewhere in England, New Wimbledon Studio ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Somewhere In England

New Wimbledon Studio

15 października 2016

4 Gwiazdki

To najważniejsze i najbardziej ekscytujące odkrycie „zapomnianego” brytyjskiego musicalu od czasu wznowienia „Mr Cinders” Viviana Ellisa w King’s Head Theatre w 1982 roku (produkcji, która później trafiła na West End, gdzie grano ją przez piętnaście miesięcy, i która do dziś cieszy się nowymi wystawieniami na całym świecie).  Utwór, napisany pierwotnie w 1987 roku dla prestiżowego teatru amatorskiego Questors w Ealing z muzyką drugoplanowej postaci branży, Gordona Caleba, tekstami piosenek Caleba i Vincenta McQueena oraz librettem Jean Caleb, był grany zaledwie przez tydzień i, co nieprawdopodobne, nigdy później go nie wznowiono. Mimo to, spektakl nie przestał fascynować wielu członków oryginalnej 27-osobowej obsady, z których jedna – Sheila Daniels – zdołała teraz wyprodukować i (czarująco) wyreżyserować profesjonalny pokaz, który właśnie wyprzedał swój krótki cykl w prężnie działającym Studio przy New Wimbledon.

Łatwo zrozumieć, dlaczego sztuka podoba się widzom. Już od pierwszego numeru, w którym mieszkańcy małego miasteczka „gdzieś w Anglii” (jak mawiano w bezosobowych komunikatach wojennych) żegnają młodych mężczyzn wyruszających na front, jednocześnie witając bazę armii USA i amerykańskich żołnierzy, pięknie skrojona muzyka – melodyjna, pełna uroku, ciepłych harmonii i błyskotliwych rytmów – oraz idealnie trafione teksty piosenek natychmiast urzekają słuchacza.  Opis otwierającej sceny zdradza też, że narracja spektaklu jest technicznie bezbłędna: przy użyciu minimalnych środków skondensowano maksimum treści w numerach muzycznych, co sugestywnie podkreśla pomysłowa choreografia Madeline Eaton-Belton (wspieranej przez dwóch młodych aktorów, Ryana Ferrie i Aarona Jensona).

Pierwszy numer jest skuteczny, ale to przy drugim – nostalgicznym, a zarazem dowcipnym walcu „What Went Wrong?”, śpiewanym przez dwie matrony (Patsy Blower i Olivia Maffett) – uświadamiamy sobie, że Gordon Caleb to wybitny melodysta. Potrafi poruszyć serce zaskakującym refrenem (jak ująłby to Cole Porter), wykorzystując dwa żeńskie głosy do stworzenia wykwintnych harmonii.  To porównanie jest trafne.  Partytura genialnie przywołuje style muzyczne tamtej epoki w mistrzowskim pastiszu, który brzmi autentycznie, a nie pretensjonalnie. To zrozumiałe – Caleb przeżył wojnę służąc w RAF-ie; to jego naturalne brzmienie.  To samo można powiedzieć o tekstach, które – choć zdumiewająco dopracowane i eleganckie – zawsze niosą w sobie ziarno prawdy: wierzymy postaciom, które je śpiewają, i z czasem zaczyna nam na nich zależeć.  Libretto osiąga ten sam efekt – jest niezwykle błyskotliwe, radosne, a zarazem wciągające: choć konstrukcja fabuły jest lekka, napisano ją z taką biegłością i zrozumieniem formy komedii muzycznej, że akceptujemy bohaterów i sytuacje takimi, jakimi są, dostrzegając w tej „cukrowej” lekkości odbicie nas samych.

Trzeci numer, popisowa piosenka przybyłych Amerykanów „Me! Me! Me!”, to utwór wyliczankowy w stylu Portera, którego tekst olśniewa dziś tak samo, jak w dniu powstania, czy w latach 40., gdy triumfował geniusz Cole’a.  Inteligencja tekstu schlebia widzowi; spektakl traktuje nas jak partnerów dla swojej literackiej błyskotliwości, a inscenizacja sprawia, że sens każdego słowa jest jasny.  W tym momencie bawimy się już znakomicie, a – jak to w tym tytule bywa – najlepsze dopiero przed nami.

Sekwencja, w której słyszymy wrogo nastawionych miejscowych w „Yanks, Go Home!” (w wykonaniu wścibskich sąsiadów, pana Crowe (Derek Elwood) i pani Johns (Annie Aldington)), po której następuje diegetyczny występ chóru pań urozmaicających popołudniową herbatkę u wikarego (Tony Barber, genialnie odtwarzający swoją rolę z 1987 roku) sielankową parodią „In the Country”, a całość wieńczą skargi sfrustrowanych żołnierzy w „We Wanna Go Back Home”, to moment, w którym Caleb pokazuje absolutne mistrzostwo narracji.  W kompletnie nieoczekiwanym przebłysku geniuszu, te trzy piosenki nie tylko nakładają się na siebie, ale są splecione z mozartowską precyzją, a głosy przeplatają się niczym w symfonicznym finale. To wspaniały popis umiejętności.

Tuż po nim następuje lekki miłosny duet „Funny Old You” w wykonaniu Marjorie (stłumiona nauczycielka w interpretacji Stephenie De Whalley) i Chucka (czuły i swobodny Sam Landon).  Następnie nastrój zmienia się diametralnie w numerze „Eva” – to duet dla kolejnej pary niedoszłych kochanków: tytułowa bohaterka w stylu Barbary Windsor, dziewczyna z gatunku „niegrzecznych, lecz uroczych” (wspaniale komiczna i pełna życia Hannah Ponting), nie zadowala się jednym chłopakiem (kapral Frizelli, w tej roli prawdziwy Amerykanin Matt Fulbright) – chce mieć wolność wyboru, co manifestuje z ogromną pewnością siebie.  W tym świecie, podobnie jak u Mozarta, kobiety zawsze górą.

Dalej znów słyszymy żołnierzy; narzekania Joe (świetny tenor Ryana Ferrie w stylu Dicka Haymesa) i trzeciego z nich, Elmera (gentleman z południa, Jensen), płynnie przechodzą w kolejną świetną piosenkę „Will She, Won’t She?”. Okazuje się ona niesamowicie skonstruowanym numerem przejściowym, który zaczyna się w środku jednej sceny, a kończy wewnątrz kolejnej, bez cienia szwu, co dowodzi oszałamiających umiejętności technicznych Caleba.  Akt pierwszy zamyka energetyczny numer jive’owy dla całego zespołu, który tętni w głowach widzów przez całą przerwę.

Poświęciłem tyle czasu na analizę poszczególnych elementów pierwszej połowy z konkretnego powodu: chcę znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego tak dobry musical był ignorowany przez tak długi czas?  I skoro taki tytuł kurzy się w zapomnieniu, to ile innych wspaniałych dzieł czeka na odkrycie?  Kto wie.

Dość powiedzieć, że druga połowa dostarcza równie wielu radości.  Akt otwiera tytułowa piosenka Brytyjczyków – piękny utwór, który mógłby stać się hitem Very Lynn.  Jest żartobliwe „Compatability”, dojrzale przemyślane „Growing Up” o moralnych kompromisach wymuszonych przez wojenną rozłąkę (Patsy Blower jest genialna w roli rozdartej wewnętrznie matki chłopca, który był poprzednikiem Joe w sercu Phyllis), a potem dostajemy niesamowicie sprawny fizycznie numer „Do It For Uncle Sam!”, pod którym z dumą podpisałby się sam Irving Berlin (prowadzony przez znakomity tenor Feda Zanniego jako sierżanta Meyera).  Rozdarta między dwoma chłopakami Phyllis (słodkogłosa Kluane Saunders) musi napisać pożegnalny list w „I Don’t Know How To Tell You”.  Następnie, w zwrocie akcji przypominającym dramaty Noela Cowarda, pojawia się pokusa, czas ucieka, przychodzi rzadki list od ukochanego, a zanim się obejrzymy, amerykańscy żołnierze wyruszają na otwarcie drugiego frontu w Normandii.  Wyraźnie czuć, że pod lekkością komediowego świata pulsują mroczniejsze emocje, które nadają dziełu głębi i rezonansu.

Zespół muzyczny jest obecny na scenie przez cały czas, a ubrany w mundury idealnie wtapia się w tło, zwłaszcza gdy tworzy tłum w scenach tanecznych.  Pyszne aranżacje kierownika muzycznego Johna Spanyola są w dużej mierze improwizowane przez niego i jego jazzowe combo (Diccon Cooper na basie, Dave Tandy na perkusji i George Millard na instrumentach dętych – zdarzają się momenty na klarnecie w stylu Tommy'ego Dorseya!), co nadaje brzmieniu świeżości.  Kostiumy pań – a jest ich MNÓSTWO – są zachwycające.  Sama scenografia wymaga jedynie pięciu wszechstronnych ławek, panelu i krzesła, co zapewnia płynność zmian akcji godną współczesnego teatru.  Światło zaprojektował Jed Brook, sferę dźwiękową Christopher Gadd, a nad całością techniczną czuwał Stuart French.

Daniels sprawnie skondensowała oryginalny scenariusz, prezentując historię jako płynną akcję dla zaledwie 13 wykonawców. Choć w fabule mija kilka lat, udaje jej się uczynić te luki niewidocznymi, skupiając naszą uwagę na relacjach między bohaterami.  Po tak udanym pokazie warsztatowym reżyserka może chcieć jeszcze raz pochylić się nad tekstem, być może idąc o krok dalej w drugim akcie, gdy emocje stają się surowe – dzisiejsza widownia mogłaby oczekiwać jeszcze mocniejszego zarysowania wewnętrznych zmagań bohaterów.  W spektaklu pełnym słodyczy potrzebujemy też solidnej dawki goryczy.  Wystarczy wspomnieć, jak wiele dramatyzmu National Theatre wydobył ze scenariusza Hammersteina do „Oklahomy!”, by docenić fakt, że pod uśmiechniętą twarzą lat 40. kryje się mnóstwo ludzkiego bólu.  To jednak drobne uwagi w kontekście spektaklu, który jest w naprawdę świetnej formie.

Inne prace Gordona Caleba obejmują utwory pisane dla City Varieties w Leeds, w tym „Strike a Light” o strajku pracownic fabryki zapałek Bryant and May (wystawiany na Piccadilly w Londynie) oraz „Dearest Dracula” wyprodukowany w Dublinie.  Na podstawie tego doskonałego wznowienia widać, że to twórca wart bliższego poznania.   Póki co mamy tę fantastyczną produkcję wielkiego, odnalezionego po latach musicalu.  Ktoś chętny?

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O SOMEWHERE IN ENGLAND

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS