Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Stephen Ward, Aldwych Theatre ✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Alexander Hanson i Charlotte Blackledge w musicalu Stephen Ward. Zdjęcie: Nobby Clarke Stephen Ward

Aldwych Theatre

20 grudnia 2013

1 gwiazdka

Bez bicia przyznaję, że jestem fanem wczesnej twórczości Andrew Lloyda Webbera (Joseph; Superstar; Evita; Cats; Song and Dance; Starlight Express; Phantom), a nawet sporej części tej późniejszej (Beautiful Game; Whistle Down The Wind; Aspects of Love; Sunset Boulevard). To kompozytor obdarzony niezwykłym zmysłem do melodii i genialnych motywów muzycznych. W Aldwych Theatre wystawiane jest właśnie jego najnowsze dzieło, Stephen Ward, w reżyserii sir Richarda Eyre’a. Za libretto i teksty piosenek odpowiadają Christopher Hampton oraz Don Black i obaj zasługują na publiczną chłostę: to najgorszy scenariusz i najgorsze teksty, jakie kiedykolwiek widziałem na scenie.

Sztuka zupełnie nie wie, dokąd zmierza: żadna z historii nie jest opowiedziana sprawnie ani z emocjami. Po finałowej kurtynie wiemy o Stephenie Wardzie i jego roli w skandalu Profumo dokładnie tyle samo, co w momencie wybrzmienia pierwszych nut orkiestry.

Nie dowiadujemy się, co motywowało głównych graczy tej afery, jakie były kluczowe punkty zwrotne, dlaczego upadł rząd, czemu elity zwróciły się przeciwko Wardowi, co stało się z Keeler i Rice Davies ani co doprowadziło do upadku samego Profumo. Mamy tu mnóstwo chaotycznego kręcenia się w kółko, ale brak tu jasnej linii, dramaturgicznego tempa i poczucia spójnego pomysłu czy konceptu.

Fatalna scenografia i kostiumy Roba Howella w niczym nie pomagają; projekt wręcz torpeduje oddanie ducha epoki czy budowanie napięcia. Mamy zasłony, projekcje, płaskie dekoracje i przypadkową sofę, krzesło czy stół. To szczyt bezbarwności; amatorska scena w domu kultury wstydziłaby się takiej oprawy.

W całym spektaklu znajdziemy pięć naprawdę dobrych utworów: Super-Duper Hula-Hooper; This Side of the Sky; You’ve Never Had It So Good; I’m Hopeless When It Comes To You oraz Too Close To The Flame – i na tym koniec. Reszta partytury jest pod każdym względem żałosna, śmiertelnie nudna, pretensjonalna i wtórna.

Trudno jednak ocenić, czy wynika to głównie z samej muzyki, czy z fatalnej orchestracji, za którą odpowiada sam sir Andrew. Zazwyczaj pozostawia on to zadanie innym i – szczerze mówiąc – jest to mądre posunięcie. Choć orkiestrze nie można nic zarzucić, a Graham Hurman dyrygował z werwą i wyczuciem, prosty fakt jest taki, że orchestracja pozbawia muzykę jej największego potencjału, a niektórym fragmentom i tak od początku go brakowało.

Hurman dostrzega to, czym ta muzyka mogłaby być, i na to reaguje; obserwowanie go w kanale sugeruje brzmienie bardziej funkowe, żywe i ekscytujące niż to, co faktycznie dociera do nas ze sceny. Chciałoby się słyszeć to, co czuje Hurman, zamiast tego, czego musimy słuchać. Odnosi się nieodparte wrażenie, że to przyzwoita ścieżka dźwiękowa (bez tekstów) do serialu TV lub filmu, ale nie jako fundament teatralnego przedsięwzięcia.

Obsada o wiele za często przeszarżowuje wokalnie i krzyczy, co jest o tyle niezrozumiałe, że wszyscy ewidentnie potrafią świetnie śpiewać. Chwilami są tak głośni, że zagłuszają tekst – co może i jest błogosławieństwem, ale wypadałoby pozwolić widzom samym o tym zdecydować.

Reżyseria Eyre’a sprawia, że akcja toczy się w żółwim tempie: pierwszy akt, trwający godzinę, dłuży się jak trzy. Z drugiej strony trudno uwierzyć, by jakikolwiek reżyser był w stanie wykrzesać blask z takiej narracji i takich tekstów.

Choreografia Stephena Mearsa jest dokładnie tak zachwycająca i błyskotliwa, jak można by oczekiwać – widać to zwłaszcza w sekwencji orgii w You’ve Never Had It So Good, ale jego rękę czuć w każdym numerze.

Z obsady wyróżniają się Joanna Riding jako oschła Valerie oraz Daniel Flynn w roli pompatycznego, kierowanego instynktami Profumo. Solówka Riding w drugim akcie to najbliższa „magii Lloyda Webbera” chwila w tym spektaklu, choć niestety wciąż zbyt odległa.

Alexander Hanson jako Ward jest elegancki, ale ostatecznie bezbarwny – częściowo przez scenariusz, a częściowo dlatego, że nie tchnął w tę postać wystarczającej energii. Nigdy nie dowiadujemy się, dlaczego robi to, co robi. Trudno jednak nie współczuć aktorowi, który wyraźnie walczy o utrzymanie na barkach niemożliwego ciężaru, jaki nałożyła na niego ekipa twórców.

Charlotte Spencer urodą przypomina nieco młodą Dianę Rigg, ale na tym podobieństwa do wielkiej damy teatru się kończą; jej Christine Keeler jest równie pustą kartą co Patrick Bateman w American Psycho. Zero ciepła i jeszcze mniej empatii. Dobrze śpiewa na początku, ale szybko traci parę. Charlotte Blackledge jest głośna i nieczysta jako Mandy Rice-Davies – postać, która pojawia się bez wprowadzenia i której rola w wydarzeniach nigdy nie zostaje w pełni wyjaśniona. To trochę tak, jakby w produkcji Gypsy nikt nie wspomniał, że Tulsa chce tańczyć: po prostu nie wiadomo, po co ona tam jest.

Solidne wsparcie dają Anthony Calf, Martin Callaghan, Kate Coysten, Wayne Robinson i Emma Kate Nelson. Większość reszty obsady powinna stonować ekspresję i spróbować odnaleźć odrobinę realizmu w scenach pełnych przerysowanych gestów.

Musicale nie stają się interesujące tylko dlatego, że ktoś powie „kurwa”, ktoś zainspiruje seks, a jeszcze ktoś inny się rozbierze. Potrzebna jest nić narracji, choćby najcieńsza, cel, sens i – co najważniejsze – serce.

Stephen Ward nie ma serca ani spójnego konceptu, który mógłby go udźwignąć. Jako pierwszy warsztatowy pokaz, można by go uznać za ambitną porażkę wymagającą ogromu pracy nad librettem, tekstami, orchestracją i muzyką (dokładnie w tej kolejności). Na West Endzie, przy cenach biletów rzędu 67,50 funtów, to nieporozumienie. Viva Forever! było od tego lepsze – pod każdym względem.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS