WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Angry Brigade, Bush Theatre ✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
The Angry Brigade
Bush Theatre
9 maja 2015
2 gwiazdki
W Londynie wybuchają bomby. Jest rok 1970, a Scotland Yard decyduje się powołać niewielką, tajną jednostkę wyspecjalizowanych funkcjonariuszy, by wytropić sprawców zamachów. Sprawcy, nazywający siebie The Angry Brigade – jak na porządnych ekstremistów przystało – wysyłają do władz tajemnicze, anonimowe listy. Mały zespół policjantów, przesiąknięty tradycją, protokołem i procedurami, pracuje w pełnym napięciu i bliskości, zdeterminowany, by odnaleźć i aresztować swoją zwierzynę.
Po drodze ocierają się o informatorów, mało wiarygodną prasę (w pewnym momencie „The Daily Mirror” oferuje nagrodę za schwytanie sprawców, demaskując przy tym własne działania) oraz pojęcia takie jak asocjacjonizm czy psychogeografia (sposób postrzegania miejskiego otoczenia w sposób wolny, zamiast sztywnego schematu). To ostatnie skłania ich do refleksji nad zwykłym krzesłem biurowym i niekonwencjonalnymi sposobami jego wykorzystania.
Im bardziej jednostka zbliża się do celu, tym lepiej rozumie świat, z którego wywodzi się The Angry Brigade. Trafiają do komun, w których mężczyźni i kobiety żyją i kochają się swobodnie, nie przejmując się ograniczeniami „zwyczajnego” życia, wymieniając się partnerami, zachowując płynność seksualną i wspólnie dbając o dzieci. Czy te spotkania napędzają ich śledztwo, czy w jakiś sposób ich korumpują?
To pytanie wybrzmiewa szczególnie mocno pod koniec pierwszego aktu sztuki Jamesa Grahama z 2014 roku, która po premierze w Plymouth i trasie po Wielkiej Brytanii debiutuje właśnie w Londynie w teatrze Bush. Dramat Grahama prezentowany jest tutaj w dwóch, skrajnie odmiennych aktach. Pierwszy ma charakter bardziej formalny, to klasycznie prowadzony kryminał. Drugi jest dość anarchiczny, płynny i zaskakujący. Ma to głęboki sens, gdyż pierwszy akt dotyczy śledztwa policyjnego, a drugi opowiada tę samą historię z punktu widzenia czwórki zamachowców. To trafne podejście pod względem formy – pomysłowe, a jednocześnie odzwierciedlające treść w prosty, namacalny sposób.
Pod koniec pierwszego aktu następuje jednak moment elizji, w którym jeden świat zderza się z drugim. Nigdy do końca nie wiadomo, czy to sekwencja snu, czy intensywna reprezentacja psychogeografii, skupiona na ludzkich ciałach, a nie na miejskim krajobrazie.
Funkcjonariusze (dwóch mężczyzn, dwie kobiety) wertują mapy, szukając wzorców i wskazówek co do kryjówki The Angry Brigade. Czerwona taśma łączy kolejne kropki na mapach. Nagle dochodzi do „orgii” z czerwonej taśmy, która oplata policjantów, a oni sami – po niepewnym początku – rzucają się w wir własnej orgii: mężczyzna z kobietą, mężczyzna z mężczyzną, kobieta z kobietą, wszyscy razem. Czy ścigający zmienili się, próbując zrozumieć ściganych? Czy upodobnienie się do nich jest kluczem do ich znalezienia?
Niestety, w reżyserii Jamesa Grieve’a ten kulminacyjny moment jest równie niedorzeczny, jak brzmi jego opis. Brak tu organicznego przejścia do tego punktu; wydaje się on wprowadzony tylko po to, by zszokować publiczność. Nie szokuje jednak, a jedynie wprawia w konsternację.
Sztuka sprawia wrażenie bardziej komediowej, przynajmniej w pierwszym akcie, niż została tu zagrana. Więcej klimatu z „Thin Blue Line”, a mniej z „Z Cars” mogłoby tu pomóc. Tekst Grahama, skupiony na konwenansach i protokole, powinien nadawać ton wydarzeniom i tak się dzieje, przynajmniej na początku. Otwierająca scena idzie w dobrym kierunku, choć postaci policjantów mogłyby być bardziej stereotypowo – i odważniej – dziwaczne i skrupulatne.
Grieve zdaje się skupiać uwagę na prostym wątku detektywistycznym, co choć wymaga precyzji, nie wydaje się być głównym celem Grahama. Historia jest wciągająca, zwłaszcza jeśli – co było widać po reakcjach publiczności – szczegóły z prawdziwego życia zatarły się już w mrokach dziejów. Zainteresowania Grahama leżą w latach siedemdziesiątych: w podziałach politycznych, zmianie warty intelektualnej i buntowniczym duchu tamtej dekady. Burzenie porządku jest głównym tematem, zarówno w narracji, jak i strukturze; nie w sensie linearnym, ale w kontekście oczekiwań, założeń i tego, co uchodzi za „słuszne”. Wyczuwalne jest tu również silne nawiązanie do współczesnej polityki i gniewu społeczeństwa wobec liderów.
Choć najwyraźniej widać to w celowo prowokacyjnym, wybuchowym i fragmentarycznym drugim akcie (widz ma wrażenie uczestnictwa w eksplozji bomby), jest to równie obecne w bardziej konwencjonalnym akcie pierwszym. Grieve jednak zupełnie nie radzi sobie z tym aspektem, przez co mankamenty sztuki stają się jaskrawe, a subtelniejsze, ciekawsze wątki nie otrzymują należnej im uwagi.
Harry Melling, aktor plastyczny i intrygujący, na którym zawsze można polegać, wykonuje tu najlepszą robotę. W pierwszym akcie gra szereg postaci i robi to bardzo dobrze, choć czuć, że mógłby i chciałby jeszcze mocniej wyeksponować ich skrajności. Trzyma się jednak wizji Grieve’a. Niektóre z jego wcieleń – jak zajadający herbatniki komendant, nerwowy kapuś czy mętny Prorok – są żywe i zapadają w pamięć, ale Melling puszczony na głęboką wodę byłby czymś naprawdę porywającym. W drugim akcie Melling gra Jima, terrorystę rodem z „Hollyoaks”, i to on najlepiej oddaje niemal orgazmiczną przyjemność, jaką czerpie The Angry Brigade z walki z systemem. Oglądanie go w każdej z ról to czysta fascynacja. Magnetyczny występ.
Mark Arends jest w świetnej formie, najpierw jako Smith, policjant o szerokich horyzontach, a potem jako John – zaangażowane, charyzmatyczne centrum The Angry Brigade. Obie postacie są odrębne i kompletne, lecz każda z nich dzieli tę samą intensywność, energię i wrażliwość, co sprawia, że różnice między nimi zdają się zacierać. To sprytny zabieg ze strony Arendsa, ale i tutaj większa ekspresja w grze oraz większe ryzyko podjęte przez Grieve’a przyniosłyby lepsze rezultaty.
Ani Pearl Chanda, ani Lizzy Watts nie mają szansy w pełni zabłysnąć w swoich rolach. Chanda mierzy się z trudnym zadaniem zagrania Anny w drugim akcie – członkini grupy, która zaczyna kwestionować ich cele i ostatecznie ich zdradza. Postać Anny i jej odejście od ścieżki anarchii to najbardziej złożony element tekstu Grahama; rola ta wymaga więcej niuansów, bólu i klarowności, niż Chanda tutaj pokazuje.
Częściowo jednak winę za to ponosi Grieve. Reżyseria jest tak obsesyjnie skupiona na tym, by drugi akt był nieoczekiwany, chaotyczny i głośny (szczerze mówiąc, jeszcze jedno trzaśnięcie metalową szafką i widzowie sami stworzyliby „The Angrier Brigade”), że kluczowy wątek rozczarowania Anny zupełnie się rozmywa.
Scenografia Lucy Osborne jest prosta i całkiem efektowna, choć wykorzystanie projekcji bywa chaotyczne – w zależności od miejsca na widowni, napisy mogą być nieczytelne. Czasami zmieniają się też zbyt szybko; jeśli jest to celowe, to mija się z powołaniem. Jaki jest sens projekcji, których nie da się odczytać – chyba że ich nieczytelność sama w sobie ma być przekazem. Może taki był zamysł, ale wydaje się przeintelektualizowany.
Ogólnie rzecz biorąc, inscenizacja Grieve'a po prostu nie oddaje sprawiedliwości ani scenariuszowi Grahama, ani umiejętnościom zespołu aktorskiego. Nie oznacza to, że tekst Grahama jest bezdyskusyjnym arcydziełem, ale z pewnością jest ambitny i można podejrzewać, że ma rozmach, którego ta produkcja nie zdołała wydobyć.
Ciekawym przypisem do tego spektaklu był zeszłotygodniowy seans „The Vote” na More4. Graham powtórzył tam żart z moczeniem herbatnika w herbacie i odpadaniem jego namoczonej części. Czyżby to był jego „hitchcockowski” podpis w dramatach politycznych? Czy ktoś ma pod ręką scenariusz „This House”, żeby to sprawdzić?
Spektakl The Angry Brigade jest wystawiany w Bush Theatre do 13 czerwca 2015 r. Zarezerwuj bilety.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności