Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Boring Room, Vault Festival ✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

The Boring Room

Vaults Festival,

7 lutego 2018

1 Gwiazdka

Być może ktoś robi nam wyszukany kawał organizując wydarzenie o tak przygnębiającym tytule, ale reżyser, Tom Crowley, bardzo nalegał, bym się na nie wybrał i napisał recenzję.  Jednak po obejrzeniu spektaklu nie potrafię zrozumieć dlaczego.  Nie rozumiem też, co skłoniło go do uznania, że ten scenariusz jest w ogóle wart wystawienia.  Zastanawiam się tylko, co myśleli sobie tak dobrzy aktorzy jak Emily Stride, Jamie Laird i Michael Keane, dając się namówić na użyczenie swoich talentów tej, ekhm, produkcji.  Ten tekst nie jest wart ich wysiłku.  A jeśli sami planujecie się wybrać, to szczerze i głęboko to przemyślcie.

Autor scenariusza, Olly Allsopp, wpadł na niezbyt oryginalny pomysł zwołania zjazdu autorów kryminałów i thrillerów – zestawiając ich po troje naraz – i kazał im ze sobą rozmawiać, w stylu przypominającym „Przy drzwiach zamkniętych” Sartre'a: trzy niedobrane osoby uwięzione w pokoju pozbawionym charakteru, których życie jest równie jałowe i pozbawione znaczenia.  Jednak na tym, trzeba zaznaczyć, wszelkie podobieństwa do tego arcydzieła egzystencjalizmu się kończą.  Zamiast zagłębić się w charaktery trzech postaci, w których moglibyśmy przejrzeć się jak w lustrze, jesteśmy zmuszeni z dystansu przysłuchiwać się pozbawionej emocji wymianie zdań aktorów udających wielkich artystów.

Jeśli ktoś zamierza bawić się w barona Frankensteina, przywoływać z zaświatów szlachetne dusze i animować je na własne podobieństwo, to – wzorem owego wścibskiego amatora inżynierii biologicznej – powinien mieć ku temu bardzo ważny powód.  Ale jaki jest powód Olly’ego?  Nie mam zielonego pojęcia.  W pierwszej, pożal się Boże, „sztuce” (reklamowanej jako „trylogia”, co brzmi dumnie), Stride przypada etykieta „Christie”.  Ale która?  W jej kwestiach nie było nic, co pozwalałoby osadzić ją w świecie lub umyśle twórczyni dziesiątek genialnych kryminałów.  Przez krótką chwilę przypominała raczej tę drugą Christie z mdłego dramatu, którą Howard Brenton opisał jako „zakochaną”.  To potencjalnie mógłby być ciekawy kierunek.  Ale nic z tego.

Z kolei Laird był tytułowany jako „Doyle”.  Nieuchronnie więc zastanawiałem się, gdzie podział się Bodie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to ma być Sir Arthur Conan (nie Barbarzyńca) Doyle.  Ten Doyle.  Aha.  W takim razie dlaczego Agatha Christie miałaby zwracać się do niego w tak gburowaty, prostacki sposób: „Doyle”?  Chyba nazwałaby go „Sir Arthurze”, prawda?  Jestem pewien, że tak właśnie by zrobiła.  Była zbyt dobrze wychowana na coś innego.  Ale najwyraźniej Allsopp kompletnie nie dba o takie subtelności.  Jeśli jednak nie interesują cię takie detale, to po co brać na warsztat panią Christie (której twórczość opiera się właśnie na drobnych snobizmach klasowych i tym, jak więzią one umysł)?

Nie mam pojęcia.  Siedzenie w teatrze stawało się coraz bardziej irytujące, gdy w głowie mnożyły się tak oczywiste pytania podyktowane zdrowym rozsądkiem, a autor tekstu najwyraźniej uznał je za niegodne uwagi.  Skoro on o to nie dbał, to dlaczego ja miałbym przejmować się bzdurami, które kazał wypowiadać swoim nieszczęsnym aktorom?  Ach, potem na scenę wchodzi kolejny wykonawca: Poe.  Nie, nie Alexander.  Chodzi o tego gościa z USA.  Kolejny delegat na zjazd najwybitniejszych twórców thrillerów wszech czasów.  I tak to trwało.  I trwało.  W kółko.  Jeszcze dwie „sztuki” w tym samym stylu.  Biedni aktorzy musieli wcielać się w kolejne „persony”: Stride została „Violet”, a potem „Iris”; Laird „Adrianem” i „Louie'm”; a Michael Keane porzucił swojego (niebędącego Teletubisiem) Poe dla „Lee”, a następnie „Maxa”.  Jeśli pogubiliście się w tych roszadach, witajcie w klubie.  Wszystkie te rzekome „postacie” brzmiały identycznie.  Jeśli Olly ma ucho do dialogów, to najwyraźniej tylko po to, by słuchać własnego głosu.  A skoro scenariusz nie dał obsadzie żadnego punktu zaczepienia, by zróżnicować „role”, to i Crowley nie potrafił im w tym pomóc.

Mam nadzieję, że przynajmniej im płacą.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O VAULT FESTIVAL

Zobacz naszą zapowiedź Vault Festival 2018

 

 

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS